Rozdział dedykowany Arienne i Oliwii :*
Obudziłam się w szpitalu. Byłam zszokowana widokiem tych wszystkich kolorowych kabelków do których byłam podłączona. Obok mojej głowy, na metalowej komodzie znajdował się aparat do mierzenia tętna i ciśnienia, na wieszaku znajdowała się bezbarwna substancja zapewne kroplówka, a na przeciwko obraz Jezusa. Przypomniałam sobie jak wtedy nie uczęszczałam do kościoła, jak zapomniałam o istnieniu Boga.
- Wiem, że przez całe życie opuściłam Cię, zajmując się innymi rzeczami, które wtedy wydawały mi się ważniejsze, lecz ty zawsze miałeś mnie w opiece, nawet gdy bluźniłam. Moje życie powoli zaczyna zamieniać się w piekło. Tak bardzo tego nie chcę, mam już wszystkiego dość, nie chcę dalej żyć. Jak widzisz leżę na łóżku i wpatruję się w twe oczy. Czuję jak każda część ciała mnie boli, a najbardziej to chyba dusza. Proszę, oczyść ją ze wszystkich grzechów i gdybyś mógł... - przełknęłam ślinę - Weź mnie do siebie... Wiem, że moi ukochani będą za mną tęsknić i cierpieć, ale zapewnij im co tylko potrzebne, by nic im się nie działo gdy mnie już nie będzie. Proszę... - szepnęłam. Po raz pierwszy zrobiłam znak krzyża ledwo podnosząc rękę będącą w gipsie. Zaraz po tym wszedł Mario ze smutkiem na twarzy, który po kilku sekundach przerodził się w uśmiech. Popędził ile sił w nogach na korytarz:
- Doktorze, doktorze!!! - krzyczał.
- Słucham pana? Proszę się opanować - uspokoił.
- Nie mogę, Pani Hanf się obudziła - uśmiechnął się szeroko.
Wraz z lekarzem w moim pokoju pojawili się wszyscy z Borussi. Jurgen Klopp też.
- Nieźle ucierpiałaś, panienko - pokręcił głową doktor Fischer - Drugim razem możesz nie mieć takiego szczęścia. Teraz zostawiam cię z gośćmi. Zajrzę za dwie godziny.
- Dobrze - szepnęłam - Hej, chłopaki. Dzień dobry panu.
- Witaj - uśmiechnął się Klopp - Lepiej się czujesz?
Kiwnęłam głową wymuszając uśmiech.
- Nadia, jak ja się o Ciebie martwiłem - przytulił mnie mocno Mario - Przepraszam - puścił mnie widząc zbolałą minę.
- Kochana, żyjesz! - krzyknął Marco tuląc mnie.
- Sądziłeś, że umarłam?
Obudziłam się w szpitalu. Byłam zszokowana widokiem tych wszystkich kolorowych kabelków do których byłam podłączona. Obok mojej głowy, na metalowej komodzie znajdował się aparat do mierzenia tętna i ciśnienia, na wieszaku znajdowała się bezbarwna substancja zapewne kroplówka, a na przeciwko obraz Jezusa. Przypomniałam sobie jak wtedy nie uczęszczałam do kościoła, jak zapomniałam o istnieniu Boga.
- Wiem, że przez całe życie opuściłam Cię, zajmując się innymi rzeczami, które wtedy wydawały mi się ważniejsze, lecz ty zawsze miałeś mnie w opiece, nawet gdy bluźniłam. Moje życie powoli zaczyna zamieniać się w piekło. Tak bardzo tego nie chcę, mam już wszystkiego dość, nie chcę dalej żyć. Jak widzisz leżę na łóżku i wpatruję się w twe oczy. Czuję jak każda część ciała mnie boli, a najbardziej to chyba dusza. Proszę, oczyść ją ze wszystkich grzechów i gdybyś mógł... - przełknęłam ślinę - Weź mnie do siebie... Wiem, że moi ukochani będą za mną tęsknić i cierpieć, ale zapewnij im co tylko potrzebne, by nic im się nie działo gdy mnie już nie będzie. Proszę... - szepnęłam. Po raz pierwszy zrobiłam znak krzyża ledwo podnosząc rękę będącą w gipsie. Zaraz po tym wszedł Mario ze smutkiem na twarzy, który po kilku sekundach przerodził się w uśmiech. Popędził ile sił w nogach na korytarz:
- Doktorze, doktorze!!! - krzyczał.
- Słucham pana? Proszę się opanować - uspokoił.
- Nie mogę, Pani Hanf się obudziła - uśmiechnął się szeroko.
Wraz z lekarzem w moim pokoju pojawili się wszyscy z Borussi. Jurgen Klopp też.
- Nieźle ucierpiałaś, panienko - pokręcił głową doktor Fischer - Drugim razem możesz nie mieć takiego szczęścia. Teraz zostawiam cię z gośćmi. Zajrzę za dwie godziny.
- Dobrze - szepnęłam - Hej, chłopaki. Dzień dobry panu.
- Witaj - uśmiechnął się Klopp - Lepiej się czujesz?
Kiwnęłam głową wymuszając uśmiech.
- Nadia, jak ja się o Ciebie martwiłem - przytulił mnie mocno Mario - Przepraszam - puścił mnie widząc zbolałą minę.
- Kochana, żyjesz! - krzyknął Marco tuląc mnie.
- Sądziłeś, że umarłam?
Nieustannie mówiłam
szeptem i z chrypką, ponieważ nie mogłam wydobyć głosu.
- Nie no co ty - zaprzeczył.
- Hej, kochana - uśmiechnął się Robert - Jak się czujesz?
- Nie pytaj.
- Z tego co wiem, powinnaś zawiadomić o tym rodziców - spostrzegł trener.
- Albo ojca - dodał szybko Lewy.
- Nie - pokręciłam głową - Po co?
- No przecież... - zaczął Mats.
- Nie - postanowiłam.
Wszyscy już wyszli. Porozmawiałam trochę z nimi. Co prawda nie przyjaźniłam się z innymi Borussen tak jak z tą trójką, lecz mimo to przyszli do mnie.
- Naduś, dlaczego to zrobiłaś? - spytał Goetze.
- A co ja niby zrobiłam? - spytałam.
- Gdybyś mnie zostawiła nie pobiliby Cię - odparł.
- Nie mogę patrzyć jak jakiś gnój bije osobę, która jest dla mnie ważna. Nie pozwolę na to nikomu, rozumiesz? - szepnęłam.
- Nigdy Cię nie opuszczę, kochana - pocałował mnie w spuchnięty policzek. W tym momencie wszedł pan Fischer.
- Przepraszam, że przeszkodziłem - zapeszył się - Trzeba zmierzyć temperaturę.
Przyłożył mi urządzenie do czoła. Wskazywało 41.5. Lekarz oniemiał. Wyjaśnił, że przy temperaturze 42 mogę stracić życie, ponieważ mój stan zdrowia nie jest dobry.
- Proszę wyjść. To sprawa życia lub śmierci - powiadomił Mario. Zdążyłam tylko usłyszeć: "Jesteś silna, wierzę w Ciebie!", po czym zasnęłam.
*** Mario ***
- Lekarz kazał mi wyjść - odparłem widząc, że Marco i Robert się mi przyglądają - Ona... Może umrzeć.
- Nie, Mario! Ona nie umrze, rozumiesz?! Będzie żyć dalej, będzie tak jak dawniej! - krzyczał Reus, lecz powoli sam w to nie dowierzał.
- Nie no co ty - zaprzeczył.
- Hej, kochana - uśmiechnął się Robert - Jak się czujesz?
- Nie pytaj.
- Z tego co wiem, powinnaś zawiadomić o tym rodziców - spostrzegł trener.
- Albo ojca - dodał szybko Lewy.
- Nie - pokręciłam głową - Po co?
- No przecież... - zaczął Mats.
- Nie - postanowiłam.
Wszyscy już wyszli. Porozmawiałam trochę z nimi. Co prawda nie przyjaźniłam się z innymi Borussen tak jak z tą trójką, lecz mimo to przyszli do mnie.
- Naduś, dlaczego to zrobiłaś? - spytał Goetze.
- A co ja niby zrobiłam? - spytałam.
- Gdybyś mnie zostawiła nie pobiliby Cię - odparł.
- Nie mogę patrzyć jak jakiś gnój bije osobę, która jest dla mnie ważna. Nie pozwolę na to nikomu, rozumiesz? - szepnęłam.
- Nigdy Cię nie opuszczę, kochana - pocałował mnie w spuchnięty policzek. W tym momencie wszedł pan Fischer.
- Przepraszam, że przeszkodziłem - zapeszył się - Trzeba zmierzyć temperaturę.
Przyłożył mi urządzenie do czoła. Wskazywało 41.5. Lekarz oniemiał. Wyjaśnił, że przy temperaturze 42 mogę stracić życie, ponieważ mój stan zdrowia nie jest dobry.
- Proszę wyjść. To sprawa życia lub śmierci - powiadomił Mario. Zdążyłam tylko usłyszeć: "Jesteś silna, wierzę w Ciebie!", po czym zasnęłam.
*** Mario ***
- Lekarz kazał mi wyjść - odparłem widząc, że Marco i Robert się mi przyglądają - Ona... Może umrzeć.
- Nie, Mario! Ona nie umrze, rozumiesz?! Będzie żyć dalej, będzie tak jak dawniej! - krzyczał Reus, lecz powoli sam w to nie dowierzał.
- Ja ją kocham... Nie
chcę jej stracić, wiedząc, że nigdy o tym się nie dowie - wyjąkałem kryjąc
twarz w dłonie.
- Dowie się. Obiecuję Ci to tu i teraz - objął go ramieniem Lewy.
Po 15 minutach z pokoju Nadii wyszedł lekarz, a jego mina nie wróżyła nic dobrego.
- Doktorze ... - zaczął Marco, a lekarz nie czekając na dalsze pytania pokręcił głową.
Czułem się taki bezradny, spodziewałem się najgorszego.
- Musimy przeprowadzić operację. Trzeba wyciąć wyrostek. Jeśli temperatura podczas zabiegu wzrośnie... - powtórzył czyn i pobiegł w stronę drzwi, następni uzgadniał coś z jedną z pielęgniarek. Po chwili z pomieszczenia dwie kobiety ciągły łóżko, na którym leżała blada brunetka z tlenem na twarzy. Bezmyślnie pobiegłem za łóżkiem, a gdy już zniknęło za matowymi drzwiami sali operacyjnej uderzyłem pięścią w ścianę i opierając się o nią powoli posuwałem się w dół. Z oka poleciała mi jedna samotna łza na myśl, że mogłem ją zobaczyć ostatni już raz...
- Czemu to mnie nie mogli pobić tylko ją? - spytałem z wyrzutem chowając twarz w dłonie.
- Stary, nie płacz - przykucnął naprzeciw mnie Marco - Musisz jej pokazać, że jesteś silny, rozumiesz? Znając Nadię na pewno wściekłaby się za takie zachowanie. Zrób to dla niej. Mogę Ci przyrzec, że ona przeżyje. Przecież kiedyś, gdy jeszcze jej nie znaliśmy trenowała boks. Przez to stała się bardziej wytrzymała. To daje jej szanse do życia. Weź się w garść, Mario!
- Dobrze Ci mówić, Reus – spojrzałem na niego.
- Słuchaj, stary. Kocham ją jak siostrę, gdyby coś jej się stało, nie wiem co bym zrobił. Wiem co czujesz i mi też nie jest łatwo – wyznał.
Pomógł mi wstać i razem poszliśmy usiąść koło Roberta. On też nie wyglądał za dobrze. Każdy z nas żywił do niej miłość. Nie koniecznie taką jak ja. Mam nadzieję, że wszystko się uda.
*** 3 godziny później ***
- Jesteście rodziną pani Hanf? – spytał nas lekarz.
- Nie. Przyjaciółmi – odparł Lewy – Co z nią?
- Operacja przebiegła pomyślnie. Pani Hanf powinna się obudzić za jakąś godzinę. Miała uszkodzony wyrostek, więc byłem zmuszony go wyciąć. Została bardzo mocno pobita – odparł.
Wstałem z wielkim uśmiechem na twarzy. Gdy doktor odszedł zacisnąłem zęby i ręce w pięść. Z radości przytuliliśmy się razem śmiejąc. Czułem taki spokój, że aż nie wiedziałem co ze sobą zrobić.
- Stary miałeś racje! – krzyknąłem – Po raz pierwszy.
- Ej, ej, nie rób ze mnie matoła – uderzył mnie w ramię.
- On tylko stwierdza fakty – dodał Robert z uśmiechem.
Godzina minęła na rozmowie o wszystkim co nam ślina na język przyniosła, dlatego to czekanie minęło tak szybko. Nareszcie mogliśmy wejść do Nadii. Zamarłem widząc jej szczupłą twarz, spękane usta i ją w niebieskim ubraniu. Nieraz byłem w szpitalu, ale teraz nie mogłem się powstrzymać by nie uronić łzy. Lecz szybko ją otarłem nie chcąc zamartwiać dziewczyny.
- Hej – przywitała się z lekkim uśmiechem – Tęskniłam za Wami.
- Heej, mała – przytulił ją Marco – Ja za Tobą też, a Mario to już w ogóle
Odruchowo kopnąłem kumpla w nogę.
- Ałć, Kur*a! – zacisnął zęby.
- Sory, stary. To taki spontan. Wiesz… Za dużo trenuję – tłumaczyłem się, a Nadia wpadła w śmiech.
- Jasne, jasne – parsknął Reus.
- Cioty nie? – zapytał ją Robert – Co tam u Ciebie? Wiesz kiedy wychodzisz?
- Nie, ale postaram się jak najszybciej. Już mam dość tego szpitala.
- Jesteś tu dopiero 12 godzin – spostrzegłem ze śmiechem.
- To i tak długo – zaśmiała się.
- Jak się czujesz? – spytałem troskliwie siadając na kraju łóżka.
- Gdy was widzę, zajebiście – uśmiechnęła się – Kocham Was, łośki!
- My ciebie też – odparłem za wszystkich – Ejj, a czemu łosie?
- Wolisz inaczej?
- Okey, okey – przytaknąłem.
Wtem przyszła pielęgniarka sprawdzić stan pacjentki, przez co musieliśmy wyjść na zewnątrz. Było późno, więc postanowiliśmy wrócić do posiadłości, a raczej do jednej z nich: do Roberta, a następnego dnia odwiedzić Nadię. Po kilkunastu minutach dojechaliśmy do domu Lewandowskich i rzuciliśmy się na materace jak zabici.
*** Nadia ***
Księżyc oświetlał granatowe niebo, które tak pięknie błyszczało powlekane srebrnymi gwiazdami różnej wielkości. Jego jasność padała wprost na moją twarz, lecz nie tylko dlatego nie mogłam zasnąć. Analizowałam wszystko co do tej pory się wydarzyło, a gdy już to zrobiłam układałam sobie w głowie dialogi, kiedy to Mario wyznałby mi miłość. Lubiłam czasem pofantazjować, taka moja natura. Leżałam już tak kilka godzin póki nie przyszła pielęgniarka.
- Wszystko w porządku? – spytała opierając się o ścianę naprzeciw mnie.
- Oczywiście, dlaczego pani pyta?
- Słyszałam, że nie śpisz, więc postanowiłam wstąpić – uśmiechnęła się – Nie chce Ci się tu siedzieć, co?
- Ani trochę – zaśmiałam się – Ale niestety, muszę.
- Postaram się, żeby Cię wypisali za 2 dni.
- Nie da się wcześniej? – spytałam marszcząc brwi.
- Niestety. Miała pani operację, więc wcześniejszy wypis nie jest możliwy – wyjaśniła – Jeszcze musi pani zostać poddana testom.
- Proszę mi mówić Nadia – uśmiechnęłam się.
- Jestem Maja – odwzajemniła gest.
- Chwila, chwila… Jesteś polką? – spytałam ojczystym językiem.
- Widzę, że nie tylko ja – zaśmiała się – Tak. Wyjechałam tutaj, ponieważ w Polsce nie mogłam znaleść sobie miejsca. W Dortmundzie mam przyjaciół, którzy mnie wspierają.
- Dziwne. 2 lata temu miałam podobnie – odpowiedziałam.
- Mam dyżur, muszę już iść. Dobranoc – szepnęła.
- Dziękuję. Dobranoc.
Nie miałam ochoty na sen. Postanowiłam więc zadzwonić do Miki. Dowiedziałam się, że nic jej nie wiadomo o moim pobycie w szpitalu. Chłopaki pewnie zapomnieli, normalne.
Po długiej rozmowie oczy same mi się zamknęły.
- Dowie się. Obiecuję Ci to tu i teraz - objął go ramieniem Lewy.
Po 15 minutach z pokoju Nadii wyszedł lekarz, a jego mina nie wróżyła nic dobrego.
- Doktorze ... - zaczął Marco, a lekarz nie czekając na dalsze pytania pokręcił głową.
Czułem się taki bezradny, spodziewałem się najgorszego.
- Musimy przeprowadzić operację. Trzeba wyciąć wyrostek. Jeśli temperatura podczas zabiegu wzrośnie... - powtórzył czyn i pobiegł w stronę drzwi, następni uzgadniał coś z jedną z pielęgniarek. Po chwili z pomieszczenia dwie kobiety ciągły łóżko, na którym leżała blada brunetka z tlenem na twarzy. Bezmyślnie pobiegłem za łóżkiem, a gdy już zniknęło za matowymi drzwiami sali operacyjnej uderzyłem pięścią w ścianę i opierając się o nią powoli posuwałem się w dół. Z oka poleciała mi jedna samotna łza na myśl, że mogłem ją zobaczyć ostatni już raz...
- Czemu to mnie nie mogli pobić tylko ją? - spytałem z wyrzutem chowając twarz w dłonie.
- Stary, nie płacz - przykucnął naprzeciw mnie Marco - Musisz jej pokazać, że jesteś silny, rozumiesz? Znając Nadię na pewno wściekłaby się za takie zachowanie. Zrób to dla niej. Mogę Ci przyrzec, że ona przeżyje. Przecież kiedyś, gdy jeszcze jej nie znaliśmy trenowała boks. Przez to stała się bardziej wytrzymała. To daje jej szanse do życia. Weź się w garść, Mario!
- Dobrze Ci mówić, Reus – spojrzałem na niego.
- Słuchaj, stary. Kocham ją jak siostrę, gdyby coś jej się stało, nie wiem co bym zrobił. Wiem co czujesz i mi też nie jest łatwo – wyznał.
Pomógł mi wstać i razem poszliśmy usiąść koło Roberta. On też nie wyglądał za dobrze. Każdy z nas żywił do niej miłość. Nie koniecznie taką jak ja. Mam nadzieję, że wszystko się uda.
*** 3 godziny później ***
- Jesteście rodziną pani Hanf? – spytał nas lekarz.
- Nie. Przyjaciółmi – odparł Lewy – Co z nią?
- Operacja przebiegła pomyślnie. Pani Hanf powinna się obudzić za jakąś godzinę. Miała uszkodzony wyrostek, więc byłem zmuszony go wyciąć. Została bardzo mocno pobita – odparł.
Wstałem z wielkim uśmiechem na twarzy. Gdy doktor odszedł zacisnąłem zęby i ręce w pięść. Z radości przytuliliśmy się razem śmiejąc. Czułem taki spokój, że aż nie wiedziałem co ze sobą zrobić.
- Stary miałeś racje! – krzyknąłem – Po raz pierwszy.
- Ej, ej, nie rób ze mnie matoła – uderzył mnie w ramię.
- On tylko stwierdza fakty – dodał Robert z uśmiechem.
Godzina minęła na rozmowie o wszystkim co nam ślina na język przyniosła, dlatego to czekanie minęło tak szybko. Nareszcie mogliśmy wejść do Nadii. Zamarłem widząc jej szczupłą twarz, spękane usta i ją w niebieskim ubraniu. Nieraz byłem w szpitalu, ale teraz nie mogłem się powstrzymać by nie uronić łzy. Lecz szybko ją otarłem nie chcąc zamartwiać dziewczyny.
- Hej – przywitała się z lekkim uśmiechem – Tęskniłam za Wami.
- Heej, mała – przytulił ją Marco – Ja za Tobą też, a Mario to już w ogóle
Odruchowo kopnąłem kumpla w nogę.
- Ałć, Kur*a! – zacisnął zęby.
- Sory, stary. To taki spontan. Wiesz… Za dużo trenuję – tłumaczyłem się, a Nadia wpadła w śmiech.
- Jasne, jasne – parsknął Reus.
- Cioty nie? – zapytał ją Robert – Co tam u Ciebie? Wiesz kiedy wychodzisz?
- Nie, ale postaram się jak najszybciej. Już mam dość tego szpitala.
- Jesteś tu dopiero 12 godzin – spostrzegłem ze śmiechem.
- To i tak długo – zaśmiała się.
- Jak się czujesz? – spytałem troskliwie siadając na kraju łóżka.
- Gdy was widzę, zajebiście – uśmiechnęła się – Kocham Was, łośki!
- My ciebie też – odparłem za wszystkich – Ejj, a czemu łosie?
- Wolisz inaczej?
- Okey, okey – przytaknąłem.
Wtem przyszła pielęgniarka sprawdzić stan pacjentki, przez co musieliśmy wyjść na zewnątrz. Było późno, więc postanowiliśmy wrócić do posiadłości, a raczej do jednej z nich: do Roberta, a następnego dnia odwiedzić Nadię. Po kilkunastu minutach dojechaliśmy do domu Lewandowskich i rzuciliśmy się na materace jak zabici.
*** Nadia ***
Księżyc oświetlał granatowe niebo, które tak pięknie błyszczało powlekane srebrnymi gwiazdami różnej wielkości. Jego jasność padała wprost na moją twarz, lecz nie tylko dlatego nie mogłam zasnąć. Analizowałam wszystko co do tej pory się wydarzyło, a gdy już to zrobiłam układałam sobie w głowie dialogi, kiedy to Mario wyznałby mi miłość. Lubiłam czasem pofantazjować, taka moja natura. Leżałam już tak kilka godzin póki nie przyszła pielęgniarka.
- Wszystko w porządku? – spytała opierając się o ścianę naprzeciw mnie.
- Oczywiście, dlaczego pani pyta?
- Słyszałam, że nie śpisz, więc postanowiłam wstąpić – uśmiechnęła się – Nie chce Ci się tu siedzieć, co?
- Ani trochę – zaśmiałam się – Ale niestety, muszę.
- Postaram się, żeby Cię wypisali za 2 dni.
- Nie da się wcześniej? – spytałam marszcząc brwi.
- Niestety. Miała pani operację, więc wcześniejszy wypis nie jest możliwy – wyjaśniła – Jeszcze musi pani zostać poddana testom.
- Proszę mi mówić Nadia – uśmiechnęłam się.
- Jestem Maja – odwzajemniła gest.
- Chwila, chwila… Jesteś polką? – spytałam ojczystym językiem.
- Widzę, że nie tylko ja – zaśmiała się – Tak. Wyjechałam tutaj, ponieważ w Polsce nie mogłam znaleść sobie miejsca. W Dortmundzie mam przyjaciół, którzy mnie wspierają.
- Dziwne. 2 lata temu miałam podobnie – odpowiedziałam.
- Mam dyżur, muszę już iść. Dobranoc – szepnęła.
- Dziękuję. Dobranoc.
Nie miałam ochoty na sen. Postanowiłam więc zadzwonić do Miki. Dowiedziałam się, że nic jej nie wiadomo o moim pobycie w szpitalu. Chłopaki pewnie zapomnieli, normalne.
Po długiej rozmowie oczy same mi się zamknęły.

