niedziela, 30 czerwca 2013

Rozdział 15



Nazajutrz zastałam w moim pokoju list, który jak się dowiedziałam był od taty. Pisał w nim, że wyjechał na jakieś zebranie, wspomniał też, że wróci za tydzień i życzy mi powodzenia w dalszym życiu. Miło, że pamiętał. Wstałam z łóżka, ubrałam się i zeszłam do jadalni. Tam już czekali moi piłkarze szykujący mi śniadanie.
- Ooo, wstałaś - uśmiechnął się życzliwie Marco - Szykujemy śniadanie dla ciebie.
- Ejj, ale nie chcecie mnie otruć, nie? – spytałam niepewnie widząc serdeczną minę blondyna
- Niee – odpowiedział przeciągliwie Lewy krążąc oczami po pokoju – A gdzie to się włóczyłaś z naszym Messim, hm?
- Nie jestem małym dzieckiem żeby ci się tłumaczyć, kochany - odparłam siadając na krześle.
- Trudno, Mario mi opowie, no nie skarbie? - popatrzył na kumpla, by upewnić się czy go słucha - Mario... Mario... - dalej nic. Stał zapatrzony w jeden punkt, a był nim parapet.
- Zostaw to mnie - mrugnęłam porozumiewawczo - Borussia pokonała Bayern Monachium w Lidze Mistrzów! - krzyknęłam, a jego nagle olśniło.
- Ej, ty dobra jesteś - rzekł pełen podziwu blondyn - Chodź, śniadanie już czeka.
- Dziękuję, a wy nie zjecie ze mną? - spytałam smutno.
- Niestety, nie. Lewy nas oprowadzi po okolicach. Chcemy się dowiedzieć, czego tu się nauczył w młodszych latach - wyjaśnił marzyciel.
- Uwierzcie mi, lepiej nie wiedzieć - zaśmiałam się dostając kopa od Roberta - Dobra już, będę cicho - szepnęłam.
- To my przyjdziemy około 12.00 - uśmiechnął się Marco całując mnie w czoło na pożegnanie. To samo zrobiła pozostała dwójka. Tak więc zostałam sama. Zjadłam pyszne kanapki i odpaliłam tableta, sądząc, że Mika będzie na fejsie. Ja to mam wyczucie!
Cześć, kochanieem! ;* Jak się żyje? - napisała
Hej, Siemka! A nie narzekam... Chłopaki poszli podziwiać Poznań, a mnie zostawili samą ;cc
Bieduulka! ;D A powiedz mi jak tam z matką?
Ajj, nie pytaj nawet!!
Za późno ;D
Nie jest dobrze, nigdy nie było i nie będzie! Lepiej ty mi opowiedz jak z tym twoim ciacheem? ;)
Ma dziewczynę ;( Łeee , a taki przystojniak, normalnie...
Nie martw się, mała ;* Został ci jeszcze Leitner.
Weź się goń! :D To tylko kumpel, jasne? I nawet nie próbuj mnie z nim zeswatać!
Eii ... ;c Poczekaj ktoś się do mnie dobija ;D
Dobra, to ja lecę. Pa pa, mycho ;* Zadzwonię jeszcze.
Paa <3 Kocham Cię!

Oczywiście to był nikt inny jak Kuba.
- Znowu sama? – zapytał rozglądając się po posiadłości.
- Tak. Dopiero co poszli, wchodź – wpuściłam go do środka – Napijesz się czegoś?
- Nie, dzięki. Wyłączaj tableta i wychodzimy – uśmiechnął się.
- Okey, a mogę wiedzieć gdzie? – spytałam jak zawsze ciekawa.
- Tam, gdzie się spotkaliśmy – wyjaśnił siadając na blacie aneksu kuchennego.
- Minuta. Idę się przebrać – oznajmiłam wybiegając na górę. Domyślałam się gdzie mnie zabierze, więc ubrałam się i wyszliśmy. Cała droga minęła nam na wygłupianiu się i rozmowie o wszystkim i o niczym. Wreszcie doszliśmy na upragnione miejsce, a był nim skatepark. Jak zawsze było tam sporo ludzi: 7 osobowa grupka opierająca się o barierkę, dwójka zakochańców patrzących na siebie i rząd osób siedzących na krawężniku. Na rampie był tylko jeden człowiek. Położyłam deskorolkę na betonie i poczęłam jeździć po barierkach, a następnie na najwyższej rampie. Szło mi całkiem nieźle. Akurat w tym momencie zjawili się Marco, Mario i Robert. Lewy coś im tłumaczył, a oni kompletnie go nie słuchali tylko przypatrywali się moim wyczynom. Po chwili Lewandowski również do nich dołączył. Zręcznie podbiłam deskę butem i wzięłam ją do ręki podążając w ich stronę wraz ze Kubusiem.
- Siemka – przytuliłam ich wszystkich – Idziecie pojeździć?
- Niee – pokręcił głową Marco – Lepiej nie. Nieźle ci idzie.
- Dzięki, ale to jego zasługa – uśmiechnęłam się obejmując ramieniem kumpla.
- Hahah, nigdy nie zapomnę jak zacząłem cię uczyć jeździć. Miałaś chyba wtedy 5 lat. Jak to słodko wyglądało – pocałował mnie w czubek głowy.
- Taa … - rozmarzyłam się lekko – Emm… No to co idziemy gdzieś? Chłopaki, wiecie że jutro rano wyjeżdżamy?
- Już? – zdziwił się Lewy.
- Niestety… Nie możecie opuszczać tyle treningów, a ja chcę jak najszybciej opuścić to miejsce.
- Nie odjeżdżaj, Sztanga – prosił mnie Kuba łapiąc za obie dłonie – Myślałem, że zostaniesz tutaj na zawsze. Przecież ty i tak nie masz tam nic do załatwienia, a ja nie wiem co zrobię bez takiego kogoś jak ty. Tęsknię – uśmiechnął się blado.
- Mi też ciebie brakuje – wyznałam – Ale pomyśl, że ja nie opuszczę chłopaków. Są dla mnie tak samo ważni, a w Dortmundzie mam całą drużynę Borussi i przyjaciółkę, są dla mnie jak kochająca rodzina, której nigdy nie miałam… Muszę wyjechać.
- Nie chcę się z Tobą rozstawać – szepnął tuląc mnie mocno – Obiecaj, że jeszcze się spotkamy.
- Obiecuję – uśmiechnęłam się wtulając się w jego ramiona z zamkniętymi oczami.
- No to może my was zostawimy – odparł sucho Mario – Pójdziemy do Łukasza i jeszcze się spakować.
- Ej czekajcie – krzyknęłam – Pójdę do niego z Wami. Kuba, odwiedzę cię jeszcze wieczorem, ok?
- Jasne, zadzwonię – pomachał mi.
- Lubisz go, nie? – zaczął Robert.
- Bardzo. Jest dla mnie jak brat – uśmiechnęłam się szeroko.
- Albo ktoś więcej – mruknął Goetze tak, aby go koledzy nie słyszeli. Natomiast ja słyszałam, ale postanowiłam nie zaczynać tego tematu. Oczywiście, że Kuba nic dla mnie nie znaczył. To Mario skradł moje serce i chyba nie zamierza mi go oddać. To właśnie ciebie kocham – pomyślałam patrząc na jego twarz.
- Halooo, Nadia! – pomachał mi ręką przed oczyma Marco.
- Y.. No? – spytałam mrugając pospiesznie powiekami.
- Czy ty mnie słuchałaś? – spytał.
- Ja? No pewnie… Y… Nie – uśmiechnęłam się lekko – To już tutaj.
- Właśnie to do ciebie mówiłem – zaśmiał się.
Weszliśmy do domu Łukasza, a on siedział z jakimś kumplem grając w fifę 13. To nie był najgorszy widok.
- Siemka, Teo – krzyknęłam zawieszając mu ręce na szyi.
- Heej, mała – uśmiechnął się – O, cześć chłopaki – powiedział przekręcając się na prawą stronę oraz nerwowo ruszając przyciskami na joysticku.
- Siema- przywitali się po kolei.
- A to jest Marcin – przedstawił kolegę, na co on grzecznie się przywitał.
- Też piłkarz? – spytałam.
- Y, Nie – uśmiechnął się – Trenuję boks, ale jak na razie nie zawodowo.
- Ona też – wtrącił Robert.
- Ty? – zdziwił się Marcin – Nigdy nie widziałem, by dziewczyna lubiła boks.
- Nie tylko… Jeszcze nożną, ping-pong i jazdę na motocyklu… - dodał Reus, na co ja skarciłam go wzrokiem.
- Łał… Ideał – szepnął nowopoznany koleś.
- E tam.. To normalne. Każdy ma swoje hobby, a ja mam akurat takie – uśmiechnęłam się – Jak długo już trenujesz?
- Emm .. Rok – odparł – A ty?
- No ja nie trenuję obecnie – uśmiechnęłam się lekko – Ale gdy miałam 10 lat to trenowałam aż do 16… A później tak jakoś się stało, że ćwiczyłam tylko dla siebie.
- Aha. To zobaczymy jaka jesteś dobra.
- Okey, ale nie ma rękawic – zauważyłam.
- Mam w torbie – uśmiechnął się rozpinając zamek czarnej torby i wręczając mi biało czerwone rękawice bokserskie. Założyłam je i czekałam na przeciwnika. Zaczęła się „walka”, której przypatrywali się wszyscy zgromadzeni w salonie. Niestety, uderzyłam go mocno w łuk brwiowy i krew nieustannie się sączyła.
- Kurde, nic ci nie jest? – spytałam przejęta kucając obok poszkodowanego.
- Nie, nic – odpowiedział przytykając palcem ranę.
- Chodź, stary. Trzeba to odkazić – podał rękę Marcinowi Łukasz – Ale cię urządziła.
Rana nie była aż tak bardzo głęboka, ale trzeba było założyć opatrunek. Porozmawialiśmy do 18.00, aż wreszcie nadszedł czas pożegnania. Kolega Teodorczyka poszedł już wcześniej.
- Łukasz, ja muszę już iść… Nie spotkamy się jutro, ani za tydzień… - zaczęłam przygryzając wargę.
- Ale jak to? – spytał – Nie zostajesz tutaj?
- Nie… Nie opuszczę moich przyjaciół, których mam tam masę – wyznałam – Ale przyjadę za kilka miesięcy. Będzie mi ciebie brakowało, Teo
- Mi ciebie też, skarbie – uśmiechnął się blado i przytulił mnie mocno. Oderwałam się od niego i popatrzyłam głęboko w oczy. Zobaczyłam w nich smutek, a po policzku spłynęła mu samotna łza. Ja również nie pozostałam dłużna… Jak ja nienawidzę pożegnań… Zawsze wtedy się rozklejam i płacze. Chyba każdy tak ma, gdy żegna się z kimś na kim mu bardzo zależy. Po raz kolejny zatopiłam się w jego ramionach, lecz nie na długo. Wypuściłam je szybko i całując go policzek, odsunęłam się. Nasze dłonie się rozłączyły, a ja zniknęłam za drzwiami jego domu. Chłopaki bez problemu pożegnali się z nowym kolegom, Lewemu też nie poszło to trudno. W końcu to facet, nie jest taki wrażliwy jeśli chodzi o tym podobne sytuacje.
- Jeszcze muszę iść do Kuby – przypomniałam sobie – Nie przeżyję tego rozstania…
Niestety, młoda dziewczyna nie wiedziała, że właśnie od tej pory zacznie się prawdziwe piekło… Nie wiedziała czego się jeszcze w życiu dowie i co przykrego ją spotka… Cieszyła się chwilą.
- Będzie dobrze – objął mnie Mario – Pomyśl sobie, że tam, w Dortmundzie czeka na ciebie twoja ukochana przyjaciółka i cała Borussia.
- Tak wiem – uśmiechnęłam się blado – Ale to nie za bardzo pomaga. A czy wy… Idziecie do niego ze mną?
- Nie.. Musisz iść tam sama, mała – zdecydował Marco – Poradzisz sobie. Odprowadzimy Cię tylko.
- Ok. Dzięki.
Chłopaki poszli do mojego domu, a ja przez ten czas gawędziłam z moim przyjacielem. Czułam się jakbym miała go nigdy nie spotkać. Nadeszła 23.00… To już. Nadeszła ta chwila… Chwila rozłąki i pożegnania.
- Kuba, bo widzisz … Ja już jutro rano wyjeżdżam – wyjąkałam ze smutkiem.
- Wiem… Dalej nie może to do mnie dotrzeć – spuścił głowę – Gdy tu przyjechałaś, gdy cię zobaczyłem, byłem wtedy najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Cieszyłem się, że już nigdy nie wyjedziesz, że będziemy spędzać ze sobą każdą wolną minutę...
- Przyjadę tu za kilka miesięcy… - powiedziałam przez łzy – Nie chcę cię opuszczać…
- Ja ciebie też nie – zauważyłam jak momentalnie jego oczy się zaszkliły, lecz nie dał upustu łzą. Robił wszystko, aby żadna z nich nie znalazła się na policzku – Będzie mi ciebie brakowało…
- Żegnaj – wtuliłam się w niego mocno i wybuchnęłam płaczem. Tak, dosłownie. Nie mogłam się powstrzymać myśląc, że spotkam go dopiero za jakieś pół roku… Po 15 minutach wyrwałam się z jego objęć i wybiegłam z posiadłości przyjaciela. Biegłam ulicami Poznania jak małe dziecko. Spłakana, smutna, zszokowana. Przez przypadek wpadłam na jakiegoś chłopaka. Moim oczom ukazała się znana mi twarz. Należała ona do jednego z moich ulubionych raperów: Libera.
- Przepraszam – mówiłam ocierając łzę.
- Nic się nie stało – uśmiechnął się lekko – Wszystko gra?
- Nie… Musiałam się pożegnać z przyjacielem. To jest strasznie trudne – odparłam. Nawet nie wiedziałam dlaczego mówię to właśnie jemu. Przecież to sławna osobowość, co go obchodzi życie jakieś głupiej dziewczyny.
- Wiem jak to jest – westchnął kładąc rękę na moim ramieniu – Daleko mieszkasz?
- Raczej nie powinnam ci tego mówić – stwierdziłam.
- Nie jestem jakimś pedofilem – wyszczerzył się – Jest północ, a w parku dzisiaj nie jest za bezpiecznie. Odprowadzić cię?
- Racja. Jeśli ci to nie sprawia kłopotu…
- No to w drogę.
Szliśmy rozmawiając o swoim życiu. Dowiedziałam się, że nawet spoko z niego facet. Nie jest taki egoistyczny jak inne gwiazdy. Jest po prostu sobą.
- To tutaj – pokazałam na dom – Dzięki, że mnie odprowadziłeś. A... Mogłabym autograf? Chciałabym upamiętnić to, że cię spotkałam, bo zdjęcia raczej nie chcę w takim stanie.
- Jasne – uśmiechnął się podpisując zdjęcie – Proszę. Trzymaj się jakoś.
- Postaram się – przybiłam mu żółwika i rozeszliśmy się każdy w swoją stronę. Tak… Dzisiaj spotkałam mojego ulubionego rapera. Gdyby było to w innym dniu, pękałabym z zachwytu, ale nie teraz, nie w tym momencie. Weszłam po cichu do domu. Kasandra już spała. Nalałam sobie soku i siadając na parapecie popijałam łyk po łyku. Nie brakowało przy tym gorzkich łez… Nie chcę opuszczać Poznania, ale również pragnę wrócić do Niemiec. Tam jest moje nowe życie. Weszłam do mojego pokoju. Widocznie chłopaki jeszcze nie spali.
- Nadia, nie płacz – prosił Robert tuląc mnie mocno.
- Proszę, zostaw mnie – mruknęłam kładąc się na materac. Poduszka była mokra od łez… Ale mimo wszystko zasnęłam o 3.00 rano. Zaraz po smsie od Kuby pt. Jesteś najważniejsza :* Nie zapomnij…
____________________________________________________________________
KOMENTUJESZ - MOTYWUJESZ <3 Tak jakoś spieprzyłam ten rozdział.. :c Nie jestem zadowolona. Dodałam go w szybkim tempie, ponieważ jak wiecie od jutra mnie z Wami nie ma ... Przepraszam jeszcze raz za to, że jest On taki dziwny ... :) Wiem, że najbardziej zauroczyliście się tym 14 ... Ja też <3 No to trzymajcie się miśki :) Do niedzieli ;*

sobota, 29 czerwca 2013

Rozdział 14



Leżałam w łóżku rozmyślając o moim śnie. Kto to mógł być i co chciał mi przekazać? Te pytania ciągle mnie dręczyły, lecz nikt nie mógł mi na nie odpowiedzieć. Do mojego pokoju wpadł Kuba siadając na brzegu posłania.
- Siemka - przywitał się z uśmiechem - Wstawaj! Zabieram Cię gdzieś.
- Już, już wstaję - ziewnęłam - A gdzie?
- Zobaczysz - mrugnął zwalając mnie z łóżka.
- Ałła! To bolało - posmutniałam - Zemszczę się, ty ćwoku!
Po chwili rzuciłam się na niego z pięściami śmiejąc się do rozpuku. Akurat wtedy weszła moja kochana trójka.
- Ojj, chyba przeszkodziliśmy - zaśmiał się speszony Marco widząc mnie i bruneta walających się na podłodze.
- Nie, skąd - uśmiechnęłam się wstając - Co was tu kieruje? Łukasz chciał odpocząć?
- Nie byliśmy u niego - wystawił mi język Lewy.
- Wow, postępy robisz! To gdzie się włóczyliście?
- Tu i tam - powiedział blondyn wodząc wzrokiem dokoła.
Widząc, że niczego się nie dowiem nie zadawałam kolejnych pytań. Wyszliśmy na dwór idąc wąskimi uliczkami.
- Ej, ziom gdzie ty nas prowadzisz? - spytałam widząc, że wierni fani Lecha pozostawili po sobie ślady na murach.
- Tam, gdzie spędzałaś całe dnie - uśmiechnął się.
- Boisko...? Skatepark...? - zgadywałam.
- Zobaczysz.
Po dziesięciu minutach znalazłam się na wielkiej sali. Tak, teraz poznaję! To właśnie tutaj miałam treningi z boksu. Pierwsze chwyty, walki i siniaki... Hm... Weszłam na ring ubierając rękawice i natarczywie oraz ze skupieniem bić w worek treningowy. Następnie przypadło mi walczyć z Robertem. Oczywiście, pokonałam go po 15 minutach.
- Ojj, Lewus. Dziewczyna Cię pokonała - drwił z kumpla Mario.
- Ciebie też by pokonała - zaśmiał się Marco, przygasając bruneta.
- Weźcie już się uciszcie! To laska, fory jej dawałem - tłumaczył się Lewandowski.
- Jasne, jasne - mruknęłam podpierając boczki - Ty zawsze mi dajesz fory, tak?
- No a jak! - bronił się - Pamiętasz, gdy jeździliśmy na rowerach i wtedy wygrałaś w wyścigu, albo jak huśtaliśmy się na hamaku i...
- ... i ty spadłeś i złamałeś rękę? Taak, pamiętam - uśmiechnęłam się szyderczo - Aj, Robert, te czasy. Byliśmy wtedy tacy głupi.
- I nic się nie zmieniliście - skwitował Mario za co dostał z pół obrotu w głowę.
- Ej, za co? - sprzeciwił się.
- No niech pomyślę ... Za wszystko - wytknęłam język i zaczęliśmy się bić. Spędziliśmy dosłownie 3 godziny. Już nadchodziła 18.00, tak więc wróciliśmy na kilka minut do domu. Zjedliśmy przygotowane przeze mnie omlety, po czym rzuciliśmy się na łóżko. Tak, cała czwórka, na dwuosobowe łóżko. Lepiej nie opisywać jak to wyglądało. Trzeba wyszczególnić, że tym razem to Marco leżał na Robercie. Pękałam ze śmiechu patrząc na ich wygłupy. Dziwię się, że nie zachęcili ich do występowania w kabarecie. To by było coś!
- To jak? Idziemy gdzieś? - spytałam wstając pełna energii.
- Ooo, nie! - jęknął Lewy - Ja zostaję!
- Ja też - poparł go blondyn - A ty Goetze?
- A ja pójdę - uśmiechnął się - Narka! Tylko nie róbcie nic nieprzyzwoitego - mrugnął zamykając drzwi. Każdy się domyśla o co chodziło naszemu "Niemieckiemu Messiemu".
Szliśmy tak w ciszy spoglądając kątem oka na siebie. Trochę niezręcznie czułam się w tej sytuacji, ale nie mogłam nic poradzić.
- To gdzie masz zamiar iść? – spytał cicho.
- Na razie przed siebie – pokazałam ręką – Też cię ciekawi co robi ta dwójka?
- Tak, ale wolę już nie myśleć – uśmiechnął się cwaniacko. Jemu tylko jedno w głowie.
- Na jak długo tu jesteśmy?
- Nie wiem. Może po jutrze już pojedziemy. Nic tu po mnie – spuściłam głowę – Zastanawiam się czy tutaj w ogóle wracać…
- Opuścisz Łukasza, Kubę, tatę? – spytał niepewnie.
Wiedziałam, że padnie takie pytanie.
- Kiedyś nastąpi taki dzień, kiedy się z nimi rozstanę. Może to będzie dla mnie trudne, ale trzeba żyć dalej. Przecież wiesz, że ja, ty, Marco i Robert też nie będziemy na zawsze ze sobą. Rozejdziecie się do innych klubów, przeprowadzicie i… stracę was – czułam, że chce mi się płakać. Musiałam się powstrzymać.
- Nadia, co ty wygadujesz – objął mnie ramieniem lekko potrząsając – Zawsze będziemy się trzymać razem. Możliwe, że nie tak często ale…
- Właśnie, Mario. Nie będziemy spotykać się przez kilka dni, tygodni, miesięcy, a później? Później całkiem urwie nam się kontakt i to wszystko pójdzie w zapomnienie…
- Ja nigdy cię nie zapomnę – uśmiechnął się lekko.
Według mnie to było słodkie. Faktycznie, jestem trochę zauroczona w tym chłopaku… Mogłabym powiedzieć, że nawet więcej niż trochę. Nie chciałam dopuścić do siebie myśli o tym, że kiedyś nie będę go widywała… To jest niemożliwe!
- Zmieńmy temat – zdecydował widząc moją minę – Twój kumpel tam jest – zauważył.
- Heej – uśmiechnął się szeroko Teo obejmując mnie – Gdzie to się włóczycie, hmm?
- Hej, Łukasz! Tak chodzimy… A ty? – spytałam patrząc w jego oczy.
- Na trening pędzę – wyjaśnił – Pójdziecie ze mną?
- Ok – kiwnęliśmy głowami – Dawno nie widziałam chłopaków z Lecha
- Taa, im też ciebie brakuje – uśmiechnął się – Uważaj, na pewno będą się rzucać.
- Ciekawa jestem czy w ogóle mnie pamiętają – zaśmiałam się.
- Ciebie się nie da zapomnieć – parsknął Teo – To jak przeskakiwałaś przez bramy by być na naszym treningu, jak goniłaś chłopaków długie godziny, jak wlałaś ketchup do butów Kuby, jak…
- Tak wiem, wiem, nie musisz mi tego wypominać. Dużo rozrabiałam – uspokoiłam go.
Śmialiśmy się tak całą drogę, podstawiając nogi i popychając się. W końcu dotarliśmy na stadion, na którym właśnie miał się odbywać trening. O dziwo nikogo jeszcze nie było! Czyżby Łukasz przyszedł przed czasem? Wow, ten człowiek się zmienia.
- Jak widać jesteśmy sami – spostrzegł Mario rozglądając się po pomieszczeniach.
- Chłopaki zaraz przyjdą – upewnił go Teo – Zawsze się spóźniają.
- Skąd ja to znam – uśmiechnął się mój towarzysz.
- Ej chłopaki, to może ja polecę do sklepiku, póki ich nie ma – wtrąciłam – Dalej ten sam?
- Dalej – poczochrał mi włosy blondyn, a ja pobiegłam tam, gdzie chciałam. Wracając z tymbarkiem spotkałam już wszystkich na murawie, a Mario siedział na trybunach. Teodorczyk zna tych chłopaków jak własną kieszeń! Nawet bardziej. Widząc moją postać, rzucili się na mnie z całusami i uściskami, jakbyśmy się wieki nie widzieli. Właśnie tak się wtedy czułam. Rozmawialiśmy do wieczora o wszystkim i o niczym. Całą grupką mnie odprowadzili i wrócili do swych domów, ponieważ była już 24.00. Nie miałam ochoty wracać do posiadłości, więc wpadłam na pomysł by przejść się nad staw.
- Miałaś kiedyś tak, że kochałaś osobę, ale nie byłaś pewna czy czuje to samo? – spytał nagle Goetze siadając na trawie.
- Mam tak – uśmiechnęłam się lekko. Oj, Mario, gdybyś wiedział co ja do ciebie czuję.
- To nie jest takie łatwe, wiem – dotknęłam delikatnie jego dłoni.
- Jak sprawdzić, czy ona też cię kocha? – spytał zamyślony ściskając bardziej moją rękę z uśmiechem.
- Gdybym wiedziała jak to zrobić, dawno już tonęłabym w ramionach ukochanego – wyznałam smutno.
Przez kilka godzin siedzieliśmy tak trzymając się za ręce.
- Wracajmy już. Zmęczona jestem - poprosiłam.
- To chodź - pomógł mi wstać. Szliśmy przez ponure ulice, przy których znajdowały się stare kamienice i nieprzyjemne tunele. Odruchowo chwyciłam Mario za rękę, lecz szybko ją cofnęłam. On jednak dał mi tą pewność i splótł nasze palce u dłoni. Teraz czułam się o wiele pewniejsza i mogłam z nim iść na koniec świata, a nawet dalej, jeśli to możliwe. Nie spostrzegłam kiedy byliśmy już pod moim domem. Wchodząc do pokoju zauważyłam, że Marco i Robert słodko śpią. Postanowiłam ich nie budzić, ale się nie powstrzymałam i musiałam pocałować ich w policzek. Nie wiadomo dlaczego nadal trzymałam dłoń Goetzego.
- Sorry - szepnęłam.
- Spoko, fajnie było dzisiaj, co? - spytał, gdy wychodziliśmy na korytarz.
- Bardzo. Idź się umyj, ale się pospiesz - poklepałam go po plecach.
Po 15 minutach wrócił z wielkim uśmiechem.
- Co ty robiłeś w tej łazience co taki uśmiechnięty? - spytałam.
- Nic - odparł znikając za drzwiami mojej sypialni.
Poszłam sprawdzić z czego piłkarz ma taką radochę. No tak, umył się moim malinowym płynem do kąpieli. Ja go chyba zabiję! Mimo wszystko się roześmiałam. I tak jest słodki - pomyślałam. Weszłam pod prysznic, a po 30 minutach znalazłam się również w pokoju.
- Mario, śpisz? - spytałam, lecz nie otrzymałam odpowiedzi. Podeszłam do łóżka na którym spał wraz z blondynem. Mina Reusa wywołała u mnie niepohamowany śmiech, na szczęście nikogo nim nie obudziłam. Podeszłam bliżej bruneta i szepnęłam:
- Dziękuję - po czym pocałowałam go w policzek.
- Słodka jesteś - zamruczał, a ja uderzyłam go poduszką. Nie miałam siły dalej się z nim droczyć. Każde z nas śpiąc, miało uśmiech na ustach.

niedziela, 23 czerwca 2013

Rozdział 13

Nazajutrz była piękna pogoda. Zaraz po moim przebudzeniu pierwsze co rzuciło mi się w oczy to piękna tęcza na niebie i wyraziste słońce. Wstałam z łóżka i zrobiłam poranną gimnastykę. Poczłapałam do łazienki by się umyć, ubrać w luźną bluzkę na ramiączkach i spodenki jeansowe. Zeszłam na dół, ale ku moim zaskoczeniu chłopaków nie było. Jedynie co zastałam to kartkę na stoliku:
"Poszliśmy do Łukasza. Nie chciałem Cię budzić, bo tak słodko ci się spało. Powinniśmy dzisiaj wrócić. To do zobaczenia ;D Lewy"
Byłam trochę zdenerwowana, że mnie nie zbudzili. Chętnie odwiedziłabym mojego kolegę, ale z drugiej strony będę miała więcej czasu dla siebie. Najpierw weszłam na fejsa z nadzieją, że Mika będzie dostępna. Tak też było.
Siemkaa, pyszczku ;D - napisała.
Elo :) Jak się żyje? Tęsknię za tobą, debilu ;*
A myślisz, że ja nie? ;( A spoko. Poznałam w Hannoverze takiego przystojniaka, że szook! :*
Pieprzysz! A co ty tam robiłaś? ;o
Postanowiłam pozwiedzać trochę... ;) No wiesz. A z resztą Leitner coś mi mówił o tym miejscu.
Ajajajjj , Leitner ;D Pamiętam jak nie odrywaliście wzroku od siebie. Mmmm... Romantico;*
Weź, wyjdź, mała ;D ;* To tylko kumpel...
Jasne, jasne ;) No to opowiedz mi o tym rzekomym przystojniaku ;D
Eeee ... Ciekawa jesteś! :P Przecież ty masz twojego Mario :3
Ekhm... MOJEGO?! Hello, nie jesteśmy ze sobą!
Dusiek, mnie nie okłamiesz :D Widzę, że jest między wami coś więcej niż przyjaźń, ale boicie się sobie tego wyjaśnić! :)
O, nie, nie! Tu się grubo mylisz, kochana;* Ja się nie boję. Po prostu nie chcę robić tego pierwszego kroku. Przecież to on jest facetem. Nie to nie! Niech wie, że mnie nie tak łatwo zdobyć :)
Mmmm... Podoba mi się twój tok myślenia;D Co porabiasz?
Obecnie... Siedzę ;P Wybieram się do skateparku:* Dawno tam nie byłam... No i oczywiście później do Kuby. Kurde, nawet nie wiesz jak tęsknię za tym człowieczkiem!
Domyślam się ;* No to ja spadam, bo dzisiaj wieczór mam odlot! ;) Oczywiście do Dortmundu ;D Mam zamiar jeszcze pozwiedzać...
Yhym, pozwiedzać... :D No, narka bejbe ;*
Haahaah, Bye :D
Zamknęłam laptop i poszłam do swojego pokoju. Wyciągnęłam spod łóżka deskorolkę na której nauczyłam się jeździć. Ach, te czasy... Zapomniałam już jak się idzie do tego parku, więc postanowiłam zapytać jednego z przechodniów. Kierując się drogą pokazaną przez miłego staruszka znalazłam się na krawężniku. Zawsze siedziałam tutaj aż do wieczora z moim przyjacielem. Przypatrywałam się chłopakom na rampie, aż nagle ktoś dotknął mojego ramienia. Odwróciłam głowę, a moim oczom ukazała się wysoka postać z rozpromienioną opaloną twarzą, czarnymi oczami i włosami, z białą bluzką z krótkim rękawem, jeansami z metalowym łańcuszkiem. Tak, to był ten sam człowiek za którym tak bardzo tęskniłam...
- Ymm, mógłbym się dosiąść? - spytał niepewnie - Jestem Kuba, a ty?
- Nie, nie możesz - uśmiechnęłam się szeroko - To ja, Nadia
- Sztanga! (taki był mój pseudonim szkolny) - przytulił mnie mocno - Jak ja za tobą tęskniłem!
- A myślisz, że ja nie? - zaśmiałam się pełna radości - Nic się nie zmieniłeś.
- Odkąd tu jesteś? - spytał uwalniając mnie z uścisku
- Od wczoraj. Przyjechałam z Lewym i Gotzeusem - uśmiechnęłam się lekko - Postanowiłam tu przyjść, a później pokierować się w stronę twojego domu.
- Nawet nie wiesz jak się cieszę, że cię widzę - pocałował mnie w czoło - Chodź, idziemy na rampę.
Spędziliśmy ze sobą prawie cały dzień jeżdżąc na desce, rozmawiając o wszystkim i o niczym, żartując i wygłupiając się. Tak bardzo mi tego brakowało. Oczywiście, pomyślisz sobie, że mam przecież tą trójkę, a im też nieźle odbija. Dla mnie to nie to samo. Kuba jest całkiem inny... Z pozoru taki sam, nawet sama nie wiem czym się różni. Zbliżał się już wieczór. Ubrałam jego ciepłą bluzę i wolnym krokiem gawędząc podążyliśmy w stronę mojego domu.
- Spotkamy się jeszcze jutro? - spytał patrząc na mnie ze słodkim uśmieszkiem.
- Oczywiście - pocałowałam go w policzek oddając bluzę - Dziękuję...
- Za co? - zdziwił się.
- Za to, że po prostu jesteś... Kocham Cię, ziom - uśmiechnęłam się i zatopiłam w jego ramionach. Wypuścił mnie z objęć i czochrając włosy odszedł. Patrzyłam na tą sytuację, modląc się w duchu by nie odszedł na zawsze... Weszłam do domu, a tam oczywiście zostałam przywitana bardzo serdecznie.
- Gdzieś ty się podziewała? - wydzierała się w niebogłosy moja "matka".
- Naprawdę, interesuje cię to? - popatrzyłam z wyrzutem na jej twarz.
- Czemu się tak do mnie odnosisz? - spytała nieco łagodniej.
- Bo nie potrafię inaczej - odpowiedziałam, nie wiedząc czemu brzmiało to jak pytanie. Nie słuchając co ma mi do powiedzenia wzięłam tymbarki i poszłam do swojego pokoju. Zastałam tam swoich kumpli, siedzących na parapecie okna. Siadłam na dywanie pod drugim oknem i wpatrywałam się w strugi deszczu. Akurat zaczęło padać. Położyłam napoje na stoliku.
- Nadia, dlaczego nie powiedziałaś że już przyszłaś? - spytali dostrzegając mnie po 5 minutach.
- Co, też będziecie robić mi wyrzuty jak ona? - krzyknęłam. Nie panowałam nad sobą. Nie teraz...
- Uspokój się - usiadł obok mnie Mario - Widocznie los postawił ci na drodze takiego człowieka, ponieważ dzięki temu będziesz silniejsza..
Nic nie odpowiedziałam tylko z łzą w oku oparłam się o jego ramię.
- Tak bardzo chciałabym mieć taką kochaną matkę jak inni - wydusiłam z siebie ocierając łzę.
- Nie martw się. Ona nie jest warta twojej miłości - pogłaskał mnie po głowie Marco i również mocno przytulił.
- Chłopaki mają rację. Może ona nie przepada za tobą, ale masz nas... Zawsze będziemy przy tobie - uśmiechnął się Robert, powtarzając czynność po Reusie.
Tkwiliśmy w takim uścisku dopóki nie usłyszałam otwierających się drzwi.
- Nadia ... - usłyszałam ochrypły głos. Należał on do mojego taty. Chłopcy usiedli bez ruchu patrząc na postać w drzwiach. Wstałam tylko z miejsca, nie podbiegając do niego i nie rzucając mu się w ramiona. Musiałam być twarda, pomimo że pragnęłam to zrobić.
- Nie przywitasz się z ojcem? - spytał cicho.
- Oczekujesz, że wtulę się w twoje ramiona po tym jak o mnie zapomniałeś? Przez prawie rok nie zadzwoniłeś do mnie, nie wysłałeś głupiego smsa... Nic... Nawet na urodziny. Wiesz jak to rani? Tato, czy ja tak dużo oczekuję? - spytałam. Czułam jak moje serce z każdym głosem pęka na kawałki.
- Przepraszam... Wyjaśnię ci to, ale na osobności - zerknął na moich kumpli. Poszłam w ich stronę i rzekłam:
- Ja pójdę dowiedzieć się czegoś więcej. Za chwilę wam pościelę łóżka, ok?
- Jasne. Trzymaj się - przybili mi po kolei żółwika. Podążyłam więc razem z tatą do jego sypialni, ponieważ w salonie siedziała Kasandra. Znając ją przekonałaby tatę czułymi słówkami, by tylko się mnie pozbyć. Siadłam na skraju łóżka i przypatrywałam się ojcu.
- Przez te miesiące nie dzwoniłem do ciebie, bo po pierwsze Kasandra mi zabroniła, a po drugie...
- A ty jak zwykle jej słuchasz - przerwałam mu - Tato, ty jesteś osobą dorosłą, nie powinieneś słuchać kogoś takiego jak ona, tylko sam decydować o swoim życiu. Faktycznie jesteście małżeństwem, ale tylko na papierach. Widzę, że nie jesteś z nią szczęśliwy. Kiedy ostatnio wyszliście razem? Kiedy w ogóle spędzaliście czas sam na sam, nie w domu? To nie jest związek dwóch osób, które wskoczyłyby za sobą w ogień. To jest jakiś koszmar, tato, czy ty tego nie widzisz?!
- To nie jest takie proste. Posłuchaj, kochanie - położył dłoń na moim ramieniu - Sam już nie wiem czy kocham dalej twoją matkę. Czasami jest taka miła dla mnie, ale nie mogę patrzeć na to, jak cię traktuje. To jest nie do zniesienia. Dlatego do ciebie nie dzwoniłem. Nie chciałem przypominać ci o domu i o tych przykrościach jakie tu przeżyłaś. Uwierz mi, nie było łatwo... Z dnia na dzień brakowało mi twojego poczucia humoru, porad... Przepraszam.
- Teraz cię rozumiem - uśmiechnęłam się lekko - Ale tato, dlaczego ty stoisz z boku? Dlaczego mnie nie bronisz przed nią?
- Bo ja... ja nie mogę... - wydusił spuszczając głowę.
- Jak to... Nie możesz? - zdziwiłam się - Wytłumaczysz mi o co tu w ogóle chodzi?!
- Jeszcze nie teraz. Obiecuję, że kiedyś powiem ci dlaczego ona się tak zachowuje - uśmiechnął się - Mamy chwilę dla siebie, tak więc opowiadaj co tam u ciebie słychać. Kim są ci chłopcy z którymi przyjechałaś? Znam ich, chyba na meczach nie raz widziałem tych facetów.
- To są piłkarze, a zarazem najlepsi przyjaciele. Nie licząc oczywiście Kuby. Tak bardzo mi go brakuje. Mimo to, że teraz jestem blisko niego czuję jakąś pustkę... Ja... Ja nie potrafię tego określić. Czuję jakbym traciła coś co było jedno na całe życie, coś bardzo ważnego... Jak bym bez tego po prostu nie istniała... Jestem taka pusta i bezradna... Sama już nie wiem - odpowiedziałam zrezygnowana.
- Córeczko... Jeśli mam być z tobą szczery... Wydaje mi się, że to miłość. Żywisz do niego coś więcej niż tylko przyjaźń... Stał się cząstką twojego życia.
- Nie, no co ty! Przecież ja go nie kocham, tato... Wiesz, że jest dla mnie jak brat.
- Jak uważasz... Powiem ci tylko jedno: Miłości nie oszukasz... - pocałował mnie w policzek i wyszedł.
Ciągle rozważałam jego słowa, aż wreszcie przypomniałam sobie, że zostawiłam Marco, Mario i Roberta w moim pokoju. Weszłam do pomieszczenia, jak zawsze nie zważając na to czy już śpią.
- Będę spała na materacu - oznajmiłam - Moje łóżko jest duże, więc dwie osoby się na nim zmieszczą.
- Ja będę tą jedną - podniósł rękę Mario.
- Na to wygląda, że będziesz spał z Marco - uśmiechnęłam się... Starałam się,by ten uśmiech nie wyglądał sztucznie.
- Nieee .. - jęknęli.
- Lewy ty będziesz też na materacu, ok? - spytałam - Zaraz ci przyniosę.
- No spoko.
Pościeliłam im łóżko, a mi i Robertowi materace. Była już 2.02. Ja dalej nie mogłam spać. Siadłam na dywanie i oparta o okno rozmyślałam o tym wszystkim. W tym samym momencie dostałam smsa.
"Też nie możesz spać??" Jak się domyślacie był on od Kuby.
"Skąd wiesz?"
"Domyślam się:) Chłopaki śpią?"
"Jak zabici. Co porabiasz?"
"Siedzę przy oknie, oglądam gwiazdy..."
"Ja też... Rozmyślam nad tym wszystkim... Nie ogarniam już nic..."
"Taa... To wszystko jest takie trudne. Ale ja nie myślę o tym wszystkim, myślę o Tobie;*"
":)..."
"Robisz to samo, tak?:D"
"Nikt mnie nie zna tak dobrze, jak ty;*... Przepraszam, ale nie chce mi się pisać. Mam ochotę pobyć sama. Nie miej mi tego za złe... Obiecuję, że jutro się spotkamy".
"Spoko, rozumiem. Jakby co, to dzwoń... Trzymaj się, mała <3"
„Na razie. Dziękuję Ci za wszystko. To do jutra?”
„Do jutra;D”
Uśmiechnęłam się lekko do ekranu. Niestety, po chwili zamieniło się to w łzy. Łzy bólu… Tak pragnę przytulić moją matkę, porozmawiać z nią sam na sam, o pierwszej miłości, o tym jak mi się wiedzie w życiu. Tato to nie to samo…
- Nadia – szepnął Robert siadając na materacu – Czemu nie śpisz?
- Nie dam rady… - popatrzyłam na niego.
- Wszystko w porządku? – spytał troskliwie siadając obok mnie.
- Nie – ucięłam krótko – Opowiedz mi o swoim życiu…
- Moje życie nie było aż takie jak twoje. Miałem dobre relacje z matką, a z tatą? W ogóle się prawie nie widywałem. Rzadko był w domu… Brakowało mi tego – wyznał spuszczając głowę.
- Teraz wiesz co czuję…
- Nie płacz już, kochana – przytulił mnie – Masz mnie i tą dwójkę. Za wszelką cenę postaramy się, żebyś była szczęśliwa. Będziemy twoją rodziną.
- Obiecujesz?
- Obiecuję. A teraz kładź się spać – poklepał mnie po ramieniu.
Jak kazał tak zrobiłam, ale nie zamknęłam oczu. Leżałam tak aż do rana czekając jak chłopcy się zbudzą. Wstałam więc z materaca i podeszłam do łóżka na którym spał Mario i Marco. Pocałowałam w policzek tą dwójkę i miałam zamiar wyjść zrobić im śniadanie, lecz Reus mi w tym przeszkodził pociągając mnie na łóżko.
- Gdzie idziesz? – spytał.
- Daleko! Aż na dół – zaśmiałam się – Idę zrobić śniadanie tym śpiochom.
- Tak wcześnie? – zdziwił się.
- Nie spałam w ogóle… Idziesz ze mną?
- Jasne – uśmiechnął się.
Wstaliśmy z łóżka i podążyliśmy do kuchni. Nigdy nie pomyślałabym, że robienie kanapek może być taką frajdą. Położyłam na wielką tacę 3 kubki soku, talerz kanapek z nutellą oraz jabłka.
- Marco nie zaczepiaj mnie, bo zwalę to wszystko – odparłam, idąc po schodach.
- Dobra, już dobra – zaśmiał się, a weszłam ja po cichu do pokoju. Natomiast on zrobił to z takim hukiem, że umarłego by wskrzesił.
- Głośniej się nie da? – spytał zaspany Lewy.
- Sory, ale to on – pokazałam na uśmiechniętego blondyna – Mario nawet nie drgnął.
- Chętnie go obudzę – wtrącił Reus.
Podszedł do kolegi i delikatnie szepnął do ucha:
- Kochanie… Wstawaj kur*wa – ostatnie dwa słowa wykrzyczał tak głośno, że śpioch wstał jak tylko umiał z łóżka.
- Marco, ty deklu! – uderzył go z buta.
- Nadia mi kazała cię zbudzić – bronił się.
- Ale nie w taki sposób – dodał Robert.
- Dobra! Zrobiłam wam śniadanie razem z Marco – uśmiechnęłam się kładąc tacę na małym stoliczku.
- Kochana jesteś – pocałowali mnie w policzek.
Zjedliśmy posiłek i po kolei udaliśmy się do łazienki. Następnie wszyscy już ubrani zeszliśmy na dół. Oczywiście, tam jak zwykle zastałam moją matkę. Niestety, będę musiała przez najbliższe 3 dni przyzwyczaić się do tego widoku. Rzuciliśmy się na kanapę i poczęliśmy oglądać horror, nie zwracając uwagi na inne osoby. Po dwugodzinnym seansie zabraliśmy się za sprzątanie pokoju, który był cały w popcornie.
- Matko, tornado tu było? – spytał tata śmiejąc się.
- Można tak powiedzieć – uśmiechnęłam się całując go w policzek – Jak ci się spało?
- Wspaniale. Masz na dzisiaj jakieś plany? – spytał, na co ja popatrzyłam na chłopaków. Ich miny mówiły same za siebie.
- Nie, nie mam – odparłam – Chciałabym spędzić ten czas z Tobą. Co ty na to?
- Miałem mówić to samo. To jak, może boisko? – spytał z uśmiechem.
- Jak ty mnie znasz – przybiłam mu żółwika.
- A mnie zostawisz samą, kociaku? – wtrąciła smutnym głosem Kasandra.
- Posłuchaj mnie, kochanie. Nadia przyjeżdża tu tylko raz na kilka miesięcy. To moja córka i kocham ją najbardziej na świecie. Stęskniłem się, zrozum mnie – tłumaczył się niczym małe dziecko. Aż mi się go żal zrobiło… Biedny…
- No dobra, ale wracaj szybko – krzyknęła – Najlepiej bez niej – dodała szeptem.
Podeszłam do niej szybkim krokiem i wygarnęłam ściszonym tonem kilka spraw:
- Posłuchaj mnie, może i jesteś moją matką, ale nie pozwolę ci tak do mnie mówić. Też mam swoje prawa i granice cierpliwości. Jeśli cokolwiek zrobisz mnie lub moim przyjaciołom nie ręczę za siebie, obiecuję. Uwierz mi, chciałabym mieć taką mamę jak mają inne dzieci. Kochającą, będącą dla ciebie niczym przyjaciółka. Ale, niestety, ja takiego daru nie otrzymałam. Nie raz tego żałuję. No, ale cóż poradzić, takie jest życie. Postaram się z wszystkich sił zapomnieć o Tobie, bo przeszłości nie wymarzę, jeśli nawet tak bardzo bym tego pragnęła. Nigdy nie będę cię kochała tak mocno jak tatę. Nie zasługujesz na to.
Ulżyło mi na sercu, gdy wypowiedziałam to wszystko. Niech wie, że ze mną tak łatwo jej nie pójdzie. Oj nie! Ja to nie ojciec, biegnący do niej na każde zawołanie. Tak więc chłopaki poszli na miasto, a ja razem z tatą w stronę boiska.
- Tęskniłam za tym miejscem – uśmiechnęłam się lekko wspominając te czasy, gdy ganiałam za piłką wraz z Teo. Byliśmy wtedy tacy mali, niewiedzący o życiu, nieprzejmujący się jutrem. Jak to wszystko się zmienia…
Wybiegliśmy na boisko. Rozegraliśmy kilka zaciętych meczy. Tata czuł się wtedy tak swobodnie… Nie mogę tego opisać. W każdym bądź razie całkiem inaczej niż przy tej kobiecie. Wróciliśmy do domu zmęczeni. Wzięłam prysznic i postanowiłam zrobić sobie drzemkę. W śnie mijałam ciemne korytarze jakiegoś labiryntu, dokoła słyszałam złowieszczy śmiech lub szepty. Po chwili przede mną stanęła postać we mgle. Długie włosy opadające kaskadą aż do pasa, oraz nieskazitelnie biała tunika. Była taka promienna… Mówiła do mnie, że zawsze będzie przy mnie, chciała powiedzieć coś jeszcze, coś bardzo ważnego lecz zniknęła…

 ________________________________________________________________________________
Mamy 13 !! Trochę późno, ale to od Was zależało. Zaraz po roku szkolnym mnie nie będzie przez tydzień. W każdym razie do 7 lub 8 lipca, więc nie będę dodawała regularnie rozdziałów. Ten trochę i się nie udał... Ale krytykę pozostawiam Wam.

niedziela, 16 czerwca 2013

Rozdział 12


Wstałam o 7.00 rano. Napisałam smsa do Marco, Mario i Roberta, by przypomnieć im o wyjeździe. Tylko Lewy odpisał. Reszta pewnie była pogrążona w śnie, a w szczególności Goetze. Zwlokłam się do jadalni, zjadłam gofra i poszłam się ubrać. Postanowiłam założyć brązowe rurki z czarnym paskiem, do tego czarną bluzkę z krótkim rękawem, czerwone Converse oraz czerwoną marynarkę. Włosy upięłam w koka i nałożyłam delikatny makijaż. O 8.00 byłam już gotowa. Zapakowałam tylko mp4 i wyszłam z torbą zamykając drzwi. Moim kierunkiem był dom Mario. Stanęłam przed drzwiami i nacisnęłam na dzwonek. Otworzył mi zaspany gospodarz.
- Siemka, śpiochu - przywitałam się - Gotowy?
- Żartujesz? Jeszcze się nie spakowałem - ziewnął i wpuścił mnie do środka.
- A co wczoraj robiłeś?! - wrzasnęłam.
- Emm... No ... Grałem w fife z Felixem - uśmiechnął się.
- Ubierz się i umyj. Spakuję Ci rzeczy - odpowiedziałam zrezygnowana.
- Kochana jesteś - ucałował mnie w policzek i udał się po schodach do łazienki.
Poszłam do jego garderoby. Otworzyłam szafę i spakowałam ubrania według mojego gustu. Jak na chłopaka nieźle się ubierał. Zajęło mi to pół godziny, a mój kumpel dalej nie wyszedł z łazienki.
- Mario?! Ile tam można siedzieć? - krzyknęłam pukając co raz mocniej w drzwi.
- Zaraz wyjdę - oznajmił.
- Taa .. Jasne - westchnęłam i udałam się do jego pokoju. Położyłam się na wygodnym łóżku i czekając na niego pisałam smsy z Teo oraz Kubusiem. Rozmyślałam jak uniknąć spotkania z matką. Niestety, to niemożliwe. Przecież tata z nią mieszka. Dziwię się, że wytrzymuje z taką kobietą jaką jest Kasandra.
- Nie za wygodnie ci? - zaśmiał się wchodząc do pokoju.
- Teraz nie dziwię się dlaczego tak długo śpisz - uśmiechnęłam się wstając - Weź swoją torbę. Spakowałam tylko ubrania.
- Dziękuję. Jesteś najlepszą dziewczyną jaką znam - posłał mi buziaka.
- Nie podlizuj się tak - popchnęłam go delikatnie - Ruszaj się!
Zbiegliśmy po schodach. Mario wziął jeszcze jakieś drobiazgi i pojechaliśmy samochodem w stronę domów pozostałej dwójki. Oczywiście, jak zawsze siedziałam z tyłu. Miejsce pasażera zamówił sobie Lewy. Marco już czekał z walizką przed domem. Wsiadł na tylne siedzenia obok mnie, a Robert obok Mario. Lewy miał więcej ubrań niż ja, kiedy jechałam na dwutygodniowe wakacje. Prawie godzinę się z niego nabijaliśmy. W połowie drogi to Robert zasiadł za kierownicę, a Goetze odwrócił się przodem do nas i ciągle się przyglądał jak dokuczam blondynowi.
- Jezu, co się tam dzieje? - spytał patrząc w lusterko i szeroko się do mnie uśmiechając na co ja pokazałam mu język.
- Nadia mnie gwałci! - krzyknął Reus.
- Co?! Nie, ja, nie! To on - pokazałam palcem - Prawda Mario?
Zapadła cisza.
- Prawda? - pytałam natarczywie.
- Yyy ... - uśmiechnął się złowieszczo Goetze.
- Cioooty - krzyknęłam na nich i odwróciłam się przodem do szyby udając focha.
- Naduuś, nie fochaj się - prosił Marco kładąc głowę na moim ramieniu.
- Odsuń się! - mruknęłam. W tym momencie Mario przeszedł do tyłu zahaczając nogą o siedzenie. Wylądował na kolanach blondyna.
- Ty lepiej leć na dziewczyny, a nie na takiego brzydala - zaśmiał się Lewy.
- Ejj, ja przystojny jestem - sprzeciwił się.
- Yhym.. Bardzo - skrzywiłam się.
- Naduś, Nadusiu, Dusia nie fochaj się na naas - prosił Mario łapiąc mnie w talii.
Pod nosem się lekko uśmiechałam. Dyskretnie, by brunet tego nie zauważył.
- Ja już dawno się na was nie focham - zaśmiałam się.
- Paczaj, jaki deeebil! - zaczął mnie bić Goetze.
Około 7.00 rano byliśmy już na miejscu. Postanowiliśmy się zatrzymać w hotelu, a dopiero wtedy gdy się wyśpimy pojechać do "mojego domu". Zasnęliśmy nawet się nie przebierając.
Obudziłam się o 10.00. Nie mogłam doczekać się spotkania z moimi ziomkami. Chłopaki spali jak zabici. Nie budziłam ich tylko poszłam do restauracji coś zjeść, następnie odwiedziłam pobliski park. Po 2 godzinach wróciłam z powrotem zastając ich w bokserkach.
- Emm.. Może byście się ubrali? - spytałam śmiejąc się.
- A co nie podoba ci się? - oburzył się Mario.
- No wiesz, nie przyzwyczaiłam się do takich widoków - rzuciłam i wyszłam do łazienki.
Wszyscy ubrali się tak jak ja: białą bluzkę z krótkim rękawem z napisami na to czarną bluzę rozpinaną, czerwone rurki oraz czarne trampki. Oddaliśmy klucze do recepcji i podążyliśmy do rodzinnego domu, którego obecnie nie można tak nazwać.
W progu ukazała się wysoka, smukła postać z dużą ilością pudru. Właśnie ona nazywała się moją matką.
- Co ty tu robisz? - spytała obojętnie.
- Nie przyszłam do Ciebie. Gdzie ojciec? - wyminęłam ją i wtargnęłam do środka wraz z chłopakami.
- Czy to nie za późno, by sprowadzać kochanków do domu? - wtrąciła dmuchając niedawno pomalowane paznokcie.
- To są moi kumple i nie waż się ich tak nazywać, bo nie ręczę za siebie! A tak w ogóle to jestem pełnoletnia i nie zamierzam się tłumaczyć takiemu komuś jak ty! - wypaliłam.
- Jestem twoją matką! Mam prawo wiedzieć o wszystkim.
- Tak? Teraz sobie przypomniałaś o swojej córce? Gdzie byłaś przez te wszystkie lata kiedy cię najbardziej potrzebowałam? Właśnie przez ciebie uciekłam stąd... Miałam dość patrzenia na twoją gębę i słuchania twoich rozkazów. Skończyło się! Nie będę już taka pokorna dla ciebie jak dawniej. Przez te kilka miesięcy nauczyłam się, że nie warto zwracać uwagi na takie osoby jak ty! Najpierw zastanów się jaka jest prawdziwa mama, a później twierdź, że taka jesteś - popatrzyłam na nią wrogo.
- Dość! Wynoś się z tego domu! - pociągła mnie za rękaw, lecz ja mocno ją szarpnęłam.
- Nie zapominaj, że to też moja posiadłość - odgryzłam się - Jeśli ktoś ma się wynosić to tylko ty.
- Jak ty się do mnie odnosisz?! - wrzasnęła podbuzowana moją pewnością siebie.
- Tak jak na to zasługujesz - mruknęłam.
- Jesteś rozpieszczoną gówniarą! Jacob robił wszystko, by jego córeczce nic nie brakowało! A teraz proszę. Wyrosła z Ciebie taka ladacznica! - wykrzyczała mi prosto w twarz.
- Nie pozwolę, by taka lala mnie obrażała, jasne?! - wrzasnęłam i wymierzyłam jej siarczystego policzka. Poczułam na swoim brzuchu ręce, które odciągały mnie od tej żmiji. To był Mario.
- Nadia, spokój, już! - krzyknął, a ja przestałam się szarpać z jego objęć - Nie warto.
- Masz rację - zmierzyłam ją wzrokiem i poszłam do góry - Chodźcie.
- A ty gdzie? - popatrzyła na mnie tymi wyłupiastymi oczyma.
- Tam gdzie cię nie ma - odgryzłam się i wraz z kumplami pobiegłam przed siebie.
- I to jest twoja matka? - spytał zażenowany całą sytuacją Robert.
- Też się dziwię - popatrzyłam na niego smutno.
Weszliśmy do mojej świątyni. Nic się nie zmieniło. Po lewo było łóżko, na którym poprzyczepiane były kapsle z tymbarka, szafka nocna z lampką w kształcie piłki, obok niej książka. Po drugiej stronie był sztuczny kwiatek, a na jego doniczce były poprzyczepiane kartki z wpisami od znajomych, a nad nim zdjęcie z Teodorczykiem. Ściana miała niebieski kolor z wielkim herbem Lecha Poznań. Na wprost wejścia znajdowało się biurko, a na nim pełno drobiazgów. Obok był mój ukochany kącik: duże okno, biały pluszowy dywan, białe poduszki, a nad tym poprzyczepiane wszystkie fotki z przyjaciółmi. Trzecia ściana była żółto-czarna z logo BvB i widniały na niej plakaty zawodników tego klubu. O nią oparta była kremowa sofa z szklanym stolikiem i fotelem "piłka nożna". Na prostopadłej do niej ściany były szafy, półki i komody. Prawie na środku pokoju do sufitu przyczepiony był na grubej linie wór bokserski i rękawice. Oto moje królestwo... Zapomniałam wam wspomnieć, że niezła byłam w tym sporcie. Zajęłam w Warszawie kilka razy 1 miejsce.
- Wow, jak na dziewczynę to niezły pokój - patrzył z niedowierzaniem Robert - Ty trenujesz boks?
- No wiesz ... - zaczęłam - Tak trochę.
- 5 razy pierwsze miejsce?! - zdziwił się Marco - Jestem z Ciebie dumny, Nadio
- Dziękuję, Reusik - pocałowałam go w policzek.
- Jeździsz na deskorolce? - spytał Mario wyciągając ją spod łóżka.
- Yhym... Właśnie w skateparku poznałam Kubę - wspomniałam tą chwilę z uśmiechem - Idziemy do Łukasza?
- Pewnie - odparł Lewy.
Sięgnęłam do kieszeni po telefon i wybrałam numer kolegi.
- Teo?
- Nadiaa! - wrzasnął do telefonu.
- Opanuj emocje, bejbee - zaśmiałam się - Jestem w Polsce. Wpadam do Ciebie za 5 minut.
- Czekam, kochana - po tych słowach rozłączył się.
- Zbierajcie się,cioty mooje - uśmiechnęłam się radośnie.
Przy naszych wygłupach byliśmy tam później niż ustaliłam. Zapukałam do drzwi. W nich ukazał się mój kochany kumpel.
- Nadia! – wrzasnął i mocno mnie przytulił – Tęskniłem.
- Dobra, bo mnie udusisz – pocałowałam go w policzek – Ja też! Aha, zapomniałam. To jest Mario, Marco, a to Lewy… Kojarzysz?
- Roberta, naturalnie! – uśmiechnął się i przybił piątkę z kolegą.
- A wy jesteście zapewne z Borussi Dortmund? – zagadał po niemiecku.
- Skąd wiesz? – zdziwiłam się patrząc na przyjaciela.
- Jestem piłkarzem, wiem wszystko – zaśmiał się – Wchodźcie.
- Ta, jasnee… No ty jesteś wszechstronnie uzdolniony – dodał sarkazm Lewy.
- A żebyś chciał wiedzieć – krzyknął krzątając się po kuchni.
Nieustannie rozmawiali o zawodzie piłkarza i jak im się powodzi. Nie dziwię się, przecież Łukasz i Robert na pewno się za sobą stęsknili.
- Wiecie co? Pokopałbym sobie piłkę – odezwał się blondyn.
- Ja też – stwierdziłam – Idziemy na boisko.
Szliśmy tak gawędząc o ekstraklasie, meczach i tym podobne. Ja tylko słuchałam ich znudzona, ponieważ o wszystkim już wiedziałam. Ale chłopcy, jak to chłopcy muszą ciągle wracać do tego tematu.
- A ty, Duśka, jak sprawy zawodowe? – spytał Teodorczyk, kiedy zakończyli dyskusję.
- Jak to jak, normalnie. Nic się nie zmieniło – odpowiedziałam.
- Nic nie dążysz w kierunku nożnej, boksu... – ciągnął dalej.
- Chciałabym być kimś, ale nie chcę też by ucierpiało na tym moje życie prywatne – wyjaśniłam.
- Musisz wybrać – poklepał mnie po ramieniu.
- Wiem o tym – mruknęłam patrząc na niego z uśmiechem.
- Mam pomysł, może wybralibyśmy się jutro na ring? Tam gdzie trenowałaś? – wypalił Łukasz.
- Bujasz! Serio? Dziękuję! – rzuciłam mu się w ramiona – Chciałabym znowu wrócić do tych czasów.
- Ile tu jesteście?
- Wszystko zależy od Nadi – odparł Marco.
Po chwili podszedł do mnie mały chłopczyk.
- Mogę autograf? – spytał lekko sepleniąc.
- Emm, a może sobie mnie z kimś pomyliłeś? - spytałam zdziwiona.
- Nie - upierał się - Ty jeśteś Nadia Hanf.  Baldzio Cię Lubię. Widziałem jak glas w piłkę. Chciałbym być taki jak ty - uśmiechnął się słodko.
- Oooo .. - zauroczyli się chłopcy.
Miło, że ktoś Cię zna. Nawet takie maleństwo w wieku 3 lat.
- Proszę - wręczyłam mu mój podpis - Sam tutaj jesteś?
- Tiak - pokiwał głową - A mogę z Tobą zdjęcie?
- Oczywiście - uśmiechnęłam się promiennie - Chłopaki zrobicie mi fotkę?
- Jasne - odpowiedział wesoło Lewy, a Mario z rozmarzonym uśmieszkiem przyglądał mi się tymi ciemnymi oczyma. Wzięłam na ręce chłopczyka i przytuliłam jego policzek do mojego. Po zrobionym zdjęciu popatrzyłam mu głęboko w niebieskie oczka i spytałam:
- A powiesz mi jak masz na imię?
- Tomek.
- Dobrze, Tomusiu, chciałbyś się ze mną dzisiaj pobawić?
- Tiaaak! - krzyknął radośnie.
- To chodź, pójdziemy się spytać mamusi czy możesz, okey?
- Dobla - odpowiedział całując mnie słodko w policzek. Wzięłam go za rączkę.
- A chcesz, by Lewy, Mario i Marco z nami szli?
- Chcem.
- No to idziemy - zaśmiał się Mario chwytając malca za drugą dłoń. Tak świetnie to wyglądało.
Po kilku minutach znaleźliśmy się już pod boiskiem za zgodą rodziców. Chętnie spędzałam z nim czas ucząc go jak się kopie piłkę. Dosłownie przez te kilka godzin pokochałam malca jak własne dziecko. Niestety, wszystko co dobre kiedyś się kończy. Ten dzień przypieczętowałam długą, relaksującą kąpielą, rozmową z Miką na skype, a co najważniejsze długim snem…

______________________________________________________________
"Cieszyła ją każda chwila spędzona z przyjaciółmi, byli jej natchnieniem, nadzieją na lepsze dni. Nawet najokropniejszy krzyk nienawiści krążący w najciemniejsze zakamarki szczęścia nie był w stanie zagłuszyć tak wielkiej miłości między nimi.."

A takie tam wypociny.. ;c Coś mi się nie udał ten rozdział. Wiem, że każda czytelniczka czeka na związek pomiędzy Mario a Nadią. No niestety jeszcze Was trochę potrzymam w niepewności, kochane :) Mam nadzieję, że wiecie co robić. A teraz taki mały szantażyk, nie żeby coś ;3
NASTĘPNY ROZDZIAŁ ZA 8 KOMENTARZY, MIŚŚKI :D

czwartek, 13 czerwca 2013

Rozdział 11



Tym razem nie obudziły mnie promienie słońca, lecz troskliwy Robert. Jednak wolałabym, żeby świeciło to słonko. Niestety, pogoda nie była wymarzona. Ciemne chmury zawisły nad Dortmundem. Była 9.00.
- Duśka, pobudka! - wrzasnął mi do ucha.
- Czy ty kur*a chcesz żebym ogłuchła?! - spytałam go trzymając się za głowę.
- Od samego rana zaczynasz być miła - zaśmiał się.
- Staram się jak mogę - posłałam mu szyderczy uśmiech - Idę do łazienki.
Nabrałam trochę wody w dłonie i obmyłam twarz. Popatrzyłam się w lustro i pomyślałam kim ja będę w przyszłości? Jakie będzie jutro? Na te pytania nigdy nie otrzymam odpowiedzi. Wyszłam już przebrana z pomieszczenia. Poczłapałam do pokoju i ponownie rzuciłam się na łóżko.
- Nadia ty śpiochu - wparował Robert - Chodź na dół. Śniadanie czeka.
Zeszłam mimowolnie do jadalni. Na stole ujrzałam pyszne kanapki z szynką, pomidorem, ogórkiem oraz sałatą zieloną. Postarał się.
- Mmm, pycha – pochwaliłam go – Nie zjesz ze mną?
- Zjadłem w domu. Ania nie puściłaby mnie bez śniadania. Wiesz jaka ona jest – uśmiechnął się.
- Taka dziewczyna to skarb – przyznałam – Lewy, dziękuję.
- Za co?
- Za to, że mi pomagasz nawet jeśli tego nie potrzebuję, że przy mnie jesteś mimo wszystko.
- Nie masz za co dziękować – uśmiechnął się – Chcesz jeszcze kawy?
- Nie, dzięki. Robert możemy porozmawiać? – zapytałam.
- Jasne, mała, ale nie teraz. Ja mam trening, a ty idziesz ze mną - uśmiechnął się.
- Tylko lecę po torbę - uśmiechnęłam się. Wzięłam żółto-czarną torbę na ramię i wszyliśmy.
- Chciałaś o czymś pogadać – przypomniał sobie mój towarzysz.
- No tak… - przytaknęłam. Jakoś teraz nie miałam ochoty na tą rozmowę.
- Więc? Nadia, widzę, że coś Cię trapi – zauważył Robert, patrząc na mnie.
-Jestem już pełnoletnia, a ja kompletnie nie wiem kim chcę zostać – wyjaśniłam niepewnie.
- Chodzi o zawód? – spytał, pomimo iż wiedział jaka jest odpowiedź – No to może zacznijmy od tego co Cię interesuje.
- Emm… Trochę praca fotografa. Ale najbardziej to mnie kręci piłka, sam wiesz – uśmiechnęłam się – Ale jakoś nie wyobrażam sobie siebie jako piłkarza.
- Dlaczego? Dużo jest dziewczyn, które trenują nogę – zdziwił się moim zachowaniem.
- Sama nie wiem. Nie mówmy już o tym – zdecydowałam.
Doszliśmy już do Signal Iduna Park. Na murawie jeszcze były pustki. Podążyliśmy więc w stronę szatni. Tam czekał już Marco.
- Ooo.. Co ci się stało, że tak wcześnie? – zdziwiłam się obecnością piłkarza. Przywitaliśmy się tak jak zawsze i siadłam obok niego.
- Ludzie się zmieniają – zaśmiał się.
- Ty się nigdy nie zmienisz, kochasiu – pokazałam mu język i wyszłam z szatni. Robert tylko się zaśmiał i pokręcił głową.
- Mario nie ma? – spytał.
- Jak widać nie. Znając jego na pewno się spóźni – westchnął blondyn zawiązując buta – A gdzie poszła Nadia?
- Nie wiem. Jak chcesz to ją zapytaj – odpowiedział mu Lewy.
- I mówisz to z takim spokojem? – zdziwił się – Stary, nie poznaję Cię.
- Od kilku dni ja też siebie nie poznaję – uśmiechnął się lekko – Ta mała zmieniła nas wszystkich.
- Jest całkiem inna. Jeszcze nigdy nie spotkałem takiej dziewczyny jak ona. Zrozumie każdego, potrafi pocieszyć, jest szczera do bólu, szalona, śmiała, wyluzowana, wszystko bierze jako żart, rzadko kiedy się obraża, a jeśli się martwi to ma poważny powód. Ładna twarz, sylwetka, kocha nogę… Ideał.
- Właśnie dlatego zawróciła w głowie naszemu Goetzowi – dodał Robert, akurat wtedy gdy ich kolega wszedł.
- Siema, o czym gadacie? – spytał rzucając torbę w kąt.
- O niczym – odpowiedzieli chłopcy patrząc znacząco po sobie.
- Okey, to ja się lecę przebrać – uśmiechnął się i pobiegł po strój zawodnika.
 Na murawie, jak zawsze chłopaki wariują. Marco z Mario i Lewym bawią się w berka, Łukasz z Kubą tańczą tango, Kevin, Mats i Marcel noszą się na plecach, a pozostali w miarę normalnie ćwiczą podania.
- Odbijamy – uśmiechnęłam się i zaczęłam tańczyć z Piszczem –Ejj, czemu ja muszę męskie kroki?
- Hahah, no tak wyszło – zaśmiał się. Oczywiście, ja umiałam tańczyć tylko hip-hop, breakdance i tym podobne. Nieźle to wyglądało. Po chwili obydwoje wylądowaliśmy na ziemi.
- Wstawaj – podał mi rękę mój „partner” – Fajnie mi się z tobą tańczyło – przytulił mnie mocno.
- Ooo.. Mam rozumieć, że robimy niedźwiadka – krzyknął Mario i nagle wszystkie osoby zaczęły mnie tulić.
- Gdzie Nadia? – spytał trener, nie widząc mojej postaci. Podniosłam rękę, stojąc ściśnięta między piłkarzami.
- Chłopaki, poprzytulacie się później – zaśmiał się trener – Na boisko!
- Odtulaamy – oznajmił smutno Lewy.
Siadłam obok trenera na ławce rezerwowych.
- Dziękuję za uratowanie życia – uśmiechnęłam się patrząc na piłkę.
- Widać, że Cię kochają – popatrzył się na mnie życzliwie – A Mario to chyba szczególnie.
- Naprawdę? – spytałam niczego nieświadoma.
- Nie mów, że tego nie zauważyłaś – szturchnął mnie ramieniem tak jakbyśmy się znali co najmniej od 5 lat.
- No tak trochę – przytaknęłam przyglądając się Goetzowi. Zauważył to i mi pomachał.
- A ty?
- Co ja?
- Czujesz coś do niego? – spytał.
- No trochę – odpowiedziałam. No oczywiście, że go kocham! Ale nie powiem tego trenerowi. Jeszcze powiedziałby Mario, a ja nie chcę, żeby dowiedział się od obcej osoby. Wybiegłam na boisko robiąc im fotki. Robili różne postawy i miny. Myślałam, że pęknę ze śmiechu. Trening już dobiegł końca. Umówiłam się z Robertem przed bramką wyjściową. Stałam tak patrząc na zdjęcie bruneta. Było takie słodkie. Ten jego uśmiech…
- Na co tak patrzysz? – spytał.
- Na Ciebie – zaśmiałam się – Nie myślałeś o pracy modela?
- Aaa tam, wolę piłkę. Możesz zostać moim prywatnym fotografem – mrugnął obejmując mnie.
- Dziękuję za pozwolenie.
Cała nasza trójka poszła do domu Lewego. Siedzieliśmy rozmawiając do późnego wieczora. Jutro z samego rana mieliśmy wyjechać do Polski. Do domu nie szłam sama. Towarzyszył mi Mario, ponieważ Marco postanowił, że jeszcze zostanie u swojego kumpla.
- Przyjdziesz jutro do mnie? - spytał brunet patrząc na mnie.
- Ja? – zdziwiłam się.
- Znając mnie pewnie zaśpię – uśmiechnął się – Więc przyjdź.
- Okey – zgodziłam się – Cieszę się, że jutro spotkam się z przyjaciółmi.
- Widać – przyznał – Nie lepiej byłoby pojechać samochodem?
- Nie mam prawka. Ani potrzebny jest samochód, a Marco ma chyba w naprawie…
- A o mnie zapomniałaś? – udawał obrażonego – Wezmę mój wóz.
- Serio? Dziękuję – przytuliłam go mocno.
- Dla przyjaciół wszystko – pocałował mnie w głowę.
- No wątpię czy dla Lewego byś to zrobił – zaśmiałam się.
- Lewy nie jest taki uroczy – szepnął z uśmiechem.
Rozstaliśmy się pod moim domem. Patrzyłam jak odchodzi…
- Kocham Cię – szepnęłam i udałam się do łazienki, by wziąć prysznic. Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy i poszłam spać z radością w sercu...

_____________________________________________________________________________
"Nie mogła oderwać wzroku od niego, ten każdy gest, najmniejszy uśmiech, nawet mrugnięcie oka kryło w Sobie największą słodkość jaką kiedykolwiek ujrzała..."

I BOOM! Mamy 11 ;) Zastanawiam się nad tym czy pisać te takie moje cytaty na końcu. Ale to pozostawiam Wam, sami o tym zdecydujcie. Kiedyś, gdy założyłam tego bloga nie miałam chęci dla kogo pisać. Miałam już likwidować tą stronkę, ale dzięki tym wszystkim komentarzom nie chciałam rozstawać się z tym pisaniem. To daje mi taką radość i w ogóle... Cieszę się, że mogę się z Wami tym dzielić. Dziękuję za wszystko ;* Oceńcie ten rozdział w skali 1-10 . Ale szczerze proszę!