wtorek, 20 sierpnia 2013

Rozdział 21



Rozdział dedykowany Arienne i Oliwii :*


Obudziłam się w szpitalu. Byłam zszokowana widokiem tych wszystkich kolorowych kabelków do których byłam podłączona. Obok mojej głowy, na metalowej komodzie znajdował się aparat do mierzenia tętna i ciśnienia, na wieszaku znajdowała się bezbarwna substancja zapewne kroplówka, a na przeciwko obraz Jezusa. Przypomniałam sobie jak wtedy nie uczęszczałam do kościoła, jak zapomniałam o istnieniu Boga.
- Wiem, że przez całe życie opuściłam Cię, zajmując się innymi rzeczami, które wtedy wydawały mi się ważniejsze, lecz ty zawsze miałeś mnie w opiece, nawet gdy bluźniłam. Moje życie powoli zaczyna zamieniać się w piekło. Tak bardzo tego nie chcę, mam już wszystkiego dość, nie chcę dalej żyć. Jak widzisz leżę na łóżku i wpatruję się w twe oczy. Czuję jak każda część ciała mnie boli, a najbardziej to chyba dusza. Proszę, oczyść ją ze wszystkich grzechów i gdybyś mógł... - przełknęłam ślinę - Weź mnie do siebie... Wiem, że moi ukochani będą za mną tęsknić i cierpieć, ale zapewnij im co tylko potrzebne, by nic im się nie działo gdy mnie już nie będzie. Proszę... - szepnęłam. Po raz pierwszy zrobiłam znak krzyża ledwo podnosząc rękę będącą w gipsie. Zaraz po tym wszedł Mario ze smutkiem na twarzy, który po kilku sekundach przerodził się w uśmiech. Popędził ile sił w nogach na korytarz:
- Doktorze, doktorze!!! - krzyczał.
- Słucham pana? Proszę się opanować - uspokoił.
- Nie mogę, Pani Hanf się obudziła - uśmiechnął się szeroko.
Wraz z lekarzem w moim pokoju pojawili się wszyscy z Borussi. Jurgen Klopp też.
- Nieźle ucierpiałaś, panienko - pokręcił głową doktor Fischer - Drugim razem możesz nie mieć takiego szczęścia. Teraz zostawiam cię z gośćmi. Zajrzę za dwie godziny.
- Dobrze - szepnęłam - Hej, chłopaki. Dzień dobry panu.
- Witaj - uśmiechnął się Klopp - Lepiej się czujesz?
Kiwnęłam głową wymuszając uśmiech.
- Nadia, jak ja się o Ciebie martwiłem - przytulił mnie mocno Mario - Przepraszam - puścił mnie widząc zbolałą minę.
- Kochana, żyjesz! - krzyknął Marco tuląc mnie.
- Sądziłeś, że umarłam?
Nieustannie mówiłam szeptem i z chrypką, ponieważ nie mogłam wydobyć głosu.
- Nie no co ty - zaprzeczył.
- Hej, kochana - uśmiechnął się Robert - Jak się czujesz?
- Nie pytaj.
- Z tego co wiem, powinnaś zawiadomić o tym rodziców - spostrzegł trener.
- Albo ojca - dodał szybko Lewy.
- Nie - pokręciłam głową - Po co?
- No przecież... - zaczął Mats.
- Nie - postanowiłam.
Wszyscy już wyszli. Porozmawiałam trochę z nimi. Co prawda nie przyjaźniłam się z innymi Borussen tak jak z tą trójką, lecz mimo to przyszli do mnie.
- Naduś, dlaczego to zrobiłaś? - spytał Goetze.
- A co ja niby zrobiłam? - spytałam.
- Gdybyś mnie zostawiła nie pobiliby Cię - odparł.
- Nie mogę patrzyć jak jakiś gnój bije osobę, która jest dla mnie ważna. Nie pozwolę na to nikomu, rozumiesz? - szepnęłam.
- Nigdy Cię nie opuszczę, kochana - pocałował mnie w spuchnięty policzek. W tym momencie wszedł pan Fischer.
- Przepraszam, że przeszkodziłem - zapeszył się - Trzeba zmierzyć temperaturę.
Przyłożył mi urządzenie do czoła. Wskazywało 41.5. Lekarz oniemiał. Wyjaśnił, że przy temperaturze 42 mogę stracić życie, ponieważ mój stan zdrowia nie jest dobry.
- Proszę wyjść. To sprawa życia lub śmierci - powiadomił Mario. Zdążyłam tylko usłyszeć: "Jesteś silna, wierzę w Ciebie!", po czym zasnęłam.

*** Mario ***
- Lekarz kazał mi wyjść - odparłem widząc, że Marco i Robert się mi przyglądają - Ona... Może umrzeć.
- Nie, Mario! Ona nie umrze, rozumiesz?! Będzie żyć dalej, będzie tak jak dawniej! - krzyczał Reus, lecz powoli sam w to nie dowierzał.
- Ja ją kocham... Nie chcę jej stracić, wiedząc, że nigdy o tym się nie dowie - wyjąkałem kryjąc twarz w dłonie.
- Dowie się. Obiecuję Ci to tu i teraz - objął go ramieniem Lewy.
Po 15 minutach z pokoju Nadii wyszedł lekarz, a jego mina nie wróżyła nic dobrego.
- Doktorze ... - zaczął Marco, a lekarz nie czekając na dalsze pytania pokręcił głową.
Czułem się taki bezradny, spodziewałem się najgorszego.
- Musimy przeprowadzić operację. Trzeba wyciąć wyrostek. Jeśli temperatura podczas zabiegu wzrośnie... - powtórzył czyn i pobiegł w stronę drzwi, następni uzgadniał coś z jedną z pielęgniarek. Po chwili z pomieszczenia dwie kobiety ciągły łóżko, na którym leżała blada brunetka z tlenem na twarzy. Bezmyślnie pobiegłem za łóżkiem, a gdy już zniknęło za matowymi drzwiami sali operacyjnej uderzyłem pięścią w ścianę i opierając się o nią powoli posuwałem się w dół. Z oka poleciała mi jedna samotna łza na myśl, że mogłem ją zobaczyć ostatni już raz...
- Czemu to mnie nie mogli pobić tylko ją? - spytałem z wyrzutem chowając twarz w dłonie.
- Stary, nie płacz - przykucnął naprzeciw mnie Marco - Musisz jej pokazać, że jesteś silny, rozumiesz? Znając Nadię na pewno wściekłaby się za takie zachowanie. Zrób to dla niej. Mogę Ci przyrzec, że ona przeżyje. Przecież kiedyś, gdy jeszcze jej nie znaliśmy trenowała boks. Przez to stała się bardziej wytrzymała. To daje jej szanse do życia. Weź się w garść, Mario!
- Dobrze Ci mówić, Reus – spojrzałem na niego.
- Słuchaj, stary. Kocham ją jak siostrę, gdyby coś jej się stało, nie wiem co bym zrobił. Wiem co czujesz i mi też nie jest łatwo – wyznał.
Pomógł mi wstać i razem poszliśmy usiąść koło Roberta. On też nie wyglądał za dobrze. Każdy z nas żywił do niej miłość. Nie koniecznie taką jak ja. Mam nadzieję, że wszystko się uda.

*** 3 godziny później ***

- Jesteście rodziną pani Hanf? – spytał nas lekarz.
- Nie. Przyjaciółmi – odparł Lewy – Co z nią?
- Operacja przebiegła pomyślnie. Pani Hanf powinna się obudzić za jakąś godzinę. Miała uszkodzony wyrostek, więc byłem zmuszony go wyciąć. Została bardzo mocno pobita – odparł.
Wstałem z wielkim uśmiechem na twarzy. Gdy doktor odszedł zacisnąłem zęby i ręce w pięść. Z radości przytuliliśmy się razem śmiejąc. Czułem taki spokój, że aż nie wiedziałem co ze sobą zrobić.
- Stary miałeś racje! – krzyknąłem – Po raz pierwszy.
- Ej, ej, nie rób ze mnie matoła – uderzył mnie w ramię.
- On tylko stwierdza fakty – dodał Robert z uśmiechem.
Godzina minęła na rozmowie o wszystkim co nam ślina na język przyniosła, dlatego to czekanie minęło tak szybko. Nareszcie mogliśmy wejść do Nadii. Zamarłem widząc jej szczupłą twarz, spękane usta i ją w niebieskim ubraniu. Nieraz byłem w szpitalu, ale teraz nie mogłem się powstrzymać by nie uronić łzy. Lecz szybko ją otarłem nie chcąc zamartwiać dziewczyny.
- Hej – przywitała się z lekkim uśmiechem – Tęskniłam za Wami.
- Heej, mała – przytulił ją Marco – Ja za Tobą też, a Mario to już w ogóle
Odruchowo kopnąłem kumpla w nogę.
- Ałć, Kur*a! – zacisnął zęby.
- Sory, stary. To taki spontan. Wiesz… Za dużo trenuję – tłumaczyłem się, a Nadia wpadła w śmiech.
- Jasne, jasne – parsknął Reus.
- Cioty nie? – zapytał ją Robert – Co tam u Ciebie? Wiesz kiedy wychodzisz?
- Nie, ale postaram się jak najszybciej. Już mam dość tego szpitala.
- Jesteś tu dopiero 12 godzin – spostrzegłem ze śmiechem.
- To i tak długo – zaśmiała się.
- Jak się czujesz? – spytałem troskliwie siadając na kraju łóżka.
- Gdy was widzę, zajebiście – uśmiechnęła się – Kocham Was, łośki!
- My ciebie też – odparłem za wszystkich – Ejj, a czemu łosie?
- Wolisz inaczej?
- Okey, okey – przytaknąłem.
Wtem przyszła pielęgniarka sprawdzić stan pacjentki, przez co musieliśmy wyjść na zewnątrz. Było późno, więc postanowiliśmy wrócić do posiadłości, a raczej do jednej z nich: do Roberta, a następnego dnia odwiedzić Nadię. Po kilkunastu minutach dojechaliśmy do domu Lewandowskich i rzuciliśmy się na materace jak zabici.

*** Nadia ***

Księżyc oświetlał granatowe niebo, które tak pięknie błyszczało powlekane srebrnymi gwiazdami różnej wielkości. Jego jasność padała wprost na moją twarz, lecz nie tylko dlatego nie mogłam zasnąć. Analizowałam wszystko co do tej pory się wydarzyło, a gdy już to zrobiłam układałam sobie w głowie dialogi, kiedy to Mario wyznałby mi miłość. Lubiłam czasem pofantazjować, taka moja natura. Leżałam już tak kilka godzin póki nie przyszła pielęgniarka.
- Wszystko w porządku? – spytała opierając się o ścianę naprzeciw mnie.
- Oczywiście, dlaczego pani pyta?
- Słyszałam, że nie śpisz, więc postanowiłam wstąpić – uśmiechnęła się – Nie chce Ci się tu siedzieć, co?
- Ani trochę – zaśmiałam się – Ale niestety, muszę.
- Postaram się, żeby Cię wypisali za 2 dni.
- Nie da się wcześniej? – spytałam marszcząc brwi.
- Niestety. Miała pani operację, więc wcześniejszy wypis nie jest możliwy – wyjaśniła – Jeszcze musi pani zostać poddana testom.
- Proszę mi mówić Nadia – uśmiechnęłam się.
- Jestem Maja – odwzajemniła gest.
- Chwila, chwila… Jesteś polką? – spytałam ojczystym językiem.
- Widzę, że nie tylko ja – zaśmiała się – Tak. Wyjechałam tutaj, ponieważ w Polsce nie mogłam znaleść sobie miejsca. W Dortmundzie mam przyjaciół, którzy mnie wspierają.
- Dziwne. 2 lata temu miałam podobnie – odpowiedziałam.
- Mam dyżur, muszę już iść. Dobranoc – szepnęła.
- Dziękuję. Dobranoc.
Nie miałam ochoty na sen. Postanowiłam więc zadzwonić do Miki. Dowiedziałam się, że nic jej nie wiadomo o moim pobycie w szpitalu. Chłopaki pewnie zapomnieli, normalne.
Po długiej rozmowie oczy same mi się zamknęły.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Rozdział 20


Wstałam rano, a raczej zwlokłam się z łóżka. Postanowiłam nie wracać do tego co było i chociaż to niemożliwe zapomnieć o moim przyjacielu. Z dnia na dzień mi go coraz bardziej brakuje. Tych rozmów, żartów a nawet chwil spędzonych w ciszy. Nawet jeśli tego bym bardzo pragnęła nie zmienię nic. Właśnie on, taki niepozorny chłopak zajął moje serce. Wypełnia je aż po brzegi, a ja ciągle obmyślam nowy plan jak go wykluczyć. Doszłam do wniosku, że to zadanie nie jest wykonalne, nawet dla osoby, która ma wspaniałe wykształcenie. Trzeba zwyczajnie zapomnieć. Szkoda, że słowa nie są równie proste jak czyny. Wystarczyło mi tylko powiedzieć: "Żegnaj, bracie" i żyć dalej. Żyć teraźniejszością, cieszyć się szczęściem, spełniać swoje marzenia, znaleźć drugą połówkę. Przynajmniej się postaram. Jeśli nie spróbujesz, nie przekonasz się czy było warto. A właśnie, kompletnie zapomniałam o ofercie złożonej przez Jurgena Kloppa. Zastanawiam się, czy najpierw nie wstąpić do drużyny kobiet, a później dołączyć do moich Borussen. Tak więc trzeba się zbierać. Ubrałam spodenki z ćwiekami, czarną bluzkę i cytrynowe trampki. Włosy upięłam w wysokiego koka. Byłam już gotowa. Po długim rozmyślaniu postanowiłam zadzwonić do Marco.
- O siemka, mała - usłyszałam głos w telefonie.
- No hej. Masz czas?
- Dla Ciebie zawsze. Za 15 minut będę przed twoim domem.
Nawet nie wiedział o co chcę go poprosić, a mimo to się zgodził. Właśnie między innymi za to go uwielbiam. Punktualnie po wyznaczonym czasie zjawił się w drzwiach blondyn.
- Pójdziesz ze mną do Kloppa. Muszę się z nim dogadać jeśli chodzi o moje granie w drużynie - zdecydowałam.
- A gdzie proszę? - skrzyżował ręce Reus.
- U mnie w domu go nie ma. Sprawdź w samochodzie - uśmiechnęłam się - Chodźmy już.

**** Na stadionie ***
- Jak wyglądam? - spytał mnie przyjaciel
- Jak lama. Czyli tak jak zawsze - zaśmiałam się.
- Ty serio jesteś taka złośliwa?
- Nie, po prostu tak okazuję moją miłość do Ciebie - wyjaśniłam.
- To już wolę, żebyś mnie nie kochała - zaśmialiśmy się.
- Idziesz ze mną? - spytałam gdy znaleźliśmy się pod biurem trenera.
- No chyba po to tu jestem - zrobił face palm'a.
Zapukałam, a słysząc "Proszę" weszłam do środka. Gabinet pana Kloppa był znakomicie wyposażony. Kolory pięknie się komponowały, mimo, że pomieszczenie nie było tak wielkie jak w mojej wyobraźni.
- Dzień dobry, panu. Ja przyszłam porozmawiać o moim wstąpieniu do drużyny - uśmiechnęłam się ściskając dłoń mężczyzny.
- Witam. Ach, tak. Podjęłaś już decyzję? - spytał.
- No tak jakby. Nie jestem pewna czy od razu wstąpić do męskiej grupy. Może najpierw zobaczyłabym na co mnie stać w damskiej drużynie?
- To już sama zdecyduj. Nie mogę za Ciebie wybierać drogi do przyszłości - uśmiechnął się serdecznie. Chwilę porozmawialiśmy. Uzgodniłam, że lepiej jeśli zostanę w damskiej Borussi. Dostałam koszulkę z numerem 10, a teraz poszłam wraz z Marco zakupić nowe korki. Te dawne były trochę zniszczone.
- A może te? - spytałam pokazując żółto-czarne buty z nike.
- Idealne - pokazał swe ząbki blondyn.
Następnie ruszyliśmy w stronę cukierni i do domu, ponieważ Reus zaplanował romantyczną kolację dla niego i Miki. Cieszę się, że moja przyjaciółka jest szczęśliwa. Mam nadzieję, że na długo.

**** Mario ****

Całą noc rozmyślałem o Nadii. Ja chyba zwariowałem na jej punkcie. To chodzący ideał, a przynajmniej ja tak sądzę. Gdy na nią patrzę usta same się uśmiechają, a serce odmawia posłuszeństwa. Nagle ktoś zapukał do drzwi.
- Siema, stary - zobaczyłem zadowolonego Roberta.
- Cześć – odpowiedziałem rozkojarzony.
- Co tam ciekawego wyprawiasz? – spytał.
- Hah, no ciekawego to nic – zaśmiałem się – Myślę.
- Ty myślisz? Kurw* mać, nie poznaję cię – zadrwił.
- A weź się goń – parsknąłem.
- Próbowałem, ale nie dam radę. Aż tak szybki to nie jestem. Teraz ty spróbuj – uśmiechnął się.
- Może innym razem – mruknąłem.
- Poczekam – zaśmiał się – A tobie w głowie tylko ona.
- Nie, nie tylko – odparłem, ale Robert popatrzył w moję stronę krzyżując ręce, przekrzywiając głową i podnosząc brwi z niedowierzaniem – No dobra, masz rację.
- Ja zawsze mam rację – uśmiechnął się dumnie.
- Nieprawda. Mówiłeś, że masz mózg – to nie była prawda – zaśmiałem się.
- Ej, stary wypraszam sobie – krzyknął – Wracając do twojej miłości…
- Nie mojej – poprawiłem.
- Nie przerywaj! Czemu jej do cholery tego nie powiesz? Chłopie, ty straciłeś dla niej głowę. No nie dosłownie. Ona jest jak twój nałóg. Każdy dzień w którym jej nie widzisz jest twoim straconym dniem. Każda chwila jest…
- Stary, przyszedłeś mnie tu dołować? – spytałem.
- Nie – odchrząknął – Chciałem ci tylko dać do zrozumienia, że ona jest twoim całym światem.
- Ale ja o tym wiem – popatrzyłem na niego jak na idiotę.
- No to czemu nie dasz jej tego czuć? – krzyknąłem – Kur*a mać, Goetze nie zachowuj się jak dziecko! A z resztą jesteś na tyle dorosły, że sam powinieneś wiedzieć co zrobić. Ja już spadam, cześć.
- Dzięki – przytuliłem go – No narka. Ej a nie widziałeś gdzieś Reusa?
- Mizia się z swoją ukochaną – oznajmił nie powstrzymując się od śmiechu.
- Ok, to nie będę im przeszkadzać – zaśmiałem się.
- No lepiej nie. Bo jeszcze... A dobra, wolę nie kończyć. Powiem tylko tyle, że lepiej będzie, jeśli dzisiaj damy mu spokój.  – dodał.
- Haha, no tak. – zaśmiałem się i zamknąłem drzwi.
Lewy ma rację – pomyślałem – Przecież nie mogę całe życie ukrywać przed nią mojego uczucia. Muszę się wreszcie zebrać na odwagę. Ale może nie dzisiaj…
I znowu ten moment, gdy nie wiem co zrobić. Kurde. Dlaczego to takie trudne? Powiedzieć „Kocham Cię”.

*** Nadia ***

Siedziałam bezczynnie w domu. Nie mogłam przestać myśleć o Goetze. Brunecie wyższym ode mnie o 10 cm, o błyszczących piwnych oczach, które każdego dnia wywierają na mnie dreszcze, o słodkich ustach, które tak piękne układają się w uśmiech. Wszystko w nim jest takie idealne.
- Ojj, Nadia! Zakochałaś się na zabój – powiedziałam do siebie i westchnęłam z uśmiechem. Pomyślałam, że może pójdę na boisko. Nie byłam tam miesiąc. Wow, jak ja potrafiłam! Ubrałam korki, oczywiście te stare i mój dawny strój z nazwiskiem Hanf i numerem 9 na plecach, a następnie wyszłam trzymając piłkę w ręku. Gdy znajdowałam się już u bramy która prowadziła na murawę spostrzegłam grupkę chłopaków patrzących się w moją stronę. Nie będę się nimi przejmować. Przejdę obok nich nie zwracając uwagi na zachowanie. Tak też zrobiłam. Z uniesioną głową próbowałam obok nich przejść, niestety jeden z nich zagrodził mi drogę.
- Haha, patrzcie jak szpanuje! Pewnie nawet nie ma pojęcia o graniu w nogę - zaśmiał się - Co? Nie idziesz do mamusi się wypłakać?
- No chyba nie. Musiałabym być Tobą - odparłam. Reszta chłopaków odeszła. Pozostało tylko dwóch.
- Uważaj na słowa, mała - zacisnął zęby zbliżając się do mnie.
- Wiem co mówię - nie dawałam za wygraną - A teraz mnie puść. Idę grać, spadaj!
- Chyba cię poje*ało! - parsknął i przywarł mnie do muru - Teraz zobaczymy na co cię stać.
Zaczął mnie zachłannie całować po szyi, a następnie odsuwał mi koszulkę z ramienia. Nie mogłam się bronić, był za blisko mnie. Poczęłam więc krzyczeć. Ku mojemu szczęściu w bramie ukazała mi się sylwetka Mario. Tak, mojego ukochanego bruneta. Widząc tą całą akcję zamarł w ciągu 5 sekund, ale następnie przyspieszył kroku. Ten drugi przywalił mu w nos, a krew poczęła się sączyć. Wykorzystując to, że gwałciciel odwrócił się w stronę pobitego półleżącego na ziemi, odepchnęłam go i poleciałam do przyjaciela.
- Mario, nic ci nie jest? - spytałam troskliwie.
- Uważaj ! - krzyknął, lecz było za późno. Poczułam mocny cios w tył głowy, mimo to nie zemdlałam. Napastnik powtórnie zaczął się do mnie dobierać, ale ja uderzyłam go pięścią w brzuch i momentalnie znalazłam się nad nim. Przecież jest jeszcze drugi! Kompletnie zapomniałam o jego towarzyszu, który teraz mocno trzymał moje ręce. Uderzony przeze mnie mężczyzna wstał i spojrzał na mnie wrogo. Dostałam w żołądek kaszląc przy tym, następnie wymierzył mi ciosy w twarz. Oko miałam podbite, wargę i policzek przecięty.
- Nadia! - usłyszałam rozpaczliwy głos Mario.
- Uciekaj! - krzyknęłam.
- Nie zostawię Cię - zawołał.
Nie pozwoliłam mu się zbliżyć do napastników. Zdecydowanym ruchem uderzyłam podeszwą buta (przypominam, że to były korki) w czułe miejsce blondyna, który krępował moje ręce. Nawet nie spojrzałam, a on już zwijał się z bólu na trawie. Jednak na coś przydały się nieustanne treningi boksu. Kilka razy wymierzyłam ciosy z sierpowego, temu który mnie pobił, aż w końcu zwiał wraz z swoim kumplem. Szczerze, czułam się jakbym miała zaraz umierać ale nie dawałam tego po sobie znać. Poczołgałam się do Mario, który siedział niedaleko mnie. Wtem przybiegli Marco i Robert.
- Kur*a, co się tu stało?! - spytał przerażony blondyn patrząc raz na mnie a raz na Mario.
- Pomóż - szepnęłam, możliwe że już ostatnie słowo. Nie dałam radę wypowiedzieć więcej, ponieważ krew wylała mi się z ust, usłyszałam ostatnie wołania moich kochanych przyjaciół, następnie towarzyszyła mi tylko ciemność...

" Najbardziej sprawiedliwa w życiu jest śmierć. Ona nie wybiera... "
____________________________________________
Jest kolejny! Przepraszam, że tak późno dodany, zapewne przez to straciłam moich kochanych czytelników, ale niestety, problemy rodzinne. Naprawdę, źle mi z tym, że wy tak wyczekujecie, a ja nie mogłam nic dodać. Mam nadzieję, że dalej będziecie czytać tego bloga. A co do tego rozdziału, dla mnie jest taki przeciętny, ale krytykę zostawiam Wam ;) Musiałam dać na koniec coś troszkę drastycznego. Nie lubię, gdy w opowiadaniu, jest wszystko dobrze, idealnie jak w bajce. Zapewniam Was, że moje takie nie będzie:)

Drugi gif: Marco o niemieckich fankach.
Pierwszy gif: Lovelove <3

 

poniedziałek, 29 lipca 2013

Rozdział 19



Gdy się przebudziłam, Mario dalej był obok mnie, leżąc w tej samej pozycji co tamtego wieczoru. Natomiast obok mojego łóżka znajdował się Robert siedzący na krześle.
- Hej - wyszeptałam mrużąc oczy i nie wyrywając się z objęć Mario.
- Cześć - uśmiechnął się szeroko - Widzę, że dobrze się spało.
- Zajebiście - poprawiłam go.
- Marco poszedł gdzieś z Miką, a ja nie miałem co robić, więc przyszedłem do Ciebie, a raczej do was - uśmiechnął się słodko - Emm, a masz bitą śmietanę?
- I Nutellę - poruszałam brwiami w górę i w dół - Jest w lodówce, znajdziesz.
- Okey, zaraz wracam - odpowiedział wychodząc przez uchylone drzwi. Za ten czas nieustannie przyglądałam się piłkarzowi, który był jeszcze słodszy gdy spał. Jego usta lekko się uśmiechały, a ramiona dalej mnie obejmowały. Jeszcze 3 lata temu byłam jego wierną fanką, w ogóle całej Borussi. Moim marzeniem było ich spotkać chociażby na kilka minut. W każdy wieczór leżąc w łóżku rozmyślałam o nich i układałam sobie scenariusz spotkania. Zawsze sądziłam, że to kiedyś nastąpi, lecz moja nadzieja z dnia na dzień powoli umierała, ale nigdy nie zgasła. A dzisiaj? Jesteśmy jak jedna wielka rodzina. Czuję, że nic nas nie rozdzieli. Moje rozważania przerwał Lewy wchodzący z szyderczym uśmieszkiem. Narysował Mario wąsy i brwi bitą śmietaną, a nutellą zrobił rumieńce. Tak słodko wyglądał, że aż mój kumpel zrobił mu fotkę. Uwolniłam się z objęć ofiary naszego żartu i pobiegłam z Robertem do kuchni.
- Co zrobić na śniadanie? - sama się dziwie, że powiedziałam to na głos.
- Owoce w czekoladzie - zaproponował zadowolony z siebie.
- Ej, dobre - uśmiechnęłam się. Lewy poszedł do sklepu po maliny, banany itp, a ja nakrywałam do stołu. Po godzinie wszystko było gotowe. Nagle usłyszałam krzyk dobiegający z góry.
- Kur*a maać, debile!
Na te słowa obydwoje się roześmialiśmy. W progu ukazała nam się postać bruneta ze złością ale i też ze śmiechem na brudnej twarzyczce.
- To Robert - pokazałam palcem, na co napastnik zrobił minę typu "Odwdzięczę się" lub "Pożałujesz tego" i kręcił głową. W tym momencie wszedł Marco, ale bez swojej ukochanej. Na widok kumpla parsknął niepohamowanym śmiechem i przybili sobie piątkę z Bobkiem. Widząc minę Mario podeszłam do niego i ucałowałam go w policzek, tam gdzie miał Nutellę.
- Słodko wyglądasz - szepnęłam uśmiechając się lekko. Między nami było 10 cm odległości. Gdyby nie chrząknięcie blondaska nie wiadomo do czego by doszło. Goetze podążył do łazienki, a ja dołączyłam do chłopaków.
- Oj, Nadia, nie panujesz nad sobą - pokręcił głową z satysfakcją Marco.
- Dobra już, powiedz to "a nie mówiłem" i po sprawie - popatrzyłam na niego znudzona. Reus podszedł do mnie i szepnął mi do ucha:
- Ty też nie jesteś mu obojętna.
Na te słowa lekko się zarumieniłam. Nie wiem dlaczego, ale po raz pierwszy czułam się nieswojo przed moimi przyjaciółmi.
- Mmm... Ale pychota - zacierał dłonie Mario widząc talerz owoców z czekoladą w porcelanowym kubeczku.
- No to jemy - oznajmiłam. Oczywiście, nie obyło się bez wygłupów. Z nimi nawet sprzątanie dawało wielką frajdę. Robert już poszedł, więc postanowiliśmy, że pójdziemy do kina. Ubrałam kremową sukienkę nad kolano, która od pasa w górę była z koronki, do tego brązowe buty na koturnie i brązową torebkę. Nałożyłam lekki makijaż. Na mój widok chłopcy oniemieli.
- Coś nie tak? - spytałam.
- Idealnie - odparł uśmiechnięty brunet.
- Oczywiście, poszliśmy na komedię. Ogółem nie lubiłam filmów tego typu, ale po tej brzuch mnie bolał. Po filmie poszliśmy do McDonaldu, a następnie szliśmy żółwim tempem po dortmundzkich ulicach. Wtem ujrzałam w oddali osobę, która do nas biegła. Przytuliłam ją z całej siły, to była oczywiście Mika. Pocałowali się namiętnie z Marco. Wtedy popatrzyłam się z uśmiechem na Mario, a gdy nasze oczy się spotkały, od razu odwróciliśmy głowy.
- To gdzie idziemy? - spytałam.
- Mmm ... Mario, my mamy trening - spostrzegł Marco.
- Macie 2 minuty na dobiegnięcie do stadionu. Powodzenia - zaśmiała się Mika spoglądając na zegarek swojego chłopaka. Pożegnaliśmy się buziakiem w policzek i poszliśmy w swoje strony. Ja z Miką poszliśmy do jej domu.
- Jak tam z Marco? - zaczęłam rozmowę rzucając się na jej łóżko i ściągając buty.
- Lepiej być nie może. To cudowny człowiek! - zachwycała się.
- Tak, jest świetny - przyznałam - Można mu zaufać. A u Ciebie jak tam? Summer Love ci przeszła?
- Odkąd pojawił się ten blondasek, zapomniałam o tym. Ajj, po co mi to przypomniałaś, czubie! - uderzyła mnie poduchą. Ja również nie pozostałam dłużna. Takim sposobem cały pokój był w piórkach.
- Jestem w niebie – zaśmiała się głupio moja psiapsióła.
- To się naciesz, bo w przyszłości twoje miejsce jest gdzie indziej – uśmiechnęłam się szyderczo, a widząc jej minę dodałam – Odwiedzę Cię jako człowiek z aureolką.
- Jasne – mruknęła niedowierzająco – Dawno się tak dobrze nie bawiłyśmy.
- Racja. Może pójdziemy na zakupy? – zaproponowała.
- Spoko, a później powłóczymy się po rynku.
- Oczywiście – uśmiechnęła się obejmując mnie ramieniem. Weszłyśmy do Reserved, gdzie wraz z Miką kupiłyśmy sobie takie same bransoletki, następnie House i Cropp Towna. W tym ostatnim sklepie utknęłyśmy na dobre.
- Nadia, rusz się! – jęczała podczas wybierania czapek.
- Która lepsza? Ta, czy ta? – spytałam.
- Są takie same! – odparła znudzona.
- Nie prawda! Bo ta jest z Atlanticy, a tamta z NY – wytknęłam jej język.
- Atlanticy i spadamy – zaśmiała się – żółto czarną.
- No a jak – mrugnęłam podchodząc do kasy. Wracałyśmy już zadowolone mówiąc co nam ślina na język przyniesie. Szczerze, Mika opowiadała tylko o wspaniałościach blondyna, a ja musiałam udawać, że mnie to ciekawi. Dokładnie wiedziałam jaki on jest, ale przy okazji spostrzegłam, że tym razem nie okłamywał nikogo. Wcześniejsze zdobycze oczarowywał swoim sztucznym charakterem, który po jakimś czasie w magiczny sposób znikał.
- Ej, czy ty mnie słuchasz? – spytała podczas gdy wpatrywałam się w bruneta znajdującego się w następnym sklepie – Duśka!
- Poczekaj – szepnęłam dotykając jej ramienia. Chciałam sprawdzić, czy to co ukazało się mym oczom nie było snem. A jednak! To wszystko działo się naprawdę.
- Co? Ten chłopak wpadł ci w oko? – trąciła mnie ze śmiechem.
- Albo mi się zdaje, albo to jest on – popatrzyłam na nią ze zmarszczonym czołem.
- Kto? Kuba? – spytała patrząc na mnie zdziwiona.
- No a kto, sama zobacz – przyglądałam się przyjaciółce, jak natarczywie spogląda na postać. Gdy kiwnęła głową, wiedziałam, że moje przypuszczenia się sprawdziły.
- Idź do niego – uśmiechnęła się lekko – Przecież za nim tęsknisz.
- Nie mogę – spojrzałam przykro kątem oka w jego stronę. Akurat w tym momencie również popatrzył w moje oczy. Nie był to wesoły wzrok – Przysięgliśmy sobie, że nigdy się nie spotkamy. Każdą obietnicę dotrzymywałam. Tej też muszę.
- Nadia, teraz zasady są nieważne! – krzyknęła. Po raz kolejny spojrzałam na chłopaka. On też odwzajemnił ten czyn i pełen smutku i goryczy wyszedł, a raczej wybiegł ze sklepu. Nasze oczy się nie rozstawały, mimo to, że nasze umysły tego chciały. Samotna łza spłynęła mi po policzku, gdy jego postać zniknęła z zasięgu mojego wzroku. Właśnie teraz uświadomiłam sobie, jak bardzo mi go brak. Nie mogę żyć bez takiej osoby. No tak, mam przecież Mikę, ale to nie to samo. Nikt mi go nie zastąpi. Nawet Mario, którego kocham ponad życie. Nadal nie mogę sobie tego wybaczyć, że przez nieodwzajemnioną miłość rozpadła się nasza przyjaźń. Taka trwała i prawdopodobnie bezgraniczna. Tak, taka już na zawsze pozostanie. Gdzieś tam w głębi serca, prawie niewidoczna, ale będzie.
Przyjaciółka widząc moją smętną minę mocno mnie przytuliła.
- Nadia, czy ty… Czujesz coś do niego? – spytała.
- Sama już nie wiem – westchnęłam ocierając łzę – Chodźmy już.
Gdy przyszłam do domu, tym razem do swojego, zastałam pustki. Dziwnie się czułam, ale z drugiej strony będę miała więcej czasu na rozmyślanie. Podążyłam do pokoju ze łzami w oczach. Byłam tak bardzo blisko, a mimo to tak daleko… Nigdy jeszcze nie było mi tak trudno. Weszłam na facebooka z nadzieją, że się rozweselę, niestety, po zobaczeniu posta od Kuby smutek ponownie powrócił. Była to piosenka: Przyjaciel, a post zatytułowany był: Przyjaciel, nic więcej… :c
Weszłam na jego konto, pooglądałam te wszystkie zdjęcia, w większości nasze wspólne. Trochę ich było. Zastanawiałam się czy nie napisać do niego, ale po kilkukrotnym wahaniu, nie potrafiłam. Jeszcze nie teraz. A co jeśli następnym razem będzie za późno? Już miałam napisać pierwszą literę wiadomości, gdy nagle ktoś zapukał do drzwi. To był Łukasz. Zamknęłam laptopa, a on widząc moje załamanie przykucnął naprzeciw mojego łóżka i zaczął wpatrywać mi się w oczy.
- Nadia, co jest? – spytał troskliwie.
- Straciłam największy skarb – wyznałam – Nigdy go nie odzyskam.
- Domyślam się, że nie chodzi o Mario, bo on od rana wesoły chodzi. Kuba?
- Znasz go? – zdziwiłam się.
- Mario mi o nim opowiadał. Tęsknisz za nim?
- Tak, a co najgorsze spotkałam go wczoraj. Był tak blisko, a mimo to nie mogłam do niego podejść, przytulić, pocałować w policzek jak zawsze. Mój umysł pauzował, a nasze oczy się nie rozdzielały. Pragnęły już zawsze na siebie patrzyć, ale tym razem duma zwyciężyła.
- Nie martw się, mała. Kiedyś się spotkacie – uśmiechnął się blado łapiąc mnie za rękę.
- Nie, Łukasz. Ty nie wiesz o co mi chodzi. Co raz bardziej się oddalamy, aż w końcu stanie się tak, że zapomnimy o tym co było…
- Mogę ci obiecać, że nigdy nie zapomnicie – odparł zdecydowanie – Pomogłaś mi z Ewą, więc ja pomogę Ci z Kubą. Ogarnij się, bo idziemy na miasto.
- Ale, Łukasz… - skrzywiłam się.
- Już! – rozkazał. Posłusznie udałam się do łazienki. Pomyślałam sobie, że nie mogę płakać. Muszę pokazać światu jaka jestem silna chociaż na zewnątrz. Wyszłam gotowa z uśmiechem. Może i wyglądał nieco sztucznie, ale liczą się chęci.
- Taką cię poznałem i taką cię lubię – uśmiechnął się szeroko Piszczek i otworzył drzwi do swojego Porsche.
- A Ewa nie będzie miała za złe, że spędzasz ze mną czas? – spytałam gdy pokazało się czerwone światło.
- Nie no co ty. Wie, że bardzo Cię lubię i nie ma nic przeciwko. Kiedyś musicie się poznać – odparł ruszając.
- Też cię lubię, Łukasz – uśmiechnęłam się. Włączyłam eskę, a my jak to my śpiewaliśmy na całego piosenki.
- Ma się ten talent – zachwycał się.
- Po tacie – zaśmiałam się. Znaleźliśmy się pod wielkim budynkiem w którym jak się później dowiedziałam znajdowało się kino. Tak długo jestem w Dortmundzie, a nigdy tu nie byłam. Poszliśmy na Awatara, bo Łukasz się uparł. Oglądałam ten film stokroć razy i nie wywarł na mnie ogromnego wrażenia. Tego samego nie mogłam powiedzieć o moim towarzyszu. Następnie pospacerowaliśmy po największym z parków w Niemczech. Porozmawialiśmy jak prawdziwi przyjaciele.
- Dziękuję za to wszystko – pocałowałam go w policzek gdy siedzieliśmy już na kanapie u niego.
- Nie ma za co, mała – uśmiechnął się.
- O, cześć – przytuliła mnie Ewa – Ty pewnie jesteś Nadia? Od Marco i Mario już się o Tobie nasłuchałam. Ciągle rozmawiają o Tobie z Łukaszem – zaśmiała się – Jestem Ewa.
- Miło mi. Piszczu mi o Tobie też dużo opowiadał – uśmiechnęłam się.
- Już należysz do WAG’sów? – spytała.
- Nie no co ty! – zaśmiałam się.
- Może już niedługo – mrugnęła – Może chcesz coś do picia?
- Jakieś procenty? – zaproponował Łukasz z szerokim uśmiechem.
- Skorzystam z Twojej propozycji – poklepałam po ramieniu obrońcę. Wypiłam kilka lampek wina ale jako tako trzymałam się na nogach. Mimo wszystko Piszczek uparł się, że mnie odprowadzi, bo nie chce mnie w rowie xD
- Ale ci dzisiaj odbijało – zaśmiał się.
- Ajj, nie tylko dzisiaj – odwzajemniłam – Fajną masz tą dziewczynę.
- Wiem – przytaknął – Nadia, słup!
- Co? – zanim zdążyłam się zorientować wylądowałam na betonie. Łukasz ledwo powstrzymując śmiech mnie podniósł.
- Żebyś się nie zesrał – prychnęłam.
- A uwierz, mało brakuje – śmiał się dalej. Mimowolnie ja również poszłam w jego ślady. W końcu doszliśmy do domu, nie powiem, że w całości ;D Pożegnaliśmy się buziakiem w policzek. Ściągnęłam trampki i podążyłam prosto pod prysznic, który trwał zaledwie 15 minut. Przebrałam się w piżamy i położyłam do łóżka. Spostrzegłam, że coś się wyświetliło na moim telefonie. Jak się dowiedziałam to był sms od Mario:
„Gdzie się podziewałaś? Całe popołudnie Cię nie było”
„ Byłam z Piszczkiem :)” –
odpisałam
„To dobrze. Martwiłem się o Ciebie ;*”
Uśmiechnęłam się na te cztery wyrazy. Westchnęłam i przytuliłam telefon do serca. Po raz kolejny zaburczał.
Co jutro robisz? ^^”
„No to tak… Wstanę rano, umyję się, zjem ;P”
„Hahah, a później? ;)”
„A coo? ;3”
„Pójdziemy się gdzieś przejść? Ale sami ;*”
„Pewnie. Sorry, ale jestem zmęczona. Dobranoc, Mario ;*”
„Dobranoc, kochana ;*”
A może chce mi coś przekazać? – pomyślałam. Zaczęłam pisać na telefonie wierszyk o miłości. Przez przypadek wysłałam go Mario zamiast zapisać go w wersjach roboczych.
Przepraszam, pomyłka…”
________________________________________________________________________________________

Jak wam się podoba? :P  Zostawiam Wam do krytyki :) A oto gif:
Bo czasami tak bywa, że przy kumplach nie możesz zjeść w spokoju banana, bo nie wiadomo jakie skojarzenia xD Biedny Lewy <3

wtorek, 23 lipca 2013

Rozdział 18

Niestety, dzisiaj pogoda nie była piękna i zadowalająca. Nad Dortmundem zawisły ciemne chmury, a deszcz padał z nich nieustannie zostawiając krople wody gdzie tylko się dało. Widząc taki widok powtórnie rzuciłam się na łóżko. Wpatrywałam się w sufit myśląc o tych wszystkich czułościach, które okazywał mi Mario. Moje serce co raz bardziej zaczęło mi odmawiać posłuszeństwa. Dręczyły mnie pytania: Czy on coś do mnie czuje? A może chce mnie tylko zdobyć, przelecieć i rzucić? Nie, wątpię. To nie Marco! Więc w czym tkwi problem? Pozostało mi tylko jedno wyjście. On mnie kocha. Ale skoro tak jest dlaczego mi tego nie wyzna? Przecież znamy się już na tyle, by mówić sobie wszystko, nawet najgorszą rzecz. Tak było aż do tej pory... Chcę, by nic się nie zmieniło. Ale czy to możliwe? Moje rozmyślania przerwała rozczochrana Mika stojąca w drzwiach w piżamie z Myszką Miki.
- No wchodź - zaśmiałam się patrząc na jej skrzywioną buźkę. Nade mną ukazała się twarz blondynki z uśmiechem od ucha do ucha.
- Co ty taka wesoła? - spytałam zdziwiona.
- A no tak jakoś - uśmiechnęła się tajemniczo przygryzając wargę. Oczywiście, nie z podniecenia jak niektórzy to robią. Ona zawsze tak czyniła, gdy miała jakiś sekret lub coś się wydarzyło.
- No kurde powiedz, bo ja tu pękam z ciekawości - kopnęłam ją.
- Dowiesz się w swoim czasie, a teraz chodź do salonu - nakazała.
- Nie chce mi się - zamruczałam przeciągając się.
- Trudne sprawy są - zanuciła.
- Pędzę - zerwałam się szybko z łóżka, na co moja przyjaciółka odpowiedziała śmiechem. Oglądnęłyśmy odcinek, akurat gdy była reklama ktoś zapukał do drzwi. Jak się później dowiedziałam to był Marco. Wszedł bez zaproszenia, a widząc nasze zaspane twarze uśmiechnął się szeroko i podszedł się przywitać.
- Siemka, młoda - mrugnął do mnie - Hej, skarbie - te słowa skierowane były do Miki. Czyżby... O nie! Czy oni są razem? Na ich słodkie słowa wyplułam wodę, która przed chwilą znajdowała się w butelce. Wylądowała idealnie na twarzy blondyna.
- Że... - tylko tyle zdążyłam wyjąkać.
- Właśnie to jest to o czym chciałam ci powiedzieć, kochana - uśmiechnęła się przyjaciółka dumnie przytulając Reusa.
- To ja może umyję twarz - zaśmiał się - Zaraz wracam.
- Pójdę z Tobą - zdecydowałam zamykając drzwi do łazienki.
- Czemu zamknęłaś drzwi? - rzucił mi łobuzerskie spojrzenie.
- Palant - ucięłam - Odkąd jesteście razem?
- Od ... wczoraj? - uśmiechnął się gładząc palcami swoje włosy.
- Posłuchaj, lovelasku - ściszyłam ton - Jeśli w jakikolwiek sposób zranisz Mikę nie ręczę za siebie, jasne?
- Dobra, dobra - odpowiedział - A teraz wyjdź. Muszę skorzystać, chyba, że chcesz zostać.
- Już wychodzę - zdecydowałam szybko podążając do Miki.
- O czym gadaliście?
- A o niczym. Pomogłam mu umyć tą gębę - wyjaśniłam.
- Jak wy się lubicie - skomentowała podpierając boczki - Bez słów.
I akurat w tym miała rację. Chłopaki twierdzą, że jestem kopią Reusa, a raczej oryginałem. Posiedzieliśmy tak wygłupiając się. Strugi deszczu odbijające się od okna wspomniały mi o moim przyjacielu, Kubie. Wróciły te wszystkie chwile, a tęsknota jeszcze bardziej się nasilała z każdą sekundą.
- O czym myślisz, mała? - usłyszałam głos Marco.
- O nim.. - wyjaśniłam z zamysłem wpatrując się w "ciekawe" okno.
- O Mario?
- Nie. O Kubie - popatrzyłam w niebiesko zielone oczy blondyna.
- Tęsknisz za nim?
- Nawet nie wiesz jak bardzo. Już nigdy się nie spotkamy. On wyjechał. Teraz pewnie jest na drugim końcu świata, a o mnie już nie pamięta - spuściłam głowę.
- Uwierz mi, tego pocałunku nigdy nie zapomni - uśmiechnął się - Nie smuć się już. Niedźwiadek?
- Niedźwiadek - uśmiechnęłam się blado wtulając w umięśnione ramiona Reusa. Przy nim zawsze czułam się bezpiecznie. Dobrze jest mieć takiego przyjaciela.
- Ooo... - zawyła moja przyjaciółka wychodząc z łazienki.
- Dołączysz się? - spytałam. Mój głos był ledwo słyszany, ponieważ Marco ściskał mnie swoimi łapkami.
- Nie, wole nie - zaśmiała się widząc moją minę.
- Marco, chwilę niedźwiadka uważam za skończoną - wydukałam próbując się uwolnić z uścisku.
- Ale ja nie - zaśmiał się.
- Ej, chcę ci coś powiedzieć - krzyknęłam. Podziałało, bo lekko mnie uwolnił.
- Dziękuję - wyszeptałam całując go w czoło - Ty, Mika, Robert i Mario jesteście wszystkim co mam.
- Kocham Cię, siostro - rzekła z wzruszeniem Mika całując mnie w czubek głowy - Ja i Marco postaramy się, żebyś zapomniała o Kubie.
- Dzięki, ale w tym nikt mi nie pomoże. Nigdy go nie zapomnę - z oczu moich wypłynęły łezki.
Siedziałam tak płacząc nie ze złości, że się do mnie nie odzywa, ale ze zmartwienia i tęsknoty za tym co było. Tak bardzo mi go brak...
- Witajcie, miś... - urwał Mario rzucając siatkę z zakupami na ziemię i podbiegając do mnie.
- O co chodzi? - spytał - Nadia, nie płacz.
- Nie umiem - wyjąkałam wtulając się w jego ramiona. On tylko mocno mnie przytulił całując raz po raz w czubek głowy i kiwając się przy tym w lewo i prawo. Marco i Mika zrobili tylko słodkie miny i wyszli.
- Nie płacz już, nie warto - powiedział hipnotyzując mnie wzrokiem i ocierając kciukiem łzę - Gdzie się podziała Nadia, która zawsze była silna, lubiła ryzyko, wszystko olewała i była odważna?
- Los ją zniszczył, a miłość zmieniła - wyszeptałam biegnąc do mojego pokoju. Nie słuchałam nawoływań Mario. Zakryłam głowę poduszką i płakałam jak najgłośniej mogłam. Chciałam by przez to ten ból zniknął, lecz nie wynikło z tego nic pozytywnego. Próbowałam zasnąć, ale również bez skutku.
- Mogę? - spytał brunet wchodząc do mojego pokoju. Widząc mnie w takim stanie, położył się koło mnie na łóżku, wtulił w swoje ramiona. Po rozmowie wpatrywał się we mnie i czekał aż zasnę. Wkrótce również i on pogrążył się w głębokim śnie. Przy tym człowieku czułam się jak w niebie. Wszystko bym oddała, żeby był tylko mój.

**********

[Mario]

Wchodząc do domu Nadii, zamarłem. W żołądku poczułem ucisk, jak przed meczem decydującym o mojej dalszej karierze. Co ja wygaduję! To było o wiele gorsze. Na pewno każdy by się tak czuł widząc dziewczynę którą kocha ponad życie całą zapłakaną.
- Nadia nie płacz.
- Nie umiem – tylko tyle wyjąkała i z wielkim płaczem wtuliła się we mnie. Czułem przyspieszone bicie jej serca. Była taka bezbronna… Nie wiedziałem co zrobić, więc przytuliłem ją najmocniej jak potrafiłem kołysząc jej postać i co jakiś czas całując jej kwiatami pachnące włosy. Marco dał mi znać, że zostawia nas samych. Może i lepiej. Nigdy nie wiadomo co mu odbije.
- Nie płacz już, nie warto – spojrzałem w jej piękne oczy, ujmując jej twarz w dłonie i ocierając łzę płynącą swobodnie po policzku. Jej wzrok mówił „Pomóż”, ale ja nie potrafiłem. Byłem bezradny. Jedynie co mogę ofiarować Nadii to samego siebie. Obecnie potrzebowała kogoś kto ją pocieszy i będzie z nią wtedy kiedy ma złe dni. Natomiast ja chciałbym spędzać z nią każdy dzień. Dzielić się wrażeniami, opowiadać jej wszystkie historie, pocieszać… Być z nią do końca swojego życia, albo jeszcze dłużej.
- Gdzie się podziała tamta Nadia?
- Los ją zniszczył, a miłość zmieniła…
Zdziwiła mnie jej odpowiedź. Widząc jak biegnie po schodach, zapewne do swojego pokoju, zauważyłem, że ona przeżyła o wiele więcej niż sobie wyobrażałem. Dlaczego ciągle tylko cierpi? Matka na każdym kroku stara się zniechęcić ją do życia, ojciec wyjeżdża w delegacje, musiała rozstać się z miejscem, które tak bardzo kochała, pożegnać się z przyjaciółmi, opuścić wszystko co tam przeżyła, zacząć nowe życie tutaj, w Dortmundzie. Była wtedy taka szczęśliwa, aż do powtórnego wyjazdu do Poznania. Dowiedziała się wtedy, że jej kumpel nie kocha ją tak jak tego pragnie, że jest dla niego kimś o wiele więcej. Po lekkim pocałunku, który złożył jej na ustach świat legł w gruzach. Straciła najlepszego przyjaciela, z którym spędzała każdą chwilę, a gdy wyjechała za granicę rozmawiała dniem i nocą opowiadając Kubie o swoich przeżyciach i o różnych drobnostkach. A teraz jej głowę przepełnia myśl, że już nigdy go nie zobaczy. Właśnie ten ciemnooki brunet był jej całym życiem. Teraz została go pozbawiona. Tak bardzo chciałbym cofnąć czas, by Nadia nie cierpiała. Nawet jeśli to spowodowałoby, że byliby razem nie żałowałbym tej decyzji. Pragnę, by była szczęśliwa, nawet jeśli nie ze mną to z kimś innym. Zależy mi tylko na niej. Tak… Kocham ją ponad wszystko i nie mogę o niej zapomnieć. Każdy ranek, każde po południe, każdy wieczór i każdą noc rozpoczynam i kończę myśląc o tej dziewczynie.
Otrząsając się z moich rozmyślań pobiegłem za nią. Stanąłem przed drzwiami i niepewnie w nie zapukałem.
- Mogę? – spytałem. Widząc w jak okropnym jest stanie, podszedłem do jej łóżka i położyłem się obok niej. Objąłem ją ramionami, ale mimo to dalej nie mogła zasnąć.
- Wszystko się ułoży – pocieszałem ją.
- Nie, Mario, nic się nie ułoży. Moje życie bez niego jest skończone.
- Co ty wygadujesz! Masz dla kogo żyć. Dla Miki, Roberta, Marco… Dla mnie – uśmiechnąłem się lekko.
- Dziękuję, że jesteś przy mnie – wyszeptała.
- Drobiazg – pocałowałem ją w policzek.
- Dlaczego to robisz? – spytała po chwili.
- Bo cię kocham – pomyślałem, lecz moje usta nie potrafiły tego wypowiedzieć.
- Bo mi na Tobie zależy – odpowiedziałem przytulając jej głowę do mojej – A teraz spróbuj zasnąć.
- Nie.
- Dlaczego? – spytałem zdziwiony.
- Bo gdy zamknę oczy, boję się, że Ciebie już nie będzie obok, a to wszystko okaże się snem.
- Obojętnie czy w śnie czy w rzeczywistości, nigdy Cię nie opuszczę – wyszeptałem.
Jeszcze przez kilka minut wpatrywałem się w jej twarz. Była taka piękna w świetle księżyca. Przerwało mi brzęczenie telefonu. Wziąłem go do ręki tak, by nie zbudzić Nadii. Był to sms od Reusa:
I jak tam, Goetze? Pamiętaj, jutro na siłownię, więc pilnuj się, żebyś nie miał skurczu ;P Miłej nocy, stary :)”
„Reus, ogarnij się. Nadia jest w kiepskim stanie. Nie mam ochoty na żarty, a tym bardziej nie takie…”
„Sorry, nie wiedziałem…”
„Dobra, nieważne. A wy gdzie się włóczycie, hmm?”
„Tu i tam… A dokładnie podążamy do mojej sypialni. Mam nadzieję, że nie zapomnę tej nocy ;D”
„ Ojj, Reus, ty nic się nie zmienisz. Narka, kochasiu. Nie przeszkadzam ;)”
Jeszcze raz zaśmiałem się do telefonu i poszedłem w ślady Duśki.

Słowa Mario : Ty, śpisz dzisiaj ze mną <3
Jak wam się podoba rozdział? Oceniać w komentarzach :)

poniedziałek, 15 lipca 2013

Rozdział 17



Minęły już trzy miesiące od mojego powrotu do Dortmundu. Moje więzi z chłopakami co raz bardziej się pogłębiły, a miłość do jednego z nich stała się co raz silniejsza. Z przyjaciółką też wspaniale się dogadywałam. Przynajmniej ona miała trochę rozsądku i zawsze udzielała mi rad. Przez ten czas przeżywałam najgorszą rzecz jaka mi się do tej pory przytrafiła: stratę najlepszego przyjaciela. Tak... Straciłam Kubę na zawsze, akurat wtedy, gdy dowiedziałam się, że nie jestem mu obojętna. A oto urywek naszej pisemnej rozmowy:
"Przepraszam za to co się ostatnio wydarzyło. Wiem, nie powinno to mieć miejsca. Jak się domyślasz chodzi mi o ten pocałunek przed twoim wyjazdem. Dla Ciebie nic nie znaczył, lecz ja poczułem coś czego dotąd nigdy nie zaznałem. Po tych dniach spędzonych bez Ciebie, zauważyłem jak mi bardzo brak takiej osoby jak ty... Ukochanej osoby. Każda cząstka mojego serca umierała z tęsknoty za twoim uśmiechem, żartami, za całą Tobą. Wiem, że czujesz coś do Mario, to widać, a przynajmniej ja to zauważyłem. Wiem, ze nigdy nie będziemy razem, bo ty uważasz mnie za brata... Tylko brata. Dlatego, lepiej będzie jeśli się na zawsze rozstaniemy. Wyjeżdżam z Poznania tam, gdzie mnie nigdy nie znajdziesz. Możliwe, że już się nie zobaczymy, a tamto spotkanie było ostatnim. Nie umiem bez ciebie żyć, a z tego co wiem żadne korepetycje w tym nie pomogą, bo nigdy się nie nauczę tego, że nie będziesz moja."
"Mi też będzie ciężko, Kuba. Ale chyba masz rację. Nasz związek nie miałby sensu. Żałuję tylko tego, że ucierpiała na tym nasza bliska więź jaką jest przyjaźń. Zawsze zostaniesz głęboko w moim sercu, a gdy ono przestanie bić, wiec że minimalna cząstka jego należała do Ciebie. Zawsze będziesz moim ukochanym braciszkiem. Dziękuję za wszystko... Za to, że po prostu byłeś przy mnie, nawet jeśli cię przezywałam. Nigdy nie znajdę takiego przyjaciela jakim byłeś Ty. Obiecaj, że znajdziesz sobie kogoś z kim będziesz szczęśliwy, chociaż to nie będę ja. Zapomnij o mnie i żyj dalej. Dziękuję. Na koniec naszego pożegnania chciałam jeszcze dołączyć, że też ciągle tęskniłam i... Ja chyba cię trochę kocham... Jako chłopaka. Ale teraz to już jest nie ważne. Nasze drogi się rozdzieliły. Może w przyszłości staną się jedno..."
"Obiecuję, że nigdy Cię nie zapomnę... Żegnaj, przyjaciółko"
Te teksty utkwiły mi w głowie. Brakuje mi go, teraz pewnie jest gdzieś na drugim końcu świata. Nawet nie wiem czy wszystko u niego gra, czy jest zdrowy, czy żyje...
- Ziemia do Nadii - pomachał mi dłonią przed oczami Mario, na co ja mocno go przytuliłam i już nie chciałam wypuścić. Pragnęłam, by zastąpił mi Kubę, ale nic z tego. To nie jest możliwe, bo jak moja zmarła babcia powiedziała: "Nikt ani nic nie zastąpi Ci tego, co już było jedno na całe życie, coś co minęło, coś co kochało Cię skrycie".
- Proszę, nie opuszczaj mnie - szepnęłam.
- Zawsze będę przy Tobie, mała - pocałował mnie w czubek głowy wypuszczając z ramion - Przypomniałaś sobie o nim?
- Tak. Był jak brat, a teraz? - spuściłam głowę.
- Nie martw się. Kiedyś na pewno się spotkacie - pocieszał mnie - Nie myśl o tym, chodź pójdziemy na trening. Dawno nie widziałaś chłopaków.
- Stęskniłam się za tymi wariatami - uśmiechnęłam się lekko.
Ubrałam buty, Mario wziął torbę i ruszyliśmy pieszo w stronę Signal Iduna Park. Ku mojemu zdziwieniu byliśmy pierwsi na murawie, nie licząc trenera, który wesoło nas przywitał.
- Cześć, Mario! – pomachał z daleka swojemu podopiecznemu.
- Dzień dobry, trenerze – uśmiechnął się – Idę się przebrać, okey?
- Jasne – pokiwałam głową i ruszyłam w stronę Jurgena Kloppa.
- Dzień dobry – przywitałam się z uśmiechem. Próbowałam na tyle się wysilić, by nie wydawał się taki sztuczny.
- O, witaj Nadio! – podał mi rękę – Dawno Cię u nas nie było.
- Racja, ale byłam w Polsce. Przepraszam, że przeze mnie chłopaki nie chodzili na treningi.
- Nie szkodzi. To twoi przyjaciele. Wiem, że nie jest ci łatwo. Potrzebowałaś ich.
- Dziękuję za wyrozumienie. A oni jeszcze nie przyszli?
- Jeszcze nie. Na pewno się spóźnią. Stęsknili się za Tobą – zaśmiał się.
- Ja też i to bardzo.
W tej chwili przyszedł Santana i Bender.
- Heej – rzucili się na mnie mocno mnie przytulając.
- Siema, wariaty! – krzyknęłam całując ich w policzek – Ała, Felipe, nie ściskaj mnie tak!
- Sorki, Dusiek – uśmiechnął się – Jak ja Cię dawno nie widziałem!
- Ja ciebie też, murzynku! – zaśmiałam się szyderczo i zaczęłam uciekać przed chłopakiem.
- Ja ci zaraz dam, murzynku! Jestem naturalnym… - nie dokończył bo mu przerwałam.
- Japończykiem? – spytałam.
- Jak cię dopadnę… - i przyspieszył, był już blisko mnie. Szybko klęknęłam kolanach i podcięłam rozpędzonego Santanę. Usłyszałam śmiech wszystkich chłopaków przyglądających się tej scenie.
- Brawo, brawo! Uwielbiam widzieć jak Felipe atakuje glebę – poklaskał w dłonie Hummels.
- Hummi! – podbiegłam całując go mocno w policzek – Schmelle, Moritz, Langerak, Sven, Nuri! Ojeju, jak ja tęskniłam!
- My też, kochana! – ucieszyli się.
- Proszę pana, mogę z nimi dzisiaj trenować? To taki wyjątek – spytałam dalej stojąca w uścisku tych zawodników.
- Proosimy – zanucili Piszczu i Błaszczyk, którzy dołączyli się do naszego grupowego niedźwiadka. Teraz to trener kompletnie mnie nie zauważył.
- Zgadzam się – uśmiechnął się – No to może na rozgrzewkę 5 kółek.
- Że jak? – spytał znudzony Marco – Trenerze!
- Dobrze, na życzenie Reusa 7 – zadecydował notując coś w zeszycie.
- Biegnijcie, ja poczekam – oznajmiłam powstrzymując się od śmiechu.
- Nie ma mowy! – krzyknął Langerak – Ona ma biegać z nami, co nie?
- Naturalnie. Trening to trening! – zaśmiał się Klopp, a ja popatrzyłam na niego smutnymi oczami.
Biegaliśmy wygłupiając się, następnie odbył się meczyk, w którym rywalizowałam z Lewym, Nuri, Leitnerem, Kubą, Langerakiem, Grossekrotuzem, Schieberem, Schmelzerem i Hummelsem. Oczywiście przegraliśmy przez Marco, który sfaulował Roberta w polu karnym. Podsumowaliśmy to wynikiem 2:1. Gola dla naszej drużyny zdobył Piszczek z mojej asysty.
- Nadia, pozwól tu na chwilę – zawołał mnie trener, gdy wszyscy poszli do szatni.
- Tak? – spytałam obcierając czoło ręcznikiem.
- Mam dla ciebie pewną propozycję. Z tego co widzę masz talent w futbolu. Czy zgodziłabyś się chwilowo zastąpić w naszym meczu Łukasza? Nie chcę go wpuszczać na boisko. Wiesz, ta kontuzja… Więc jak?
- Zastanowię się – uśmiechnęłam się lekko – Ale to nie będzie trochę dziwne, że jedyna dziewczyna w zespole?
- To będzie sensacja! Jeszcze jak kibice zobaczą jak grasz… Coś czuję że nie skończy się to na jednym meczu – poklepał mnie po ramieniu ze śmiechem – Leć już, Mario i Robert czekają.
- Do widzenia!
- Co się tak zagadałaś? – spytał Goetze.
- A nic, nic… - mruknęłam ledwo słyszalnie – A gdzie zapodzialiście Marco? Lewy znowu go zgubiłeś?
- Nie, nie tym razem – zaśmiał się – Poleciał do swojej królewny.
- Aha. Chyba że tak – uśmiechnęłam się – Ładna z nich para.
- Zobaczymy na jak długo – westchnął napastnik. Znał swojego przyjaciela i wiedział jaki on potrafi być w związku. Każdy z nas rozszedł się do swoich posiadłości.
_________________________________________________________________________________________
Siedemnastka! <3 Wyjeżdżam dopiero za tydzień, albo i więcej bo mam zapalenie spojówek. Kiepsko ;c Postanowiłam, że przy każdym rozdziale dodam jakiś gif, filmik lub fotkę. Tak więc, proszę:

Oczywiście, Marco zawsze musi być tym, który zaczepia <3 Hahaha, no więc takie przygotowanie do grupowej fotki :D

czwartek, 11 lipca 2013

Rozdział 16

To już dzisiaj... Dzisiaj opuszczam moje rodzinne miasteczko. Faktycznie, nie było w nim dużo pięknych wspomnień, chwil spędzonych wspólnie z rodzicami, lecz to było moje miejsce. Tylko moje. I cokolwiek się stanie mogę tu przyjechać, pożalić się, dać upust moim łzom. Popatrzyłam leniwie na zegarek. Cyfry wskazywały 8.00, tak więc zwlekłam się z łóżka, przygotowałam ubrania na dzisiejszy dzień (niebieską bluzkę, białe rurki, granatowe Converse) i poczęłam pakować ubrania i wszystkie rzeczy do walizki. Wskoczyłam w wybrany komplet ubrań, uczesałam włosy w koka i zeszłam na dół. Marco siedział na kanapie oglądając powtórki meczu Fc Barcelona vs Ajax Amsterdam, Mario korzystał z łazienki, a Robert podrzucał nad swoją głowę tic - tac'a, który wylądował na jego języku. Jak widać, nie tylko ja straciłam chęć do życia. Nie zwracając na nich uwagi wgryzłam się w jabłko siadając na zimnej posadzce. Po 10 minutach brunet wyszedł z łazienki i siadł obok mnie.
- Jak się spało? - zapytał wpatrując się we mnie tymi brązowymi oczkami.
- Nie za dobrze - mruknęłam odsuwając głowę w przeciwną stronę.
On delikatnym ruchem swojej ręki odgarnął mi kosmyk włosów mówiąc:
- Będę zawsze przy Tobie...
Mimowolnie uśmiechnęłam się pod nosem, a to jedno, małe zdanie tkwiło w mojej głowie. Słyszeć takie słowa od chłopaka, który jest dla ciebie najważniejszy. Piękne. Przyszykowaliśmy się wszyscy do wyjazdu. Wbiegłam do góry po schodach, by zabrać walizkę i jeszcze raz porozglądać się po moim pokoju. Gdzieś w głębi serca zrobiło mi się przykro. Odpięłam więc wszystkie zdjęcia wiszące na ścianach z mojego dzieciństwa i wpakowałam do torby. Robert zapakował bagaże do samochodu, miałam już wsiadać na tylne siedzenia, lecz usłyszałam znajomy mi głos.
- Czekaj, Nadia - zawołał Kuba biegnąc do mnie.
- Muszę się spieszyć - wyjaśniłam unikając jego wzroku - Do zobaczenia.
Szłam już w stronę drzwi gdy nagle chłopak złapał mnie za rękę, przyciągnął do siebie a następnie moja górna warga znalazła się między jego ustami. Nie przerwałam tej chwili. Wracając na Ziemię wsiadłam pospiesznie do samochodu. Zdziwiło mnie to zdarzenie. Dlaczego to zrobił? Przecież, sam przekonywał mnie, że jestem dla niego jak siostra. Z tego co wiem, rodzeństwa nie całuje się w usta. Robert siedział jako pasażer, więc odwrócił się przodem do Marco i rozmawiając spoglądał na mnie z lekkim uśmiechem. Czyżby coś przewidywał? Natomiast Mario co jakiś czas spoglądał w małe lustereczko w którym odbiciu widoczna była moja twarz. Jego buźka nie wyglądała tak jak zawsze: uśmiechnięta, pełna słodkości i rozmarzona. Obecnie, to było przeciwieństwo tego wizerunku. Całą podróż nic nie przemówiłam, nawet marnego słówka składającego się z chociażby 3 liter. Zero. Na szczęście już dojechaliśmy na miejsce. Na widok mojego ukochanego miasta uśmiechnęłam się lekko i weszłam do swojego pokoju. Zamierzałam tam przesiedzieć do końca tego dnia, a długo czekać nie musiałam, bo godzina wskazywała 18.00. I właśnie nastąpiło to czego nie chciałam. Ktoś zapukał w drzwi mojego pokoju. Postanowiłam nie otwierać, ale upartość tej osoby kazała mi się odezwać.
- Co znowu? Lewy zostaw mnie! – krzyknęłam.
- To ja, Mika – usłyszałam głuchy głos dobiegający z korytarza – Mogę wejść?
- Wchodź – odparłam.
Widząc mnie podbiegła i mocno przytuliła moją sylwetkę opierając głowę na ramieniu.
- Jak ja się za tobą stęskniłam – uśmiechnęła się całując mnie w policzek.
- Ja za Tobą też – westchnęłam – A skąd wiesz, że już przyjechałam?
- Robert – odpowiedziała krótko. No tak, a kto inny?
- Powiedział mi też, że ucięło ci język – zachichotała cicho – Co jest?
- Opowiadałam ci o Kubie? – spytałam na wstępnie. Sama nie wiedziałam dlaczego, ale chciałam się wygadać.
- No tak, mówiłaś. Pocałował Cię? – zapytała a raczej oznajmiła.
- I znowu Lewandowski, tak? – skrzyżowałam ręce.
- Nie. Mario – wyjaśniła patrząc mi w oczy – Czujesz coś do niego?
- Do Kby?
- Yhym.
- Nic oprócz przyjaźni. Dlatego zdziwiło mnie to co zrobił.
- Nie przejmuj się tym. Może to tylko tak odruchowo, z tęsknoty lub … Lub czuje coś więcej do Ciebie. No ale przecież wtedy powie Ci o tym. Wiecie o sobie dosłownie wszystko, więc jeśli się zdecyduje opowie ci to co do ciebie czuje. No przyznaj, mam rację?
- No masz – przyznałam – Faktycznie, nie będę się tym zadręczać. Tutaj miałam zacząć nowe życie. Tak więc zrobię.
- I za to Cię kocham – uśmiechnęła się – To jak idziemy odwiedzić chłopaków?
- Jasne.
Wyszłyśmy z pokoju podążając w stronę wyjścia. Akurat tam wpadłam na Marco.
- Uważaj jak idziesz, blondynko! – wrzasnęłam.
- Ooo… Widać, że niezły z ciebie psycholog – zwrócił się Lewy do mojej przyjaciółki – Od razu lepiej!
- Yhym … - przytaknął żenująco Reus
- Gdzie się wybieracie? – spytał Mario.
- Tak się składa, że do was – zaśmiałam się – Wchodźcie.
- Przewidziałem przyszłość i przyniosłem kilka komedii – uśmiechnął się Lewy.
- Daj to włączę, wróżbito – odparłam biorąc z jego rąk płyty i jedną z nich umieszczając w odtwarzaczu DVD. Ten film był taki nudny, że aż ściany zaczęły mi się podobać. Po jakimś czasie usłyszałam szept Mario który z uśmiechem zaczął mi się przyglądać.
- Ciekawe, co? – westchnął.
- Bardzo – rzuciłam sarkazm przewracając oczami.
- Chodź, pójdziemy gdzieś – zaproponował i wyszliśmy z domu. Mika, Marco i Robert byli tak zapatrzeni w Tv, że nie zobaczyli gdzie się podzialiśmy.
- Dlaczego byłaś taka dziwna gdy wyjeżdżaliśmy z Polski? – spytał Goetze. Wiedziałam, że prędzej czy później zacznie ten temat.
- A jaki ty byłbyś, gdyby twój przyjaciel cię pocałował? – spytałam odważnie. Byłam pewna, że nie umie odpowiedzieć na to pytanie.
- A ty… Kochasz go? – ciągnął dalej.
- Nie, nie kocham. Moje serce od kilku miesięcy należy do innego człowieka, tylko, że ono wstydzi się wyznać mu miłość – odparłam.
- Mam podobnie – oznajmił.
Szczęściara z tej dziewczyny – pomyślałam. Rozmawialiśmy bez przerwy tak, jakbyśmy się co najmniej kilka lat nie widzieli.
- Mam coś dla ciebie – przypomniał sobie zawodnik BVB.
- Mam się bać? – spytałam śmiejąc się.
- Chyba nie. Chyba – podkreślił ostatnie słowo.
Wręczył mi piękny wisiorek czterolistną koniczynkę z czerwonym diamencikiem na środku.
- Mario nie musiałeś – uśmiechnęłam się – Dziękuję. Jesteś kochany.
- Należy ci się – odparł.
Zapiął mi delikatnie łańcuszek i przytulił od tyłu na tyle mocno, abym czuła się bezpieczna i potrzebna. Chyba mu się udało. Odpłynęłam całkiem do krainy mojego wymarzonego życia nie myśląc, że kiedykolwiek będę musiała się wybudzić. Żyłam tylko chwilą. Tą chwilą.
- Przepraszam… - wyjąkał.
Ja tylko się uśmiechnęłam i poszliśmy dalej.
- Widziałam twoją ciekawość gdy jeździłam na deskorolce… - zaczęłam nowy temat.
- Właśnie. Miałem się ciebie o coś spytać. Czy … - przerwał trzymając mnie w napięciu. Już myślałam, że wypowie te słowe na które tak długo czekam.
- … nauczysz mnie jeździć? – spytał śmiejąc się.
Kurde, Goetze! Trzeba było tak od razu, a nie dopuszczać moją wyobraźnie do wymyślania nie wiadomo czego.
- Jasne, ale może jutro – uśmiechnęłam się zerkając na telefon. Wskazywał godzinę 23.00
- Powinniśmy już wracać – zadecydował Mario – Ciekawe, czy zauważyli, że nas nie ma.
- Nie – odparłam po krótkim namyśle – Będą spać lub dalej cieszyć się z filmu.
Szliśmy w ciszy, a latarnie oświetlały dróżki, które się przed nami rozciągały. Odwróciłam twarz do Mario, wzięłam głęboki oddech chcąc wyznać mu kim dla mnie tak naprawdę jest. I znowu… Kolejny raz zabrakło mi odwagi. Nadia! Co się z tobą dzieje? Gdzie podziała się ta dziewczyna z Polski, która niczego się nie bała, zawsze dążyła do celu i była szczera do bólu?
Jednak na to pytanie moje serce miało odpowiedź:
Ta dziewczyna dalej istnieje tylko nie chce się ujawnić lub nie powie tego co myśli, bo nie potrafi tego określić słowami. Oto co potrafi zdziałać miłość…

____________________________________________________________
BOOM! I mamy szesnastkę <3 Napisałam ją w miarę swoich możliwości, takie tam farmazony ;P Wróciłaam do was, miśki ze zdwojoną siłą ... Ale ... Kurde, zawsze musi być jakieś ale... We wtorek ponownie wyjeżdżam. Może coś dodam jeszcze w poniedziałek... Zobaczę, zobaczę :) A tymczasem pozostawiam Wam mój rozdziałek do oceny :D A i jeszcze jedno: DZIĘKUJĘ WAM ZA TE WSZYSTKIE KOMENTARZE I ZA TO, ŻE W OGÓLE CZYTACIE TEGO BLOGA! JA WIEM, ŻE SĄ TAKIE OSOBY, KTÓRE CZYTAJĄ, ALE NIE KOMENTUJĄ. ZA TO TEŻ WAM DZIĘKUJĘ <3 GDYBY NIE WY,  NIE MIAŁABYM MOTYWACJI, A WTEDY PRAWDOPODOBNIE USUNĘŁABYM TEGO BLOGA.