niedziela, 27 października 2013

Rozdział 24



Dzisiejsza pogoda nie zapowiadała się ciekawie. Nad miastem zawisły ciemne chmury, z których padały krople deszczu. Siadłam przy oknie patrząc na otoczenie, wszędzie cisza i pustka. Większość Dortmundczyków pogrążała się jeszcze we śnie. Z nudów zaczęłam analizować sobie wcześniejsze miesiące. Stwierdziłam, że chłopaki stają się coraz bardziej niemożliwi niż byli. Wtem zatrzymałam się na tym jednym, pięknym dniu, gdy Mario podarował mi wisiorek. Dotknęłam delikatnie czterolistnej koniczyny spoczywającej na mojej klatce piersiowej. Odtąd jeszcze nigdy jej nie ściągnęłam. Przypomina mi ona, że nie jestem sama, że mam kogoś, kto się o mnie troszczy, kto zawsze mi pomoże...
- Nadia - usłyszałam szept.
- Hej, Mario - uśmiechnęłam się na widok przemoczonego chłopaka - Co ty tutaj robisz?
- Przyszedłem do Ciebie, bo chłopaki jeszcze śpią. Nie przeszkodziłem Ci?
- Nie, no co ty! Ściągnij tą bluzę, bo na pewno jest ci zimno.
Brunet posłusznie ściągnął górną część swojego ubioru, a ja powiesiłam ją na suszarce. Gdy wróciłam, ubrana

jego już nie było w moim pokoju. Zeszłam na dół, a on właśnie szykował mi śniadanie.
- Pomyślałem, że będziesz głodna - uśmiechnął się słodko.
- To dobrze pomyślałeś - zaśmiałam się - Masz, ubierz tą bluzę. Należy ona do Kuby, ale myślę, że będzie idealnie pasować. Ja dokończę szykować kanapki, a ty idź do salonu i się rozgość.
- Kochana jesteś - przytulił mnie do swojego nagiego torsu. Czułam przyspieszone bicie jego serca i ten wspaniały zapach od którego nie mogę się oderwać. Poszłam dokończyć śniadanie w połowie zrobione przez piłkarza, zrobiłam jeszcze ciepłą herbatę i dołączyłam do Mario. Z daleka wyczuwałam perfumy, które wsiąknęły w bluzę z Nike. Ten zapach przypomniał mi o tym wszystkim co przeżyłam z Kubą. I znowu... To użalanie się. Zapewne pomyślicie, że jestem jakąś nastolatką, która nie wie czego chce, ale tak nie jest. Ona próbuje wybrać między tym co powinna, a tym co chce. Powinna zadzwonić do Kuby, powiedzieć mu, że mogą spróbować, a jeśli im się nie uda to zostaną nadal przyjaciółmi, ale duma i serce, a w szczególności duma, nie pozwalają na powrót, na odezwanie się pierwszej do kumpla. Serce i ciało chcą, by ona na zawsze była z tym kogo kocha, z Mario.
- O czym tak rozmyślasz? - sprowadził mnie na Ziemię głos jednego z Borussen.
- O przeszłości - uśmiechnęłam się lekko - Ta bluza.. Ładnie Ci w niej.
- Posłuchaj mnie, Naduś - pogłaskał mnie po policzku - Tutaj, w Dortmundzie masz pełno osób, które Cię kochają, które oddałyby za Ciebie nawet życie. Nie warto rozmyślać nad tym co było, bo to już nie powróci chociaż jakbyś płakała. Żyj teraźniejszością, ciesz się tą chwilą tak jakby miała być ostatnia, rób to, czego nie będziesz musiała żałować, coś co będziesz mogła mile wspominać.
Mocno go przytuliłam i powiedziałam "Nie wiem co bym bez Ciebie zrobiła", a on tylko się uśmiechnął. Siedząc objęci włączyliśmy telewizor i oglądnęliśmy Trudne Sprawy oraz dwa odcinki Pamiętników z wakacji. Uwielbiałam to.
- Halo? - odebrałam dzwoniący do mnie telefon.
- Siema, mała. Gotowa? - spytał Marco.
- No ja już siedzę z Mario. Przychodźcie.
- Ok, zaraz będziemy, tylko grzecznie tam - zaśmiał się.
- O mnie się nie martw. No czekam, czekam. Bye.
- Haha, pa.
Czekając na chłopaków nie wiadomo kiedy zasnęliśmy. Mario objął mnie ramieniem, a drugą ręką objął mój brzuch. Oparłam głowę o jego klatkę, a on swoją głowę o moją. Dość ciekawie to wyglądało. Po chwili sama się obudziłam a przede mną ujrzałam Roberta, Marco i Łukasza.
- Śpi? - spytałam szeptem, a Łukasz kiwnął głową. Lewy pokazał serducho z dłoni, a ja wytknęłam mu język.
- Mario, wstawaj - poruszałam ręką, która była na moim brzuchu - Mario.
- Aaaa - wrzasnął, a ja zapiszczałam i momentalnie znalazł się na mnie łaskocząc mnie. Po chwili nasze nosy się zetknęły, gdyby nie chrząknięcie Reusa...
- Złaź ze mnie - zaśmiałam się i zwaliłam go na podłogę.
- Silna jesteś - stwierdził Piszczu.
Ogarnęłam się i wszyscy ubrani dokładnie tak samo
ruszyliśmy, oczywiście samochodem do Galerii. Dużo osób dziwnie się na nas patrzyło, ale my, jak to my nic sobie z tego nie robiliśmy. Oczywiście, nie obyło się bez składania autografów przez naszych kochanych Borussen. Po chwili zobaczyłam pewnego chłopaka ubranego w czerwone converse, czarne rurki, białą bluzę i czerwoną czapkę bejsbolówkę. Popatrzył się na mnie z uśmiechem, ja również odwzajemniłam jego gest. Nasze spojrzenia stykały się dopóki on nie wyszedł z budynku. Czułam na sobie wzrok Marco, więc popatrzyłam na niego, a on tylko z zadowoleniem pokręcił głową. Gdy skończyli podpisywać autografy, dołączyli do mnie.
- W przyszłości tak będzie wyglądać twoje życie - uśmiechnął się Robert - Każdy będzie Cię dopadał, obserwował i w ogóle.
- Za naszą Nadią już się chłopaki oglądają - mrugnął do mnie blondyn - Kto to był?
- Też chciałabym wiedzieć, bejbe - zaśmiałam się.
Zrobiliśmy zakupy i po pięciu godzinach szliśmy już do mojego domu. Tak, Piszczkowi się spieszyło, więc zdecydowaliśmy, żeby wziął samochód, a my pójdziemy pieszo, bo na dworze przestało padać. Ja szłam po lewej stronie Roberta, a Marco po prawej. Stwierdziliśmy, że nasz plan można już zrealizować. Wskoczyliśmy w dwie kałuże i ochlapaliśmy naszego boskiego Lewandowskiego.
- Wy debile, mam mokre spodnie! - krzyknął.
Ja z Marco tylko się zaśmialiśmy i skacząc styknęliśmy się tyłkami. Gdy ściągałam buty, mój telefon zaczął dzwonić.
- Robert, odbierz - krzyknęłam. Po chwili przyszedł z telefonem mówiąc ten sam tekst "Do Ciebie". Serio Lewandowski?! Nie wiedziałam.
- Halo?
- Dzień dobry. Z tej strony Fornalik. Pamiętasz, że jutro mamy mecz?
- Yyy... Naturalnie.
- Mecz jest o 20.00, a trening o 8:00. Przyjdź jeszcze 2 godziny przed meczem. Trzeba ustalić podstawowy skład i taktykę.
- Dobrze. Do zobaczenia.
Wpadłam jak ogień do salonu i stanęłam przed telewizorem.
- Kur*a mać! Chłopaki ja mam jutro mecz ze Stuttgartem! Zapomniałam całkowicie. Mario podwieziesz mnie na trening? A wy mam nadzieję, że przyjdziecie. To mój pierwszy, mam nadzieję, że nie dam plamy.
- Będzie wszystko ok, chyba że nie trafisz na pustą bramkę - zaśmiał się blondyn - Dobra, przepraszam, ejj, nie bij mnie!
Cały wieczór przesiedzieliśmy rozmawiając, wygłupiając się i grając w prawda czy wyzwanie. Wyszło na to, że Mario musiał przenocować u mnie, ponieważ jego troskliwi rodzice zapomnieli zostawić mu kluczy.
- Widzę, że dalej nosisz ten wisiorek - spostrzegł gdy wchodziliśmy do mojego pokoju
- Nigdy go nie ściągam - uśmiechnęłam się - A tak dla twojej świadomości śpisz na fotelu.
- No ale...
- Na fotel.
Wziął koc i wolnym krokiem doszedł do fotelu, ale ciągle gwałtownie się ruszał. Widać było, że chce mu się spać, ale komfort posłania uniemożliwiał mu to. W pewnej chwili zrobiło mi się go szkoda.
- Mario ... - szepnęłam.
- Co? - spytał.
- Chodź tu do mnie.
On z wielkim uśmiechem wstał i położył się obok mnie.
- Tylko ręce przy sobie! - zaśmiałam się.
- Okey - odwrócił się na drugą stronę.
- Ale przytulić mnie możesz.
Zadowolony pocałował mnie w policzek, a ja wtuliłam się w jego nagie ciało (oczywiście miał na sobie bokserki) i zasnęłam.

________________________________________________--
Jest 24 :) PRZEPRASZAM WAS! <3 Dziękuję za poprzednie komentarze. Motywują! :)

niedziela, 6 października 2013

Rozdział 23



Rozdział z dedykacją dla Pati :)




Minął już miesiąc od mojego powrotu ze szpitala. Przez ten czas Mario był przy mnie dzień i noc. Podawał mi leki, karmił, umilał każdą chwilę swoją obecnością. Byłam szczęśliwa dlatego, że po prostu był. Szwów i gipsu nareszcie się pozbyłam.Mogłam kontynuować swoje treningi i ruszyć się z domu, bo mój opiekun nie pozwalał mi nawet pójść po wodę. Faktycznie, trochę przesada, no ale cóż poradzić. A jeśli już mowa o treningach dzisiaj wypada pierwszy. Mario obiecał, że pójdzie ze mną.
- Nadia, gdzie jesteś? – spytał, podczas gdy ja krzątałam się po zakamarkach mojego pokoju w poszukiwaniu butów.
- Chodź tu! – krzyknęłam, a on w mgnieniu oka znalazł się w progu mojej sypialni.
- Co jest?
- Zgubiłam buta – wyjaśniłam pokazując jednego z pary. Widząc moją minę westchnął i lekko się zaśmiał.
- Masz – rzucił mi moją zgubę.
- Co?! To ty… Ty go miałeś? Ty debilu, szukałam go przez pół godziny, a ty bezczelnie sobie go wziąłeś! Zajebiście, teraz spóźnię się na pierwszy trening. Awww – wypaliłam.
- Spokojnie, mała. Wszystko obmyśliłem. Wsiadaj do samochodu, torba jest w bagażniku – uśmiechnął się takim sposobem, że nie mogłam się już gniewać na tego chłopaka. Odwzajemniłam gest i zbiegłam po schodach. Nawet się nie obejrzałam byliśmy na Signal Iduna Park. Fornalik (tak nazywał się nasz trener) pokazywał innym dziewczynom podania i takie podstawy gry. Widocznie, każda z nich była początkowa. Wnioskując z ich min nie za bardzo rozumiały wskazówki trenera.
- Dzień dobry! – usłyszałam wbiegając na boisko – Spóźniłaś się!
- Tak wiem, przepraszam, ale to nie moja wina. Jestem już przygotowana, więc…
- Wchodź na boisko. Ćwiczymy podania, rozumiesz czy ..
- Jasne, że rozumiem – uśmiechnęłam się.
- Świetnie.
Podania wyszły mi najlepiej z drużyny. Polubiłam niektóre dziewczyny, to znaczy z wyjątkiem Anki. Próbowała robić wszystko co mi zaszkodzi podczas meczyku treningowego. Niestety, nie udało jej się to. Po tym wszystkim byłam nieco zmęczona, więc poszłam do Mario na trybuny.
- Widzę, że już masz wrogów – zaśmiał się.
- Taa .. O czym tak myślisz? – spytałam zaciekawiona – A raczej o kim?
- O Tobie – uśmiechnął się słodko.
- To znaczy… Y… O tym jak dobrze grasz i w ogóle – dokończył. Pewnie zdał sobie sprawę z tego, że poprzednie słowa zostały nie chcący wypowiedziane na głos.
- Chodźmy już – pogoniłam go, a widząc Annę odwróciłam się do niego.
- Mario, proszę, będziesz udawał mojego chłopaka? – spytałam szeptem.
- Po co?
Nie zdążyłam już mu powiedzieć, ponieważ obok nas pojawiła się nowa znajoma.
- Ooo kogo my tu mamy? – spytała.
- Ludzi. Byłaś kiedyś u okulisty? Jeśli nie, to powinnaś skorzystać – odpowiedziałam, a Mario lekko się zaśmiał.
- Co takie ciacho jak ty robi z… nią – zmierzyła mnie wzrokiem przystawiając się do bruneta.
- Patrzy się na to coś przed nim – mruknął.
- Mraauć, słodziak – mrugnęła – Tak więc może zadzwonisz?
- Nie, dzięki – parsknął – Chodź, skarbie – objął mnie ramieniem.
- Że… Że co?! Wy jesteście razem? – wyjąkała.
- Tak, od tygodnia. A teraz, mogłabyś nam zejść z drogi, właśnie wybieramy się do mnie przetestować nowe łóżko – odpowiedział, a ta stanęła jak wryta.
- To do zobaczenia, Aniu – pomachałam jej z uśmiechem.
- Hahahah, przetestować łóżko? – zaśmiałam się, gdy z zasięgu wzroku zniknął stadion – Ty to masz pomysły.
- No przecież wiem – zaśmiał się – A, idziemy na nogach, bo Robertowi pożyczyłem samochód. Dzwonił jak miałaś trening.
- Spoko. Mario...
- Hm? – spytał patrząc się na mnie.
- Możesz mnie już puścić.
- Ale nie muszę – uśmiechnął się.
Poczułam motylki w brzuchu po jego słowach. Dopiero po 30 minutach byliśmy u Mario.
- To jak idziemy? – spytał.
- Gdzie?
- No do sypialni – odpowiedział zdziwiony.
- Chyba Cię pogięło! – zaśmiałam się – Wchodzimy na facebooka!
- No dobra… - posmutniał.
Zrobiliśmy sobie sweet fotkę i wrzuciliśmy na portal społecznościowy.
- Co mi się tak przyglądasz? – spytałam patrząc się w ekran.
- No bo wiesz…
W tym momencie wszedł Marco. Widać było, że brunet nie był zadowolony z widoku kumpla.
- No co? – rozłożył ręce blondyn.
- Gówno – walnął go poduszką – 1:0
- Twoja mama kazała mi przekazać Tobie jakieś prochy na główkę czy coś – podał jakiś proszek Goetzowi, dopiero później spostrzegł, że to tylko oranżada w proszku – 1:1
Nieustannie prowadzili taki dialog, aż było 10:9.
- Jestem w ciąży! – krzyknęłam wreszcie.
- Że co?! – spytał zdziwiony Marco – Mario nie patrz się tak na mnie, ja ojcem nie jestem!
- 1:0 – z dumą wgryzłam się w jabłko i poszłam do góry. Za sobą zostawiłam tylko ciche śmiechy chłopaków. Weszłam do pokoju, dopiero po 15 minutach przypomniałam sobie, że nie wylogowałam się z facebooka.
- Chłoopaki! – krzyknęłam. Wchodząc do salonu spostrzegłam, że szperają po internecie. Przeskoczyłam oparcie kanapy i wylądowałam na kolanach Goetzego.
- Zapomniałam się wylogować z facebooka – uśmiechnęłam się – Sorry, Mario, zaraz schodzę.
- Spoko – mrugnął.
- Wyczuwam między wami jakąś chemię – poruszał brewkami Reus.
- A ja wyczuwam, że dzisiaj nie używałeś dezodorantu – popatrzyłam na niego.
- To wy sobie tu posiedźcie, a ja idę na chwilę do łazienki – pokiwał głową.
Przybiłam piątkę z brunetem, ale widząc smutną minę Marco, przesiadłam się na jego kolana i złożyłam mu soczystego buziaka na policzku.
- Przepraszam, lamo – odparłam smutno.
- Hahahah, ale się nabrała! – zaśmiał się tuląc mnie jeszcze mocniej - Nadia, a tak pomijając to... Wiesz jak bardzo cię lubię? Jesteś taka mądra, miła...
- Marco, co tym razem przeskrobałeś? – zapytałam patrząc na jego twarz.
- Ja? Nic, przecież ja grzeczny jestem! – sprzeciwił się.
- Chyba jak śpisz, chociaż … - poruszałam brewkami na co wszyscy się zaśmialiśmy.
- Aha, masz karniaka od Marco… Ale chyba miałem Ci tego nie mówić – zacisnął wargi Mario.
- Młody, nie żyjesz! – krzyknął blondyn i pobiegł w stronę bruneta.
- Mamusiuuu! – wrzeszczał Goetze, gdy Reus go bił i przyciskał do ściany.
- Ej, dobra. Uspokójcie się, dzieci – rozdzieliłam ich.
- Uratowałaś mnie! – przytulił mnie od tyłu Mario.
- Jak zawsze, mój ty bohaterze – parsknęłam, na co blondyn śmiał się jak opętany.
`Początek głupawki` - pomyślałam. W Dortmundzie zamiast stać się rozsądniejsza, dojrzalsza i bardziej mądrzejsza, zgłupiałam. No ale jak tu być normalnym żyjąc z najlepszym przyjacielem: Marco, oglądającym smerfy i do tego blondynem, przyjacielem: Robertem, który nie śmieje się tylko wtedy gdy śpi, a czasami nawet wtedy nie jest spokojny i tym Mario, który jest połączeniem tej dwójki. Powiedz, jak tu być tym normalnym? Z rozmyśleń wyrwało mnie poczucie wilgoci na policzku. Spostrzegłam, że kochany Reus mnie oślinił.
- Ty lamo! – wrzasnęłam ściągając z niego koszulkę i wycierając nią policzek.
- Ejj, czemu lama? – oburzył się.
- Popatrz się – pokazałam mu zdjęcie lamy i jego – Widzisz tu jakąś różnicę, Mario?
- Taak… I to wielką! – zdziwił się – Lama ma mózg, a nasz kochany Reusik niestety, ma jego brak!
- Hahah, piona!
W pewnej chwili ktoś zapukał do drzwi.
- Lewy, ty tutaj? – spytałam zdziwiona.
- Taak, a ty?
- Teeż – zaśmiałam się.
- Ooo widzę, że szukaliście podobizny Marco – spojrzał na ekran laptopa.
- Kocham Was, normalnie, kocham! – pocałowałam Lewego w policzek i Mario.
- A mi już się nie należy? – spytał poszkodowany.
- Ciebie już pocałowałam! – podniosłam brew, a następnie spojrzałam na Roberta. Widocznie, on to inaczej zrozumiał.
- W policzek – dodałam, a on się zaśmiał.
- Ej, my tutaj gadu gadu, a już 19.00 – popatrzył na zegarek Marco - Mario pewnie chce oglądnąć dobranockę - dodał wychodząc.
- Smerfy są! - krzyknął z salonu.
- Wiecie.. Może mu dotrzymam towarzystwa... - uśmiechnął się blondyn i zaczął wraz z Goetze śpiewać piosenkę "Smerf"
- Hahah, to ja lecę! Pa. – pożegnałam się.
- Poczekaj, też muszę lecieć, a mieszkamy blisko siebie. Odprowadzę Cię – uśmiechnął się napastnik.
- Miło.
Pocałowałam w policzek Mario, co odzwzajemnił, mocno przytuliłam Reusa i wyszliśmy. Cały czas rozmawialiśmy o mojej przyszłości sportowca. Podoba mi się droga życiowa, którą obrałam. Faktycznie, może ucierpi na tym moja prywatność, ale chcę robić to, co kocham, a zarazem dzielić się moją pasją z innymi. Moją pierwszą miłością jest właśnie piłka i nie zamierzam tak po prostu dać spokój mojej karierze. Lewandowski wspomniał, że mogę na niego liczyć, jeśli chodzi o sprawy zawodowe, o prywatnych nie musiał mi przypominać. Sam o tym wie, że jest dla mnie niczym brat i zawsze, gdy coś jest nie tak mam w nim wsparcie.
- Co jutro robisz? – spytał, gdy byliśmy pod moim domem.
- Jeszcze nie wiem, bo jutro akurat nie mam treningu, a co?
- Idziesz ze mną, Marco, Mario i Łukaszem na zakupy? – spytał.
- Z Wami to gorzej niż z dziewczynami – skomentowałam – Jasne, to do zobaczenia.
- Pa – pomachał mi z uśmiechem.
Weszłam do domu, a wtedy była już 21.00. Poszłam do swojego pokoju, położyłam się na łóżku, przy czym zapalając małą lampkę nocną. Wpatrywałam się w sufit, na którym był przymocowany Giga plakat Borussen z autografami. Mój wzrok utkwił na Mario, Marco a następnie Robercie. Gdy wspomniałam sobie te chwile, które z nimi przeżyłam. Wszystkie wygłupy, żarty, ale też te pocieszenia i wspólne smutki na mojej twarzy zagościł uśmiech, a w sercu duma, że mam takich wspaniałych przyjaciół. Byłam okropnie zmęczona po dzisiejszym dniu, sama nie wiem z jakiego powodu. Nie rozmyślając więcej pokierowałam swoje nogi do łazienki, gdzie wzięłam szybki prysznic dodający mi energii, a następnie pod ciepłą kołdrę z logiem Lecha Poznań.
"Marco śpiewa piosenkę smerfów :o . Help me! ;( " - oczywiście sms od Mario
"Głupawka? Skądś to znam :D Powinno mu przejść za jakieś pół godziny ;) Powodzenia!""Przyda się :D"
Po piętnastu minutach ponownie napisał.
"Jesteś wielka! :) Przeszło mu i poszedł :D Dziękuję, Nadia *.* Dobra, ja idę już spać, bo Reus mnie wykończył -,- "
" No mi też się oczy kleją :) Wolę nie wnikać co wy robiliście :D"
" Słodkich snów, mała <3 ;) "
"Dobranoc, Mario ;*"

Po tym smsie smacznie zasnęłam nie przejmując się jutrzejszym dniem.

"... zasnęła prędko myśląc o nim. Z dnia na dzień wiedziała, że się zakochuje, tylko nie wiedziała czy we właściwym mężczyźnie."
___________________________________________
I jest next  :D Coś mało komentarzy ostatnio, ale nie mam wam tego za złe, bo sama sobie zawiniłam. Mam nadzieję, że ktoś jeszcze czyta tego bloga i tym osobom jestem za to wdzięczna ;* .

niedziela, 8 września 2013

Rozdział 22


Rano wstałam około 7.00. Przed sobą miałam widok chłopaków i Miki.
- Co tak wcześnie? - spytałam przecierając oczy.
- Mieliśmy być cicho - podkreślił ostatnie dwa słowa Mario - Ale Marco kopnął w łóżko. Jak tam?
- Hahah, ale lama. A nawet, tylko że nudy straszne - uśmiechnęłam się.
- Heej, kochana! - krzyknęła moja przyjaciółka - Przepraszam, że mnie wczoraj nie było, no ale widzisz Marco mi nic nie powiedział.
- Bo był zajęty czymś innym - dokończył Lewy chrząkając.
- Ej Robert! - zaśmiałam się - Kto Cię tak wychował?
- Mama - odpowiedział, a wszyscy się nie powstrzymaliśmy od śmiechu.
- Wow, wole nie wiedzieć co Cię jeszcze nauczyła - dodałam.
- Kamasutry - wyjąkał czerwony blondyn.
Teraz to już całkiem nie mogłam nic powiedzieć. Oni to mają myśli, oj tam, ja nie lepsza.
- Zo... Zostawicie nas sa... same? - spytałam.
- Wyjdźmy na chwilę chłopaki, bo się nas zawstydziła. Paczaj jaka czerwona - szepnął Mario do Reusa.
Gdy wychodzili Goetze zamknął drzwi przed Marco, a ten się z nimi zderzył. Masakra. Jak trener z nimi wytrzymuje.
- Debile - skomentowałam.
- Taa - zaśmiała się - Jak tam z tym brunetem? Jesteście razem?
- Nie no co ty - wytrzeszczyłam gały - A ty z blondynką?
- Ejj, słyszałem - wszedł Marco.
- Wypad, lamo! - krzyknęłam, a on szybko znalazł się po drugiej stronie.
- Tak, nadal - uśmiechnęła się - Kiedy Cię wypisują?
- Postaram się, żeby to było jutro - wyjaśniłam.
- Poinformowałaś o tym Kubę? - spytała.
- Nie mam zamiaru - oznajmiłam - On... To skończony temat. Sorki, ale chcę odpocząć.
- Trzymaj się. Pa - przytuliła mnie i wyszła.
Głowa mnie okropnie bolała. Zjadłam przyniesione przez (zapewne Roberta) truskawki i powoli wstałam z łóżka. Nie wiem czy mogłam tak uczynić, ale zrobiłam co uważałam za stosowne. Na korytarzu pustki, w przeciwnej sali wszyscy śpią. Cisza... Wyszłam na balkon, a przede mną ukazała się panorama miasta, a przynajmniej połowa niego. Niestety, nie mogłam dostrzec Signal Iduny. Zapewne znajdowała się po drugiej stronie. W pewnej chwili podszedł do mnie chłopczyk. Mały blondyn o wyrazistych niebieskich oczkach z uśmiechem, któremu towarzyszyły słodkie dołeczki. Wyglądał na 4 latka.
- Cześć, kochanie. Zgubiłeś się? - spytałam przykucając obok dziecka.
- Nie. Ja tutaj jeśtem bo zacholowałem - wyjaśnił ze smutną minką.
- Ojeju, uśmiechnij się - powiedziałam błagalnie - Chodź, pochodzimy po korytarzu, co?
- Tak - ucieszył się - Długo tu jeśteś?
- Nie. Miałam operację, więc muszę tu zostać do jutra - odpowiedziałam - A powiedz mi, twoja mamusia też jest tutaj?
- Nie ma jej. Moja mamusia śpi. Lekaź powiedział ze jest baldzio zmęcona i musi dłuuugo spac.
Patrząc na to dziecko i wnioskując z wypowiedzi. Jego mama musiała umrzeć. Biedny chłopczyk.
- To musisz być grzeczny żeby mamusia była z ciebie zadowolona - mimowolnie łza popłynęła mi z oka - Kiedyś się spotkacie.
- Nadia, nie płac - przytulił mnie mocno.
- Znasz mnie? - spytałam zdziwiona.
- Nie pamiętaś mnie? To ja, Tomek. Wtedy co cię śpotkałem na ulićy z tymi panami.
- Faktycznie, to ty - uśmiechnęłam się - A może pójdziesz do mnie do pokoju?
- Oćywiście.
Siedzieliśmy przez chwilę na łóżku. Ciągle rozmyślałam nad losem chłopczyka. Co z nim dalej będzie? Przecież on jest sierotą! Biedactwo. Wtem przyszła pielęgniarka sprawdzić mój stan samopoczucia, a malca wzięła do innego pomieszczenia.
- Proszę panią, a czy... Ten chłopczyk ma mamę? - spytałam gdy mierzyła mi gorączkę.
- Niestety, nic mi o tym nie wiadomo, ale zawiadomię lekarza, by tutaj przyszedł - uśmiechnęła się.
Porozmawiałam z doktorem. Wyglądał na młodego i właśnie taki był. Miał ponad 20 lat, a na imię mu Kevin. Fakt, Tomuś był sierotą, ponieważ jego mama zginęła w wypadku samochodowym. Teraz dadzą go do domu dziecka jeśli wyzdrowieje. Przecież nie mogę na to pozwolić! On potrzebuje matczynej miłości, opieki... Mam pomysł, może po...
- Ma pani gościa - zawiadomiła dyżurująca.
- Hej, kochana! - przytulił mnie Mario - Przyniosłem Ci tablet, maliny, czekolady, ciastka, słuchawki i gorącą kawę.
- Dziękuję, że się tak o mnie troszczysz, ale ja już jutro wychodzę - zaśmiałam się pijąc napój.
- Naprawdę? To świetnie - ucieszył się - Jak się czujesz?
- Lepiej, o wiele. Za tydzień muszę przyjść na kontrolę i wyciągnięcie szwów.
- To dobrze. Jak wyzdrowiejesz wybiorę się z Tobą na twój pierwszy trening.
- Serio? Kochany jesteś – przytuliłam go.
- No przecież wiem – zrobił face palm’a.
- Faceci i ta ich skromność – szepnęłam z westchnieniem.
- Dawno Cię nie było na necie. Stęsknili się za Tobą – uśmiechnął się.
- Skąd wiesz? – spytałam zdziwiona.
- Gdy wchodzisz u kogoś na fejsa pamiętaj o wylogowaniu – poruszał brwiami.
- Ty debiluuu! – krzyknęłam – Siadaj tu koło mnie, albo się połóż. Wchodzimy na fb. Chcę sprawdzić czy nie mam karnego kutasa.
- Co?! Myślisz że byłbym do tego zdolny? – obraził się.
- Nie chcesz wiedzieć, co teraz myślę – oznajmiłam, a on poruszał brewkami.
- Zboczeniec – skomentowałam i zalogowałam się na portalu społecznościowym, na Gadu i asku. Weszłam też na życiowe, net. Kochałam tą stronkę. Po godzinie spostrzegłam, że Mario zasnął opierając głowę na moim ramieniu. Zaczęłam się więc bawić jego włosami.
- Diablica – mruknął i przyciągnął mnie do siebie. Nasze oczy nie odrywały od siebie wzroku, a nosy i czoła się stykały.
- Siemka, ułomni! – wparował Marco, a my jak oparzeni odskoczyliśmy od siebie. To znaczy ja tylko się odsunęłam, a Mario, biedactwo ze strachu spadł na podłogę.
- I kto tu jest ułomny – parsknął brunet.
- No sorry, ale to nie ja tulę podłogę – zaśmiał się.
- Wal się, lamusie!
- Tylko z Tobą skarbie – uśmiechnął się słodko.
- Ooooooo – zawyłam.
- Widzę, że coś się kręci – wszedł Lewy – Siądę sobie koło ciebie, Naduś.
- Spoko, a masz popcorn? – spytałam z nadzieją.
- Niestety, nie przewidziałem tego – zaśmiał się obejmując mnie ramieniem.
- Ale on jest pedał, co nie, Nadia? – spytał Mario.
- Ej, mnie się nie pytaj, wiesz co odpowiem – wytrzeszczyłam gały patrząc raz na niego, raz na Marco.
- O ty wiedźmo – podszedł do mnie powoli blondyn i zaczął mnie łaskotać.
- Kurwa! – krzyknęłam, a w tym momencie wszedł lekarz.
- Kevin? – zdziwił się Goetze
- Siema, stary – przytulił go.
- To wy się znacie? – spytałam.
- Mój kumpel od piaskownicy – uśmiechnął się lekarz – Jak się czujesz, Nadio? Z tego co widzę chłopaki nie dają Ci żyć.
- Tak, a szczególnie jeden z nich – popatrzyłam na Marco, a on zrobił minkę niewiniątka.
- Heh, tak więc zostaniesz jeszcze z nami? – spytał
- Chciałabym wyjść jak najszybciej. Mogę nawet teraz, tylko potrzebna mi jest zgoda doktora.
- Mów mi po imieniu. Za chwilę zrobię wypis, a ty się spakuj – oznajmił i wyszedł.
Chłopaki spakowali do torby wszystko co należało do mnie i pomogli mi wstać. Brzuch mnie trochę bolał, natomiast ręka mniej.
- Zaprowadzicie mnie jeszcze do pokoju 13? – spytałam.
- Jasne – uśmiechnął się Robert. Spotkałam tam tego samego małego blondyna, o którym nieustannie myślałam. Widząc mnie szybko wstał i pobiegł w moją stronę.
- Hej, kochanie – przytuliłam go – Posłuchaj, ja już idę do domciu. Muszę, ale obiecuję, że tutaj przyjdę dobrze?
- Dobzie. To pa – pomachał mi, a ja odeszłam.
- Nadia, cekaj! – zawołał Tomek.
- Tak? – spytałam ledwo przykucając przy dziecku.
- Kocham Cię – pocałował mnie w policzek – I… mam coś dla Ciebie. Plosę, weź.
Wręczył mi połowę piłki nożnej.
- Mam taki sam wisiolek. Będzie on Ci psypominał o nasej psyjaźni. Kocham Cię, pamiętaj. Do zobacenia!
- Pa, trzymaj się – pomachałam mu – Przyjdę jutro.
Lekarz wręczył mi wypis i wyszliśmy żółwim tempem ze szpitala. Miałam nadzieję, że już nigdy takie coś nie będzie miało miejsca. Jak mówią: Nadzieja umiera ostatnia. Zobaczymy.

__________________________________________________________________

Rozdział kompletnie spieprzyłam -,- Wiem o tym, ale teraz ta szkoła i ogólnie... Postaram się coś pisać, ale też muszę się uczyć, bo postanowiłam się poprawić w nauce. Nie wiem co by tu jeszcze napisać... Dziękuję moim stałym czytelniczką za śledzenie mojego bloga i czekanie na nowsze części opowiadania. Chciałabym Was zaskoczyć i zadowolić wyśmienitymi rozdziałami i ciężko mi z tą myślą, że nie potrafię. Zastanawiam się nad usunięciem tego bloga. Liczę się z Waszym zdaniem, dlatego nie podejmuję sama decyzji. Jeśli nastąpi usunięcie tego bloga, wiedzcie, że będzie mi Was cholernie brakowało, kochani <3