wtorek, 20 sierpnia 2013

Rozdział 21



Rozdział dedykowany Arienne i Oliwii :*


Obudziłam się w szpitalu. Byłam zszokowana widokiem tych wszystkich kolorowych kabelków do których byłam podłączona. Obok mojej głowy, na metalowej komodzie znajdował się aparat do mierzenia tętna i ciśnienia, na wieszaku znajdowała się bezbarwna substancja zapewne kroplówka, a na przeciwko obraz Jezusa. Przypomniałam sobie jak wtedy nie uczęszczałam do kościoła, jak zapomniałam o istnieniu Boga.
- Wiem, że przez całe życie opuściłam Cię, zajmując się innymi rzeczami, które wtedy wydawały mi się ważniejsze, lecz ty zawsze miałeś mnie w opiece, nawet gdy bluźniłam. Moje życie powoli zaczyna zamieniać się w piekło. Tak bardzo tego nie chcę, mam już wszystkiego dość, nie chcę dalej żyć. Jak widzisz leżę na łóżku i wpatruję się w twe oczy. Czuję jak każda część ciała mnie boli, a najbardziej to chyba dusza. Proszę, oczyść ją ze wszystkich grzechów i gdybyś mógł... - przełknęłam ślinę - Weź mnie do siebie... Wiem, że moi ukochani będą za mną tęsknić i cierpieć, ale zapewnij im co tylko potrzebne, by nic im się nie działo gdy mnie już nie będzie. Proszę... - szepnęłam. Po raz pierwszy zrobiłam znak krzyża ledwo podnosząc rękę będącą w gipsie. Zaraz po tym wszedł Mario ze smutkiem na twarzy, który po kilku sekundach przerodził się w uśmiech. Popędził ile sił w nogach na korytarz:
- Doktorze, doktorze!!! - krzyczał.
- Słucham pana? Proszę się opanować - uspokoił.
- Nie mogę, Pani Hanf się obudziła - uśmiechnął się szeroko.
Wraz z lekarzem w moim pokoju pojawili się wszyscy z Borussi. Jurgen Klopp też.
- Nieźle ucierpiałaś, panienko - pokręcił głową doktor Fischer - Drugim razem możesz nie mieć takiego szczęścia. Teraz zostawiam cię z gośćmi. Zajrzę za dwie godziny.
- Dobrze - szepnęłam - Hej, chłopaki. Dzień dobry panu.
- Witaj - uśmiechnął się Klopp - Lepiej się czujesz?
Kiwnęłam głową wymuszając uśmiech.
- Nadia, jak ja się o Ciebie martwiłem - przytulił mnie mocno Mario - Przepraszam - puścił mnie widząc zbolałą minę.
- Kochana, żyjesz! - krzyknął Marco tuląc mnie.
- Sądziłeś, że umarłam?
Nieustannie mówiłam szeptem i z chrypką, ponieważ nie mogłam wydobyć głosu.
- Nie no co ty - zaprzeczył.
- Hej, kochana - uśmiechnął się Robert - Jak się czujesz?
- Nie pytaj.
- Z tego co wiem, powinnaś zawiadomić o tym rodziców - spostrzegł trener.
- Albo ojca - dodał szybko Lewy.
- Nie - pokręciłam głową - Po co?
- No przecież... - zaczął Mats.
- Nie - postanowiłam.
Wszyscy już wyszli. Porozmawiałam trochę z nimi. Co prawda nie przyjaźniłam się z innymi Borussen tak jak z tą trójką, lecz mimo to przyszli do mnie.
- Naduś, dlaczego to zrobiłaś? - spytał Goetze.
- A co ja niby zrobiłam? - spytałam.
- Gdybyś mnie zostawiła nie pobiliby Cię - odparł.
- Nie mogę patrzyć jak jakiś gnój bije osobę, która jest dla mnie ważna. Nie pozwolę na to nikomu, rozumiesz? - szepnęłam.
- Nigdy Cię nie opuszczę, kochana - pocałował mnie w spuchnięty policzek. W tym momencie wszedł pan Fischer.
- Przepraszam, że przeszkodziłem - zapeszył się - Trzeba zmierzyć temperaturę.
Przyłożył mi urządzenie do czoła. Wskazywało 41.5. Lekarz oniemiał. Wyjaśnił, że przy temperaturze 42 mogę stracić życie, ponieważ mój stan zdrowia nie jest dobry.
- Proszę wyjść. To sprawa życia lub śmierci - powiadomił Mario. Zdążyłam tylko usłyszeć: "Jesteś silna, wierzę w Ciebie!", po czym zasnęłam.

*** Mario ***
- Lekarz kazał mi wyjść - odparłem widząc, że Marco i Robert się mi przyglądają - Ona... Może umrzeć.
- Nie, Mario! Ona nie umrze, rozumiesz?! Będzie żyć dalej, będzie tak jak dawniej! - krzyczał Reus, lecz powoli sam w to nie dowierzał.
- Ja ją kocham... Nie chcę jej stracić, wiedząc, że nigdy o tym się nie dowie - wyjąkałem kryjąc twarz w dłonie.
- Dowie się. Obiecuję Ci to tu i teraz - objął go ramieniem Lewy.
Po 15 minutach z pokoju Nadii wyszedł lekarz, a jego mina nie wróżyła nic dobrego.
- Doktorze ... - zaczął Marco, a lekarz nie czekając na dalsze pytania pokręcił głową.
Czułem się taki bezradny, spodziewałem się najgorszego.
- Musimy przeprowadzić operację. Trzeba wyciąć wyrostek. Jeśli temperatura podczas zabiegu wzrośnie... - powtórzył czyn i pobiegł w stronę drzwi, następni uzgadniał coś z jedną z pielęgniarek. Po chwili z pomieszczenia dwie kobiety ciągły łóżko, na którym leżała blada brunetka z tlenem na twarzy. Bezmyślnie pobiegłem za łóżkiem, a gdy już zniknęło za matowymi drzwiami sali operacyjnej uderzyłem pięścią w ścianę i opierając się o nią powoli posuwałem się w dół. Z oka poleciała mi jedna samotna łza na myśl, że mogłem ją zobaczyć ostatni już raz...
- Czemu to mnie nie mogli pobić tylko ją? - spytałem z wyrzutem chowając twarz w dłonie.
- Stary, nie płacz - przykucnął naprzeciw mnie Marco - Musisz jej pokazać, że jesteś silny, rozumiesz? Znając Nadię na pewno wściekłaby się za takie zachowanie. Zrób to dla niej. Mogę Ci przyrzec, że ona przeżyje. Przecież kiedyś, gdy jeszcze jej nie znaliśmy trenowała boks. Przez to stała się bardziej wytrzymała. To daje jej szanse do życia. Weź się w garść, Mario!
- Dobrze Ci mówić, Reus – spojrzałem na niego.
- Słuchaj, stary. Kocham ją jak siostrę, gdyby coś jej się stało, nie wiem co bym zrobił. Wiem co czujesz i mi też nie jest łatwo – wyznał.
Pomógł mi wstać i razem poszliśmy usiąść koło Roberta. On też nie wyglądał za dobrze. Każdy z nas żywił do niej miłość. Nie koniecznie taką jak ja. Mam nadzieję, że wszystko się uda.

*** 3 godziny później ***

- Jesteście rodziną pani Hanf? – spytał nas lekarz.
- Nie. Przyjaciółmi – odparł Lewy – Co z nią?
- Operacja przebiegła pomyślnie. Pani Hanf powinna się obudzić za jakąś godzinę. Miała uszkodzony wyrostek, więc byłem zmuszony go wyciąć. Została bardzo mocno pobita – odparł.
Wstałem z wielkim uśmiechem na twarzy. Gdy doktor odszedł zacisnąłem zęby i ręce w pięść. Z radości przytuliliśmy się razem śmiejąc. Czułem taki spokój, że aż nie wiedziałem co ze sobą zrobić.
- Stary miałeś racje! – krzyknąłem – Po raz pierwszy.
- Ej, ej, nie rób ze mnie matoła – uderzył mnie w ramię.
- On tylko stwierdza fakty – dodał Robert z uśmiechem.
Godzina minęła na rozmowie o wszystkim co nam ślina na język przyniosła, dlatego to czekanie minęło tak szybko. Nareszcie mogliśmy wejść do Nadii. Zamarłem widząc jej szczupłą twarz, spękane usta i ją w niebieskim ubraniu. Nieraz byłem w szpitalu, ale teraz nie mogłem się powstrzymać by nie uronić łzy. Lecz szybko ją otarłem nie chcąc zamartwiać dziewczyny.
- Hej – przywitała się z lekkim uśmiechem – Tęskniłam za Wami.
- Heej, mała – przytulił ją Marco – Ja za Tobą też, a Mario to już w ogóle
Odruchowo kopnąłem kumpla w nogę.
- Ałć, Kur*a! – zacisnął zęby.
- Sory, stary. To taki spontan. Wiesz… Za dużo trenuję – tłumaczyłem się, a Nadia wpadła w śmiech.
- Jasne, jasne – parsknął Reus.
- Cioty nie? – zapytał ją Robert – Co tam u Ciebie? Wiesz kiedy wychodzisz?
- Nie, ale postaram się jak najszybciej. Już mam dość tego szpitala.
- Jesteś tu dopiero 12 godzin – spostrzegłem ze śmiechem.
- To i tak długo – zaśmiała się.
- Jak się czujesz? – spytałem troskliwie siadając na kraju łóżka.
- Gdy was widzę, zajebiście – uśmiechnęła się – Kocham Was, łośki!
- My ciebie też – odparłem za wszystkich – Ejj, a czemu łosie?
- Wolisz inaczej?
- Okey, okey – przytaknąłem.
Wtem przyszła pielęgniarka sprawdzić stan pacjentki, przez co musieliśmy wyjść na zewnątrz. Było późno, więc postanowiliśmy wrócić do posiadłości, a raczej do jednej z nich: do Roberta, a następnego dnia odwiedzić Nadię. Po kilkunastu minutach dojechaliśmy do domu Lewandowskich i rzuciliśmy się na materace jak zabici.

*** Nadia ***

Księżyc oświetlał granatowe niebo, które tak pięknie błyszczało powlekane srebrnymi gwiazdami różnej wielkości. Jego jasność padała wprost na moją twarz, lecz nie tylko dlatego nie mogłam zasnąć. Analizowałam wszystko co do tej pory się wydarzyło, a gdy już to zrobiłam układałam sobie w głowie dialogi, kiedy to Mario wyznałby mi miłość. Lubiłam czasem pofantazjować, taka moja natura. Leżałam już tak kilka godzin póki nie przyszła pielęgniarka.
- Wszystko w porządku? – spytała opierając się o ścianę naprzeciw mnie.
- Oczywiście, dlaczego pani pyta?
- Słyszałam, że nie śpisz, więc postanowiłam wstąpić – uśmiechnęła się – Nie chce Ci się tu siedzieć, co?
- Ani trochę – zaśmiałam się – Ale niestety, muszę.
- Postaram się, żeby Cię wypisali za 2 dni.
- Nie da się wcześniej? – spytałam marszcząc brwi.
- Niestety. Miała pani operację, więc wcześniejszy wypis nie jest możliwy – wyjaśniła – Jeszcze musi pani zostać poddana testom.
- Proszę mi mówić Nadia – uśmiechnęłam się.
- Jestem Maja – odwzajemniła gest.
- Chwila, chwila… Jesteś polką? – spytałam ojczystym językiem.
- Widzę, że nie tylko ja – zaśmiała się – Tak. Wyjechałam tutaj, ponieważ w Polsce nie mogłam znaleść sobie miejsca. W Dortmundzie mam przyjaciół, którzy mnie wspierają.
- Dziwne. 2 lata temu miałam podobnie – odpowiedziałam.
- Mam dyżur, muszę już iść. Dobranoc – szepnęła.
- Dziękuję. Dobranoc.
Nie miałam ochoty na sen. Postanowiłam więc zadzwonić do Miki. Dowiedziałam się, że nic jej nie wiadomo o moim pobycie w szpitalu. Chłopaki pewnie zapomnieli, normalne.
Po długiej rozmowie oczy same mi się zamknęły.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Rozdział 20


Wstałam rano, a raczej zwlokłam się z łóżka. Postanowiłam nie wracać do tego co było i chociaż to niemożliwe zapomnieć o moim przyjacielu. Z dnia na dzień mi go coraz bardziej brakuje. Tych rozmów, żartów a nawet chwil spędzonych w ciszy. Nawet jeśli tego bym bardzo pragnęła nie zmienię nic. Właśnie on, taki niepozorny chłopak zajął moje serce. Wypełnia je aż po brzegi, a ja ciągle obmyślam nowy plan jak go wykluczyć. Doszłam do wniosku, że to zadanie nie jest wykonalne, nawet dla osoby, która ma wspaniałe wykształcenie. Trzeba zwyczajnie zapomnieć. Szkoda, że słowa nie są równie proste jak czyny. Wystarczyło mi tylko powiedzieć: "Żegnaj, bracie" i żyć dalej. Żyć teraźniejszością, cieszyć się szczęściem, spełniać swoje marzenia, znaleźć drugą połówkę. Przynajmniej się postaram. Jeśli nie spróbujesz, nie przekonasz się czy było warto. A właśnie, kompletnie zapomniałam o ofercie złożonej przez Jurgena Kloppa. Zastanawiam się, czy najpierw nie wstąpić do drużyny kobiet, a później dołączyć do moich Borussen. Tak więc trzeba się zbierać. Ubrałam spodenki z ćwiekami, czarną bluzkę i cytrynowe trampki. Włosy upięłam w wysokiego koka. Byłam już gotowa. Po długim rozmyślaniu postanowiłam zadzwonić do Marco.
- O siemka, mała - usłyszałam głos w telefonie.
- No hej. Masz czas?
- Dla Ciebie zawsze. Za 15 minut będę przed twoim domem.
Nawet nie wiedział o co chcę go poprosić, a mimo to się zgodził. Właśnie między innymi za to go uwielbiam. Punktualnie po wyznaczonym czasie zjawił się w drzwiach blondyn.
- Pójdziesz ze mną do Kloppa. Muszę się z nim dogadać jeśli chodzi o moje granie w drużynie - zdecydowałam.
- A gdzie proszę? - skrzyżował ręce Reus.
- U mnie w domu go nie ma. Sprawdź w samochodzie - uśmiechnęłam się - Chodźmy już.

**** Na stadionie ***
- Jak wyglądam? - spytał mnie przyjaciel
- Jak lama. Czyli tak jak zawsze - zaśmiałam się.
- Ty serio jesteś taka złośliwa?
- Nie, po prostu tak okazuję moją miłość do Ciebie - wyjaśniłam.
- To już wolę, żebyś mnie nie kochała - zaśmialiśmy się.
- Idziesz ze mną? - spytałam gdy znaleźliśmy się pod biurem trenera.
- No chyba po to tu jestem - zrobił face palm'a.
Zapukałam, a słysząc "Proszę" weszłam do środka. Gabinet pana Kloppa był znakomicie wyposażony. Kolory pięknie się komponowały, mimo, że pomieszczenie nie było tak wielkie jak w mojej wyobraźni.
- Dzień dobry, panu. Ja przyszłam porozmawiać o moim wstąpieniu do drużyny - uśmiechnęłam się ściskając dłoń mężczyzny.
- Witam. Ach, tak. Podjęłaś już decyzję? - spytał.
- No tak jakby. Nie jestem pewna czy od razu wstąpić do męskiej grupy. Może najpierw zobaczyłabym na co mnie stać w damskiej drużynie?
- To już sama zdecyduj. Nie mogę za Ciebie wybierać drogi do przyszłości - uśmiechnął się serdecznie. Chwilę porozmawialiśmy. Uzgodniłam, że lepiej jeśli zostanę w damskiej Borussi. Dostałam koszulkę z numerem 10, a teraz poszłam wraz z Marco zakupić nowe korki. Te dawne były trochę zniszczone.
- A może te? - spytałam pokazując żółto-czarne buty z nike.
- Idealne - pokazał swe ząbki blondyn.
Następnie ruszyliśmy w stronę cukierni i do domu, ponieważ Reus zaplanował romantyczną kolację dla niego i Miki. Cieszę się, że moja przyjaciółka jest szczęśliwa. Mam nadzieję, że na długo.

**** Mario ****

Całą noc rozmyślałem o Nadii. Ja chyba zwariowałem na jej punkcie. To chodzący ideał, a przynajmniej ja tak sądzę. Gdy na nią patrzę usta same się uśmiechają, a serce odmawia posłuszeństwa. Nagle ktoś zapukał do drzwi.
- Siema, stary - zobaczyłem zadowolonego Roberta.
- Cześć – odpowiedziałem rozkojarzony.
- Co tam ciekawego wyprawiasz? – spytał.
- Hah, no ciekawego to nic – zaśmiałem się – Myślę.
- Ty myślisz? Kurw* mać, nie poznaję cię – zadrwił.
- A weź się goń – parsknąłem.
- Próbowałem, ale nie dam radę. Aż tak szybki to nie jestem. Teraz ty spróbuj – uśmiechnął się.
- Może innym razem – mruknąłem.
- Poczekam – zaśmiał się – A tobie w głowie tylko ona.
- Nie, nie tylko – odparłem, ale Robert popatrzył w moję stronę krzyżując ręce, przekrzywiając głową i podnosząc brwi z niedowierzaniem – No dobra, masz rację.
- Ja zawsze mam rację – uśmiechnął się dumnie.
- Nieprawda. Mówiłeś, że masz mózg – to nie była prawda – zaśmiałem się.
- Ej, stary wypraszam sobie – krzyknął – Wracając do twojej miłości…
- Nie mojej – poprawiłem.
- Nie przerywaj! Czemu jej do cholery tego nie powiesz? Chłopie, ty straciłeś dla niej głowę. No nie dosłownie. Ona jest jak twój nałóg. Każdy dzień w którym jej nie widzisz jest twoim straconym dniem. Każda chwila jest…
- Stary, przyszedłeś mnie tu dołować? – spytałem.
- Nie – odchrząknął – Chciałem ci tylko dać do zrozumienia, że ona jest twoim całym światem.
- Ale ja o tym wiem – popatrzyłem na niego jak na idiotę.
- No to czemu nie dasz jej tego czuć? – krzyknąłem – Kur*a mać, Goetze nie zachowuj się jak dziecko! A z resztą jesteś na tyle dorosły, że sam powinieneś wiedzieć co zrobić. Ja już spadam, cześć.
- Dzięki – przytuliłem go – No narka. Ej a nie widziałeś gdzieś Reusa?
- Mizia się z swoją ukochaną – oznajmił nie powstrzymując się od śmiechu.
- Ok, to nie będę im przeszkadzać – zaśmiałem się.
- No lepiej nie. Bo jeszcze... A dobra, wolę nie kończyć. Powiem tylko tyle, że lepiej będzie, jeśli dzisiaj damy mu spokój.  – dodał.
- Haha, no tak. – zaśmiałem się i zamknąłem drzwi.
Lewy ma rację – pomyślałem – Przecież nie mogę całe życie ukrywać przed nią mojego uczucia. Muszę się wreszcie zebrać na odwagę. Ale może nie dzisiaj…
I znowu ten moment, gdy nie wiem co zrobić. Kurde. Dlaczego to takie trudne? Powiedzieć „Kocham Cię”.

*** Nadia ***

Siedziałam bezczynnie w domu. Nie mogłam przestać myśleć o Goetze. Brunecie wyższym ode mnie o 10 cm, o błyszczących piwnych oczach, które każdego dnia wywierają na mnie dreszcze, o słodkich ustach, które tak piękne układają się w uśmiech. Wszystko w nim jest takie idealne.
- Ojj, Nadia! Zakochałaś się na zabój – powiedziałam do siebie i westchnęłam z uśmiechem. Pomyślałam, że może pójdę na boisko. Nie byłam tam miesiąc. Wow, jak ja potrafiłam! Ubrałam korki, oczywiście te stare i mój dawny strój z nazwiskiem Hanf i numerem 9 na plecach, a następnie wyszłam trzymając piłkę w ręku. Gdy znajdowałam się już u bramy która prowadziła na murawę spostrzegłam grupkę chłopaków patrzących się w moją stronę. Nie będę się nimi przejmować. Przejdę obok nich nie zwracając uwagi na zachowanie. Tak też zrobiłam. Z uniesioną głową próbowałam obok nich przejść, niestety jeden z nich zagrodził mi drogę.
- Haha, patrzcie jak szpanuje! Pewnie nawet nie ma pojęcia o graniu w nogę - zaśmiał się - Co? Nie idziesz do mamusi się wypłakać?
- No chyba nie. Musiałabym być Tobą - odparłam. Reszta chłopaków odeszła. Pozostało tylko dwóch.
- Uważaj na słowa, mała - zacisnął zęby zbliżając się do mnie.
- Wiem co mówię - nie dawałam za wygraną - A teraz mnie puść. Idę grać, spadaj!
- Chyba cię poje*ało! - parsknął i przywarł mnie do muru - Teraz zobaczymy na co cię stać.
Zaczął mnie zachłannie całować po szyi, a następnie odsuwał mi koszulkę z ramienia. Nie mogłam się bronić, był za blisko mnie. Poczęłam więc krzyczeć. Ku mojemu szczęściu w bramie ukazała mi się sylwetka Mario. Tak, mojego ukochanego bruneta. Widząc tą całą akcję zamarł w ciągu 5 sekund, ale następnie przyspieszył kroku. Ten drugi przywalił mu w nos, a krew poczęła się sączyć. Wykorzystując to, że gwałciciel odwrócił się w stronę pobitego półleżącego na ziemi, odepchnęłam go i poleciałam do przyjaciela.
- Mario, nic ci nie jest? - spytałam troskliwie.
- Uważaj ! - krzyknął, lecz było za późno. Poczułam mocny cios w tył głowy, mimo to nie zemdlałam. Napastnik powtórnie zaczął się do mnie dobierać, ale ja uderzyłam go pięścią w brzuch i momentalnie znalazłam się nad nim. Przecież jest jeszcze drugi! Kompletnie zapomniałam o jego towarzyszu, który teraz mocno trzymał moje ręce. Uderzony przeze mnie mężczyzna wstał i spojrzał na mnie wrogo. Dostałam w żołądek kaszląc przy tym, następnie wymierzył mi ciosy w twarz. Oko miałam podbite, wargę i policzek przecięty.
- Nadia! - usłyszałam rozpaczliwy głos Mario.
- Uciekaj! - krzyknęłam.
- Nie zostawię Cię - zawołał.
Nie pozwoliłam mu się zbliżyć do napastników. Zdecydowanym ruchem uderzyłam podeszwą buta (przypominam, że to były korki) w czułe miejsce blondyna, który krępował moje ręce. Nawet nie spojrzałam, a on już zwijał się z bólu na trawie. Jednak na coś przydały się nieustanne treningi boksu. Kilka razy wymierzyłam ciosy z sierpowego, temu który mnie pobił, aż w końcu zwiał wraz z swoim kumplem. Szczerze, czułam się jakbym miała zaraz umierać ale nie dawałam tego po sobie znać. Poczołgałam się do Mario, który siedział niedaleko mnie. Wtem przybiegli Marco i Robert.
- Kur*a, co się tu stało?! - spytał przerażony blondyn patrząc raz na mnie a raz na Mario.
- Pomóż - szepnęłam, możliwe że już ostatnie słowo. Nie dałam radę wypowiedzieć więcej, ponieważ krew wylała mi się z ust, usłyszałam ostatnie wołania moich kochanych przyjaciół, następnie towarzyszyła mi tylko ciemność...

" Najbardziej sprawiedliwa w życiu jest śmierć. Ona nie wybiera... "
____________________________________________
Jest kolejny! Przepraszam, że tak późno dodany, zapewne przez to straciłam moich kochanych czytelników, ale niestety, problemy rodzinne. Naprawdę, źle mi z tym, że wy tak wyczekujecie, a ja nie mogłam nic dodać. Mam nadzieję, że dalej będziecie czytać tego bloga. A co do tego rozdziału, dla mnie jest taki przeciętny, ale krytykę zostawiam Wam ;) Musiałam dać na koniec coś troszkę drastycznego. Nie lubię, gdy w opowiadaniu, jest wszystko dobrze, idealnie jak w bajce. Zapewniam Was, że moje takie nie będzie:)

Drugi gif: Marco o niemieckich fankach.
Pierwszy gif: Lovelove <3