piątek, 31 maja 2013

Rozdział 5



Dzisiaj był już czwartek. Obiecałam wczoraj Piszczkowi, że do niego przyjdę. Dawno z nim nie rozmawiałam, a z Sarą to już w ogóle! Wstałam trochę późno. Miałam jeszcze piętnaście minut do spotkania z Łukaszem. Postanowiłam więc zadzwonić do niego.
- Piszczu? - spytałam zaspana przeciągając się w łóżku.
- Tak, możesz być później - zaśmiał się do telefonu.
- Jak ty mnie znasz - po tych słowach nacisnęłam czerwoną słuchawkę. Szybko wstałam z łóżka, otworzyłam moją szafę na oścież i zaczęłam wybierać ubrania. Zdecydowałam, że założę białą bokserkę, jeansową kurtkę, mini spódniczkę i niebieskie baleriny, pomalowałam oczy itp. Po półgodzinnym szykowaniu znajdowałam się już przed domem kolegi. Wahałam się czy pukać, ale zdecydowałam, że lepiej tak. Przecież nigdy nie wiadomo co tam może się dziać xD.
- Ooo, hej - uśmiechnął się szeroko jeden z Borussi i wpuścił mnie do mieszkania. Nic się nie zmieniło odkąd byłam tu ostatnio.
- Napijesz się czegoś? - krzyknął z kuchni.
- Nie, dzięki. A gdzie masz małą? - spytałam rozglądając się po pomieszczeniu.
- Saaraa - zawołał córkę, która za chwilę zeszła na dół. Była taka słodka. Aż czasami zazdrościłam Łukaszowi takiego dziecka.
- Ćeś - uśmiechnęła się do mnie czochrając włoski.
- Cześć. Jestem Nadia - przedstawiłam się.
- Wiem. Wujek Malio mi o Tobie powiedział. Weźmieś mnie na kolanka? - spytała słodko.
- Pewnie - zaśmiałam się - A powiedz mi, kochanie, co jeszcze o mnie mówił twój wujek? - spytałam z zaciekawieniem.
- Tylko tyle ze zajebiśta z ciebie laska - odpowiedziała, a ja popatrzyłam znacząco na Piszczka.
- Czego ty ją uczysz? - zdziwiłam się.
- To nie ja, to wujek Malioo - przedżeźnił małą z smutną minką.
- Ei, ziomek nie pśedzeźniaj mnie, jaśne? Bo śpotkamy sie w sądzie! A pani Weśołowśka jeś gloźna - pogroziła z powagą i pobiegła do pokoju klaskając w rączki.
- Stwierdzam, ze Mario za dużo tutaj przebywa - zaśmiałam się.
- Hahah, no tak. Ale nie o tym chciałem pogadać - spojrzał na mnie odkładając kawę.
- Coś poważnego? - spytałam niepewnie.
- Powiedz mi... Co ja mam zrobić? Tak bardzo kocham Ewę, ale już dwie noce nie było jej w domu. Myślę, że mnie zdradza. Jak mam poznać czy ona mnie kocha?
- No wiesz... Ja nigdy czegoś takiego nie przeżyłam. Musisz z nią koniecznie pogadać i to zaraz jak wróci. Jeśli to nie pomoże, możesz na mnie liczyć coś wymyślę.
- A masz już coś?
- No mam, ale trochę to nie jest przyzwoite - uśmiechnęłam się.
- Wariatka! No ale gadaj - zaśmiał się.
- Niech się dowie, że też z kimś spałeś. Oczywiście, tak na prawdę nie będzie. Rozumiesz? Ale najpierw musisz mieć pewność, że cię zdradza, bo inaczej wyjdziesz na idiotę - powiedziałam otwarcie.
- Dzięki. Chłopaki mieli podobne myśli, tylko że bardziej nienormalne - popatrzyłam na niego pytająco.
- Cytuję Lewego - oznajmił - Przeleć inną i będzie git.
- Ahaaa, to takiego Ania ma narzeczonego - zaśmiałam się.
- On nigdy nie zdradziłby Ann.
- Jego laska jest wicemistrzynią w karate. Też bym się nie odważyła - zaśmialiśmy się oboje.
- Hahah, taa ... - przytaknął - A u ciebie jak tam?
- Leci bez dzieci - palnęłam - Nie no jakoś idzie powoli...
- Chodziło mi o te takie ten tego sprawy - zaśmiał się.
- Ekhm. Bez zmian - stwierdziłam z kwasem.
- Przecież nie chciałaś mieć chłopaka - zdziwił się Łukasz.
- To było dawno! Ludzie się zmieniają.
- Młoda, to było aż miesiąc temu - zaśmiał się.
- No to przecież długo! – upierałam się – Nie masz zamiaru nic zmieniać w tym domu?
- Jak na razie nie. No wiesz treningi, mecze, Champions League…
- Tak, tak. Masz się czym zasłaniać! – popatrzyłam na niego.
- U Ciebie też pasowałyby jakieś zmiany…
- E tam.. Mi się podoba moje mieszkanie takie jakim jest…
- Nie mówiłam o mieszkaniu – zaśmiał się – Słyszałem, że podobasz się komuś.
- Yhym.. Ciekawe komu ma się podobać to coś – pokazałam gestem ręki na siebie.
- Panu Goetzowi – uśmiechnął się.
- A ty znowu? – spytałam znudzona.
- Ejj, weź, ty też coś do niego czujesz… - połaskotał mnie kumpel.
- Piszczuu, puść, stop! – wyjąkałam, a on jak na rozkaz przestał mnie dręczyć – Ćpałeś?
- Co za pytanie! – obruszył się.
- Głupoty gadasz! – wkurzyłam się – To tylko kumpel tak jak Marco czy Lewy. Nie wierzysz? To spytaj kogo chcesz.
- Uwierz lepiej nie pytać! – mrugnął oczkiem – Cała BVB o tym nawala.
- Yhym, no to zajebiście! – dodałam sarkazm.
Zeszło nam tak prawie 2 godziny. Postanowiłam już się zbierać. W domu było tak pusto i cicho... Brakowało tu drugiej osoby i nie była nią przyjaciółka. Pobiegłam do mojego pokoju. Przeanalizowałam sobie te wszystkie dni spędzone w Dortmundzie. W mojej głowie szumiały pytania : Czy warto..?
Zbliżała się godzina 14.00. Właśnie wtedy dostałam wiadomość od Roberta:
Gdzie ty jesteś? Przerwę mamy ;D”
„Nie wiem czy będę…”
„Weź no mała, Reus nie ma kogo wkurzać! ;P Mario mu nie wystarcza..”
„Chętnie się odwdzięczę. Za 10 minut powinnam być u Was:)”
Przebrałam tylko spódnicę na jeansowe spodenki, spięłam rozwalonego koka i związałam chustę na głowie. Gdy dochodziłam do stadionu, poczułam że ktoś założył mi ręce na szyję. To był Lewy.
- Wystraszyłem cię? – spytał z nadzieją, która po moich słowach zaraz zgasła.
Weszliśmy na boisko, a wszystkie oczy skierowały się w naszą stronę. Usiadłam razem z nimi na ławce i zaczęła się rozmowa.
- Czemu cię tyle nie było? – spytał smutno Marcel.
- Czasu nie miałam – uśmiechnęłam się lekko.
- No wiesz? Czasu dla nas nie masz? Raniiisz – powiedział obruszony Marco.
- Ejj, już jestem, nie róbcie mi wyrzutów! – wrzasnęłam a wszyscy się zaśmiali.
- Nadia! Zagrasz? – spytał Felipe bawiąc się piłką.
- Jasne! – uśmiechnęłam się i podeszłam w stronę Santany.
- Chłopaki, na boisko już! – usłyszałam głos trenera.
- Emm, trenerze, a może Nadia z nami trenować? – spytał prosząco Lewy.
- Prosimy – wtórowali mu wszyscy.
- Sami się jej spytajcie – uśmiechnął się w moją stronę Jurgen, na co chłopcy pobiegli do mnie robiąc szum.
- No dobra, dobra. Zostaję! – krzyknęłam.
- Reus i Grossekroutz. Jesteście kapitanami – oznajmił.
- Oke, to ja biorę Roberta – zawołał Marco.
- Mario – wybrał Kevin.
I tak dalej i tak dalej. Na skład naszej drużyny wchodzili: Schmelzer, Piszczek, Langerak, Reus, Lewandowski, Ja, Santana, Bittencourt, Subotić.
Zaczęliśmy grę. Momentalnie przejęłam piłkę i strzeliłam gola Weidenfellerowi. Następnym strzelcem był Reus, a po nim Lewy. Takim sposobem było 3:1 dla nas. Chciałam żeby było 4:1, więc postanowiłam, że odbiorę piłkę Sahinowi. Podbiegłam do niego i próbowałam go okiwać, ale nic z tego. Sfaulował mnie a ja wpadłam w ramiona Mario stojącego obok swojego kumpla. Popatrzyliśmy sobie głęboko w oczy, aż wreszcie wybudziłam się z tego „snu” i zeszłam z boiska. Końcowy wynik nic się nie zmienił.
- No to jakie macie na teraz plany? – zaczął Robert.
- Ja muszę popilnować córki – odpowiedział Kuba.
- Idę na kolację z żoną – tłumaczył się Piszczu.
- Umówiłem się z siostrą na kręgle – odezwał się Marcel.
Aż w końcu wyszło na to, że tylko ja i Marco nie mamy planów. Tak więc postanowiliśmy gdzieś wyjść. Była godzina 17.00. Czekałam w domu na kumpla już gotowa do wyjścia.

_____________________________________________________________
Chciałam podziękować wszystkim tym co komentują moje rozdziały. Jestem Wam bardzo wdzięczna za to. Naprawdę, to wielka motywacja. Właśnie dzięki wam powstają nowe posty. Mam zamiar Was jeszcze powiadomić, że mimo transferu Mario, on dalej będzie występował w moim opowiadaniu tym i każdym kolejnym. Czasami nawet w barwach Borussi Dortmund. Uszanujcie moją decyzję :)

piątek, 24 maja 2013

Rozdział 4



Obudziłam się rano z okropnym bólem głowy. Niewiem jak to się stało, ale na mnie spał Lewy. Marco przebudził się już wcześniej i siedział podpierając głowę.
- Jak było na dywanie? - spytałam cicho.
- Zajebiście wiesz? - powiedział sarkastycznie - Ale się wczoraj opiliśmy. Pamiętasz cokolwiek?
Pokręciłam przecząco głową. Obudziłam niechcący Roberta. Miałam zamiar odrzucić w tył włosy, ale uderzyłam go w nos. Ja to zawsze umiem dokuczyć.
- Ałaaa! - krzyknął.
- Nie wrzeszcz do cholery - powiedziałam wkurzona - I złaź ze mnie bo za lekki to ty nie jesteś!
- Sorry. Hahahahah - roześmiał się w głos.
- Zamknij się! - odparliśmy ja i Marco. Lewy nie rozumiał jak to jest opić się po raz pierwszy na maksa.
- Co cię tak śmieszy cioto? - mimo to, że ból mi dokuczał, nie mogłam sobie podarować przezwisk z rana słanych do moich kochanych kumpli.
- Looknij w lustro, kocie - mrugnął. Podeszłam, a raczej powlekłam się do lustra. Czułam się jakbym miała zaraz umierać. Spojrzałam w lustro. Miałam zaspane oczy, ale mogę się założyć, że nie to go rozbawiło. Miałam narysowane wąsy kota i dużą kropkę na nosie. No nawet fajnie mi tak było, ale gdy dowiedziałam się, że to jest narysowane flamastrem byłam wkurzona. Miałam nadzieję, że się zmyje.
- Mrauuć - zaśmiał się Reus.
- Ty się lepiej zamknij. Idź po tabletki - rzuciłam się na sofę - Umieram.
- Alleluja! - zaśpiewał Robert, za co dostał kuksańca w bok. Oczywiście, zbudził Mario. Tak słodko mu się spało, no ale przecież jak wszyscy to wszyscy.
- Żyjecie? - spytał nie otwierając oczu.
- Ja nie - odpowiedziałam - Marco, kurw* gdzie ty poszedłeś po te tabletki?
- Już idę - oznajmił znużony - Masz.
- Dwie daj.
- Okey.
Zażyłam tabletki. Po 15 minutach zadzwonił telefon. To był Wojtek:
- Siemka beeejb! - krzyknął do słuchawki.
- Zamknij się, Szczęsny - powiedziałam przez zaciśnięte zęby.
- Oooo widzę, że się zabalowało - zaśmiał się.
- Bo się rozłączę! - pogroziłam.
- Oke, oke. Jak tam?
- Można się domyślić.
- Robert się też opił?
- Pierwszy sięgnął po alkohol. Jak zawsze.
- Cały on. Sama z nimi siedzisz?
- No. Gdyby była tu no ta... - szukałam w głowie imienia ukochanej mojego kumpla.
- Ania? - podpowiedział niepewnie.
- No właśnie. Nie opiłabym się tak. No ale widzisz... Zostawiła mnie na pastwę losu.
- Hahah. Biedaactwo. Ej, ja muszę kończyć. Mam zaraz trening. Już 10.00
- Narka.
Rozłączyłam się i rzuciłam telefonem na sofę. Niestety, ponownie usłyszałam dzwonek.
- Co znowu chcesz, Wojtek? - spytałam
- To ja. No widzę, że działo się.
- O Ann. Nie jest ci to dziwne.
- Racja. Jak samopoczucie?
- Nie pytaj. Ja i Marco najwięcej wypiliśmy - wyjaśniłam trzymając się za głowę.
- Co robiliście?
- Nie wiem. Nie pamiętam. Jak przyjedziesz to ci wszystko Lewy opowie.
- A no właśnie ... Czy on
- Tak pił - przerwałam kumpeli - Aha i jeszcze mówił, żeby ci nie mówić.
- Hahah, Ejj Dusieek. Idź ty lepiej się wykąp. Pogadamy jutro.
- Jutro?
- Wracam do Dortmundu.
- Fajnie - ucieszyłam się, że będę miała trochę kobiecego towarzystwa. Nie narzekam na chłopaków, ale mimo to że się wychowałam w gronie męskim potrzebowałam też babskich rozmów.
Ogarnęliśmy się i wyszliśmy na dworze.
- Ale gorącoo - zawyłam. Głowa już mnie nie bolała.
- Może chcesz się ochłodzić? - zaproponował Robert.
- Chętnie - odpowiedziałam nie wiedząc co on znowu wymyślił. Zniknął gdzieś za ścianą budynku. Po kilku minutach zobaczyłam go z wężem ogrodowym.
- Nie, nie zrobisz mi tego! - krzyknęłam.
- Trzeba było milczeć - zaśmiał się i zaczął mnie gonić po całym ogrodzie. Chciałam uciec do domu, ale Marco i Mario zagrodzili mi drogę. Zostałam więc oblana. Nie było na mnie nawet suchej nitki. Wyrwałam węża z rąk kumpla i odwdzięczyłam się tym samym. Wszyscy dostali, choćby za to że żyją.
- Ćwoki - mruknęłam wyciskając wodę z włosów.
- Słyszałeem - oznajmił Mario.
- Cieszę się - odpowiedziałam. Po chwili zobaczyłam przy sobie chłopaków z paskiem w ręku.
- No co wy! - wrzasnęłam błagalnie.
- Mario będzie cię trzymał - powiedział Marco.
- No i co z tego? To w niczym nie pomaga.
- No w to wątpię - mruknął Robert i zaczął dawać mi 6 pasków na tyłek. Bolało, bo spodenki były mokre. Po tyle samo dostałam od pozostałej dwójki. Na nogach miałam kilka śladów, ale gorsze rzeczy się zdarzały.
- Kurde, jestem cała mokra. Mario to twoja wina! Pożycz mi coś
- Nie mooja! Wykonałem polecenie – zaśmiał się – Chodź, dam ci jakieś ubrania.
Wyszliśmy do góry, kierując się do garderoby.
- Hmm… To co chcesz? – spytał patrząc na mnie.
- Obojętnie.
- Okey, no to masz – wręczył mi strój BVB.
- Idę do łazienki się przebrać – oznajmiłam, gdy on leżał na łóżku.
- Czemu? – spytał smutno.
- No chyba nie będę przy Tobie, debilu – rzuciłam w niego poduszką na co on się uśmiechnął.
Zeszłam na dół i spotkałam wszystkich grających na podwórku w piłkę.
- Eeee … Ślicznie – pochwalił mnie Marco.
- Do twarzy ci w naszych barwach – stwierdził Lewy.
- Nie podlizujcie się. I tak dostaniecie – zaśmiałam się – Ej, chłopaki dziękuję Wam za to wszystko. Za zorganizowanie tego przyjęcia i w ogóle. Nie wiem co bym bez was zrobiła.
- Ooo … My też Cię kochamy – uśmiechnął się Marco i mocno mnie uścisnął. Następnie rzucili się Robert i Mario. Koniec był taki, że wszyscy znaleźliśmy się na ziemi w pełni roześmiani.
- Ejj, a pamiętacie co się wczoraj działo? – spytałam z zaciekawieniem.
- Aaaa … No wiesz… - ciągnął Lewy.
- Gadaj! – popatrzyłam na niego.
- No dobra, dobra. Twój wzrok mnie rozwala! Emm, no więc… Całowałaś się z Marco. I to nie tak jak zawsze całus w polik, tylko naaamiętnie – zaśmiał się, na co ja i Marco popatrzyliśmy na siebie zdziwieni i zaśmialiśmy się. Była już 13.00, więc postanowiliśmy coś zjeść.
- Chcecie gofry? – spytałam wchodząc do domu przez taras.
- Czytasz mi w myślach – odezwał się Gotze.
Zjedliśmy pyszne gofry, chłopaki zaczęli zbierać się na trening, a ja włączyłam powtórki meczów. W Tv nie było nic ciekawego, oprócz piłki.
- Naduuuś, chodź z nami – prosił Robert chwytając mnie za rękę.
- Nie chce mi się iść – odpowiedziałam patrząc na niego.
- Oj, no weeź – nalegał Marco.
- Poniesiemy Cię – powiedział Mario.
- No to się zbieram – zaśmiałam się i poszłam przebrać.
- Mów za siebie – krzyknął blondyn.
- Ej, nie mamy czasu – protestowali.
- Nie pójdę w stroju piłkarskim na wasz trening!
- Nie masz wyjścia.
Trochę to dziwnie wyglądało jak Mario niósł mnie na ramieniu pół kilometra aż do stadionu. Faktycznie był silny, bo ja swoje ważę. Prawie 50 kg.
- Aaaa , Mario zaraz spadne! – krzyknęłam gdy wszyscy zaczęli biec na boisko – Puuść.
- Nie – zaśmiał się chłopak i przyspieszył.
- Hahahah – usłyszałam śmiech zawodników Dortmundu.
- No widzisz? Śmieją się z Ciebie! – powiedziałam – Puść, głupku!
- No dobra, doobra – puścił mnie, a ja spadłam na ziemię.
- Ejj, to bolało – krzyknęłam – Zemszczę się.
- Nadia! Łap piłkę – zawołał Piszczek – Z całej pety będzie bolało!
- Dziękuję – uśmiechnęłam się słodko – Ale będzie jazda!
- Mario już po Tobie! – oznajmiłam i rzuciłam się za nim w pogoń. W końcu postanowiłam wykopać piłkę. Pięknie odbiła się od jego głowy i wpadła w moje ręce.
- Woow, to było coś – usłyszałam oklaski chłopaków. Nadia, co ty wyprawiasz!! Od razu się skapną o co chodzi. Na szczęście na pochwałach pozostało. Niestety Marco i Robert wzięli mnie na ręce i zaczęli podrzucać w górę jak jakąś piłkę. Akurat przyszedł trener i zobaczył sytuację.
- Chłopaki, nie męczcie jej już! – zawołał – Na boisko!
Wszyscy posłusznie pobiegli na murawę. Kilka karnych kółeczek, podania, meczyk … Tak to wszystko minęło.
- Jestem Jurgen Klopp, trener BVB – przedstawił się.
- Jestem Nadia – ucięłam krótko.
- A ty jesteś dziewczyną Gotzego? – spytał Jurgen.
- Nie, nie! Jego kumplem, znaczy kumpelą – uśmiechnęłam się – Skąd to przypuszczenie?
- Koszulka – zaśmiał się. Faktycznie, na niej widniało nazwisko Mario.
- Hahah, musiałam się przebrać. Urządziliśmy u niego w domu przyjęcie urodzinowe. Oblali mnie wodą, więc Mario pożyczył mi ubrania. Akurat padło to na strój Borussi – wyjaśniłam.
- Lubisz nasz klub?
- Bardzo. A szczególnie tą szaloną trójkę – pokazałam na wygłupiających się Gotzeusa oraz Lewego.
- Oni są niemożliwi! – przyznał trener – Interesujesz się piłką? Przepraszam, że tak pytam…
- Nie szkodzi – uśmiechnęłam się. Nie odpowiedziałam na to pytanie. Starałam się tego uniknąć.
- Interesujesz się piłką? – zapytał ponownie.
- No oglądam mecze, wiem wszystko o tym sporcie.. – ciągnęłam
- Emm, ale mi chodziło o to czy grasz…
- Czasami sobie pokopię – wyznałam. Heh… „CZASAMI”.
- Na to wygląda, że trening dobiega końca – zauważył Klopp.
- Tak. Miło mi było pana poznać.
- Mi ciebie również. Zawsze możesz tu wpaść.
- Dziękuję. Do widzenia! – uśmiechnęłam się. Ich trener był naprawdę miły. Z wyglądu nie mogłam tego stwierdzić, ale spoko gość. Szliśmy drogą w ciszy. Postanowiłam, że pójdę dzisiaj na boisko. Całkowicie sama. Brakuje mi codziennego grania. Ciągle myślałam nad tym czy powiedzieć chłopakom prawdę. Jaka ja rzeczywiście jestem. Nie starczyło mi odwagi, by to wyznać. Musiałam dusić w sobie tą tajemnicę.
- Co się tak nie odzywacie? – spytał Robert – Coś się stało?
- Nie – odpowiedzieli chłopcy.
- Nadia, wszystko okey? Coś zamyślona jesteś – zauważył.
- Co? Coś mówiłeś? – spytałam wracając na ziemię.
- Tak, mówiłem. Nic ci nie jest?
- Nic – odpowiedziałam krótko. Wszystko jest tak jak kiedyś i tak pozostanie… Na zawsze.
Rozeszliśmy się do domów. Tylko ja i Mario poszliśmy do niego, by trochę uprzątnąć ten bałagan.
- Zadowolona z imprezy? – spytał zbierając talerze, butelki itp.
- Yhym – potwierdziłam. Nagle na biurku ujrzałam zdjęcie jakieś dziewczyny – Kto to?
- Ym … Dziewczyna, którą pierwszy raz spotkałem – uśmiechnął się lekko – Spodobała mi się. Była taka … inna. Wyjechała z Niemiec i już nigdy jej nie zobaczyłem.
- Nie szukasz jej?
- Minęły już 2 lata. Na pewno jej już nie zobaczę – posmutniał.
- Sory, że poruszyłam ten temat – mruknęłam.
Ogarnęliśmy cały bałagan. Wzięłam torbę i ubierałam trampki.
- Idziesz już? – spytał Mario opierając się o ścianę.
- Chcę pobyć trochę sama – oznajmiłam – Dziękuję.
Przytuliłam się do niego. Zamknęłam oczy, czułam wspaniały zapach jego perfum, na który jeszcze kilka miesięcy temu nie zwracałam uwagi. Czułam się tak, tak inaczej. Gdy się „wybudziłam” posłałam mu lekki uśmiech i wyszłam. Pokierowałam się prosto do domu. Rzuciłam torbą na ziemię i pobiegłam do pokoju.
- Czemu to jest takie trudne? – pytałam siebie – Czemu gdy chcę im wyznać co kocham, coś mi przeszkadza… Nie chcę tak żyć.
Wyciągnęłam zdjęcia i spoglądałam na album. Ja i tata grający w piłkę, mój dawny pies, Ja z Wojtkiem w barwach Barcy… Po policzkach spłynęły mi łzy. Łzy tęsknoty za tym co było i już nigdy nie powróci. Podeszłam do szafy. Bluza w barwach Arsenalu z Nike, czarne getry, błękitne korki. I piłka … Tak dawno jej nie ruszałam. Wzięłam ostrożnie ukochany przedmiot i przytuliłam mocno. Wstałam i spakowałam wszystko do torby. Wyszłam na zewnątrz, a moim kierunkiem było stare boisko. Po dwóch minutach znalazłam się na miejscu. Zaczęłam kopać piłkę. To było takie świetne uczucie. Nagle usłyszałam wołanie. To był głos dziewczyny:
- Wow! Grasz lepiej niż Ronaldo! – krzyknęła. Podeszłam do nieznajomej.
- Jestem Mika – uśmiechnęła się życzliwie.
- Ja Nadia – odwzajemniłam niepewnie uśmiech. Przecież ona zauważyła mnie jak gram. Jest pierwszą osobą która o tym wie.
- Będę miała do ciebie prośbę. Nie powiesz nikomu o tym, że mnie tu widziałaś? – spytałam.
- Luzik, ale wyjaśnij mi to.
- Kiedyś byłam po prostu wcieleniem chłopaka. Noga, meczyki itp … Postanowiłam się zmienić, bo sądziłam, że wtedy nigdy nie znajdę mojej połówki. Musiałam więc zacząć chodzić w tych sweetaśnych sukieneczkach i butach na obcasie! To było jak jakiś najkoszmarniejszy horror, ale powoli zaczęło mnie to kręcić. Mam kolegów w Borussi Dortmund. To jest drużyna piłkarska. Ciągle chodzę na ich mecze, patrzę jak kopią piłkę… Muszę się bić z emocjami, ale teraz już nie wytrzymałam. Powróciłam do tego sportu, to jest jak nałóg! Nikt mnie nie zrozumie… Każdy myśli, że jestem po prostu kimś kto jest w połowie chłopakiem… Nie chcę żeby ktokolwiek się o tym dowiedział.
- Spoko, możesz na mnie liczyć. Musi ci być trudno.
- Taa … Może skoczymy gdzieś?
- Ok. Może kawiarnia?
- Dobra.
Szłyśmy tak zawalając się pytaniami, aż wreszcie dotarłyśmy na uzgodnione miejsce.
- Według mnie powinnaś powiedzieć swoim przyjaciołom kim naprawdę jesteś – odparła Mika biorąc łyk Cappucino.
- Wtedy wszystko się zmieni – stwierdziłam ze smutkiem – To nie jest takie łatwe.
- Wiem o tym.
- Skąd możesz wiedzieć, jak nawet takiego czegoś nie ukrywałaś?
- Domyślam się. Ale przecież wtedy mogłabyś być kimś sławnym. To co robisz, to jest ogromny talent! Rzadko kiedy spotyka się takich ludzi. Nareszcie spełniłabyś swoje marzenie.
- No właśnie! Ja nie chcę być nikim sławnym, żadnym sportowcem. Chcę mieć trochę prywatności. Gdy widzę jak chłopaków dopadają tłumy fanów… Oni nie mają własnego życia. Gdziekolwiek idą, zawsze są atakowani do podpisania autografów czy robienia fotek. Ja tak nie chcę żyć, rozumiesz? To co przeżyłam mnie przerasta. Nie chcę ponownie psuć sobie życia. Muszę się pogodzić, że nie dostanę tego czego pragnę.
- Sama już nie wiem – poddała się – Grałaś kiedyś tak no wiesz?
- Chodziłam potajemnie na treningi… Nie gadajmy już o tym – skrzywiłam się jedząc ciastko.
- Ok. Wiesz co, ja już muszę iść – uśmiechnęła się – Jestem umówiona.
- Spoko. To na razie.
Wymieniłyśmy się telefonami, a nowopoznana kumpela odeszła. Ja również pokierowałam się w stronę wyjścia. Po godzinie byłam na miejscu. Zapadał już zmrok, a chłopcy jeszcze byli w moim domu.
- Martwiliśmy się o Ciebie, gdzie cię wcięło? – zerwał się z kanapy Marco.
- Myślałem, że coś ci się stało – przejął się Mario i Robert.
- Jestem już pełnoletnia. Przychodzę do domu kiedy chcę i chodze do kogo chcę. Więc nie macie prawa mnie kontrolować – wypaliłam.
- Wszystko gra? – spytali niepewnie.
- Jasne, po prostu wyjdźcie.
- Ale…
- Chcę mieć trochę swobody.
Wyszli zrezygnowani z mojego domu. Trzasnęłam za nimi drzwiami i pobiegłam wziąć kąpiel. Ten dzień nie należał do udanych, tak więc postanowiłam go jak najszybciej zakończyć. Poszłam spać z nadzieją na lepsze jutro.

sobota, 11 maja 2013

Rozdział trzeci



Wstałam rano bardzo zadowolona. Słońce świeciło pełnym blaskiem, pogoda była taka piękna. Wzięłam prysznic i wyszłam na pole by wysuszyć włosy. Wzięłam telefon i słuchawki. Sprawdziłam, było tam około 100 wiadomości. Miło, że niektórzy o tobie pamiętają. A oto kilka z nich:
"Wszystkiego najlepszego, kochana ;*. Mika"
"Stówka, kuzynka! :D. Szymek"
"Najlepszego! <3. Wika"
"Szczęścia i czego tam tylko chcesz ;). Pozdroo. Lena"
"Szczęścia, pomyślności, niech miłość w twym sercu zagości ;*. Mario"
"Stooo lat, młoda ! ;P. Hummels"
"Wszystkiego naaaj! :D. Moritz"
Duużo jeszcze smsów od BVB i takich tam. Najwięcej zastanawiałam się nad tym:
"Spełnienia marzeń. Pamiętaj nigdy nie ukrywaj tego kim naprawdę jesteś. Szczęścia i najlepszego ogółeeem :*. Majka"
"Nigdy nie ukrywaj tego kim naprawdę jesteś......"
- No właśnie... - powiedziałam smutno do siebie słuchając piosenki o piłce nożnej. Nagle ktoś wystraszył mnie od tyłu i wbił palca w żebro.
- Cześć - uśmiechnął się Gotze.
- To zabolałoo - zaśmiałam się głaskając brzuch - No siemka. A co ty sam?
- Tym razem tak. Postanowiłem od nich odpocząć - mrugnął.
- Hahah , dają w kość, coo?
- I to bardzo. Wszystkiego naaajlepszego - przytulił mnie mocno.
- Dzięki, ale wiesz, że dzisiaj przecież się jeszcze spotkamy - uśmiechnęłam się.
- No wiem. Robisz jakąś imprezkę? - spytał.
- Właśnie niewiem. U mnie zbytnio nie ma miejsca - odpowiedziałam smutno - A trzeba by było całą paczką poimprezować.
- Możesz u mnie - zaproponował.
- Serio? Kochaany jesteś - pocałowałam go w policzek - No to trzeba się już do tego brać. Jest rano… A tak w ogóle to dzięki za esa.
- Hahaha. No to spoko, pomogę ci to jakoś wszystko ogarnąć.
- Najpierw jedźmy do sklepu. Trzeba zakupić jakieś gadżety.
- Oke.
Wsiedliśmy do samochodu Gotzego i pojechaliśmy do oficjalnego sklepu BVB. To było jak raj na ziemi! Kupiliśmy 10 balonów żółto czarnych oraz serpentyny.
- Dobra, a teraz wstąpimy skołować coś do żarcia – oznajmiłam.
Poszliśmy do pobliskiego sklepu spożywczego.
- No to co bierzemy? – spytał mnie Mario.
- Niewiem. Chipsy, rzecz jasna, pepsi, jakieś owoce…
- Eee tam owoce! Lepiej żelki.
- Co wy macie do tych żelków? – spytałam śmiejąc się.
- Cytuję Lewego – powiedział – Są takie sweet – zapiszczał a niektóre osoby się na nas popatrzyły.
- Ty durniu – szepnęłam.
- No co! – zaśmiał się. Wzięliśmy zaopatrzenie i ruszyliśmy w stronę kasy. Do domu mojego kumpla wróciliśmy obładowani reklamówkami.
- Mario, wszystko jest okey, tylko że nie musiałeś za mnie płacić! Mam forsę.
- Oj taam! Przyjaciele sobie pomagają.
Odpowiedziałam tylko uśmiechem. Rozpakowaliśmy wszystko i zaczęliśmy stroić pomieszczenie. Poprzyczepialiśmy balony do ścian, a serpentyny powiesiliśmy na lampie. Na koniec obejrzeliśmy wszystko stojąc w korytarzu.
- Świetnie – stwierdziłam.
- Ej, o czymś zapomnieliśmy – zauważył – Tort i napoje procentowe.
- No faktycznie. I co teraz?
- Chodź, jedziemy jeszcze raz.
Przyjechaliśmy po pół godzinie z alkoholem.
- A tort to będzie około 13.00.
- Ty to wszystko zaplanowałeś? – zdziwiłam się.
- Yhym… Chciałem Ci zrobić niespodziankę.
- Udało Ci się.
- Ale będzie jazdaa! – krzyknął mój kumpel wciągając skrzynki z alkoholem.
- Mario! Ile ty tego kupiłeś?!
- 2 wódki, 7 skrzynek piwa, 3 butelki wina, whisky. Myślę, że powinno wystarczyć.
- Masz nas za pijaków czy co?!
- To się dopiero okaże – mrugnął – O której zaczynasz impre?
- Jak dojdzie tort to zadzwonię do wszystkich.
- Okey, jak chcesz. Cieszysz się? – spytał z uśmiechem.
- Jasne! Nie mogę się doczekać – również odwzajemniłam uśmiech – Dobra to może ja pójdę się przebrać.
- Odwieźć cię?
- Nie, dzięki. Ale pamiętaj, nikogo nie wpuszczaj.
- Się wie – przybił żółwia a ja wyszłam.
Szłam dość szybkim tempem. Myślałam nad tym dlaczego Mario się w to tak bardzo angażuje. Przecież mimo to, że jest moim kumplem mógłby odmówić. Może to co Ania mówiła było prawdą? Według mnie on mnie po prostu wspiera tak jak powinien najlepszy przyjaciel. Po chwili znalazłam się w moim pokoju, a cała zawartość szafy wylądowała na podłodze. Kompletnie nie wiedziałam co ubrać. Wszystkie ciuchy były takie luzackie… Kilka sukienek było w miarę, ale nie na przyjęcie. Większość rzeczy zostawiłam w Poznaniu. Ach, Polska! Jak ja bardzo tęsknię za tamtymi stronami. Tak bardzo chciałabym tam wrócić, ale nie mam ochoty spotykać się z matką, natomiast za ojcem bardzo tęsknię. Postanowiłam, że zadzwonię do mojego drugiego kumpla.
- Marco? – spytałam niepewnie.
- No?
- Siemka, ej mam do ciebie prośbę.
- Spoko, wal.
- Pojedziesz ze mną na zakupy? Nie mam co ubrać na przyjęcie.
- Jasne. Będę za 10 minut.
Zawsze mogłam na niego liczyć. To jest właśnie przyjaciel. Zastanawiałam się co ja sobie kupię. Poszłam do banku by wypłacić pieniądze z konta. Było ich trochę. Wzięłam pięć stów. Na pewno wystarczy, ale wolę mieć więcej jakby co. Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi.
- Właź – wpuściłam blondyna.
- Gotowa?
- Tak jakby, tylko jeszcze ogarnę pokój. Chodź, pomożesz mi – szliśmy po schodach, a on zaczął mnie kopać z kolanka w tyłek, aż tak zaliczyłam glebę.
- Marco, idź przede mną.
- Czemu? – spytał smutno – Było taak fajnie.
- Tylko tobie. Wiesz, chcę dożyć moich 18 urodzin.
- Spoko, uratuję cię.
- Mhm, prędzej siebie zabijesz – obydwoje się zaśmialiśmy i weszliśmy do mojego pokoju.
- Woow, tornado tu było? – krzyknął zdziwiony piłkarz.
- Nie narzekaj. Bywało gorzej – mrugnęłam zaczynając zbierać ubrania.
- Gdzie to dać? – spytał zawalony stertą ubrań.
- Rzuć do szafy. Poukładam kiedyś.
- Kiedyś … - powtórzył. Wiedział, że to tak szybko nie nastąpi.
- No to idziemy – zadecydowałam zamykając drzwi.
Szliśmy w ciszy. Każdy myślał o czymś innym. Tylko ja zatopiłam się w wspomnieniach słuchając „Forever Young”. Nagle mimowolnie po moim policzku spłynęła łza. Chciałam to ukryć przed moim towarzyszem, niestety daremnie.
- Ej, co jest? – spytał ocierając moją łzę.
- Nic – odpowiedziałam krótko. Jakoś straciłam humor na całą imprezkę. Nic się nie liczyło.
- Nadia, nie kłam – nie dawał za wygraną.
- Po prostu wracają wspomnienia z dzieciństwa, które nie było za ciekawe…
- Znam cię tyle, a dużo rzeczy o tobie niewiem… Powiesz mi?
- Tak więc, moja matka mnie nienawidzi. Niewiem dlaczego. Ciągle tylko się z nią kłócę, kiedy tylko się spotkamy, natomiast tata jest całkiem inny. Traktuje mnie jak chłopaka, a mi się to podoba sama niewiem czemu. Gdyby nie on, wątpię czy nie popełniłabym samobójstwa o którym tak często myślałam. Nie mam brata, więc nie miałam z kim tak naprawdę pogadać. Brakuje mi charakteru taty. Tak bardzo tęsknię za Poznaniem. Za Polską. Tylko mój ukochany ojciec mnie potrafił zrozumieć, pomóc, porozmawiać, pocieszyć. Wiedział kim ja naprawdę jestem, co kocham, kim chcę być. Moje marzenia są takie nierealne… A mimo to takie bliskie spełnienia. Odkrywał ze mną nowe tajemnice, nauczył mnie jak wytrwać do końca… Dzięki niemu jestem taka silna i odważna, gdyby nie on nie byłoby mnie tutaj.
- Myślałem, że twoja przeszłość jest całkiem inna – wyjąkał zdziwiony chłopak – Że twoje życie to była po prostu bajka. Wymarzony dom, piękne dzieciństwo pełne przygód i wrażeń, troskliwi rodzice. Przecież jesteś taka silna, potrafisz obdarzyć zaufaniem mimo tego wszystkiego…
- Pozory mylą. Moje dzieciństwo byłe pełne przygód i wrażeń, ale nie za bardzo wymarzonych.
- Nie mówmy już o tym. Widzę, że straciłaś humor. Przykro mi.
- Czemu akurat mi się to przydarzyło. Czemu nie potrafię ujawnić światu co ja tak naprawdę kocham – pomyślałam, a po moich policzkach spłynęły kolejne krople łez.
- Ej, kochana. Nie płacz już. Ja, Mario i Robert postaramy się, abyś zapomniała o swojej przeszłości. Już, cii … - przytulił mnie mocno.
- Oooo, jakie gołąbeczki – usłyszałam z daleka głos, należał on oczywiście do mojego trzeciego kumpla.
- Zamknij się, niewiesz o co kaman – odparł sucho Marco.
- Ej co wam. Nadia, wszystko gra?
- Trochę tak. Zapomnijmy już o tym wszystkim, jasne? Chodźmy do tej galerii. Niedługo przyjęcie, a ja nie mam co ubrać. Lewy idziesz z nami?
- Pewnie.
Wszyscy ruszyliśmy w stronę centrum handlowego. Kupiłam sobie to co było mi potrzebne na przyjęcia. Po powrocie do domu zrobiłma się na bóstwo i popędziłam w stronę mojego kumpla. Szybko znalazłam się przed jego drzwiami.
- Sieeema! – krzyknęłam, a Mario wyglądał jakby zobaczył ducha.
- Nie masz co robić tylko ludzi straszyć?! – krzyknął trzymając rękę na żołądku.
- Akurat tak się składa, że nie. Haha, byś widział swoją minę – i zaczęłam go naśladować.
- Dobra już dobra, moresko! – pogłaskał mnie po ramieniu.
- Pff , się znalazł, mops! – krzyknęłam.
- Ty wiesz kurde kto to jest w ogóle mops? – spytał mnie zdziwiony.
- Takie rzeczy się wie.
- To kto?
- Ty. Łohohoho – zaśmiałam się złowieszczo rzucając na kanapę – Przyszedł tort?
- Nie. Dostawca musiał go przywieść – zażartował.
- Nie przemądrzaj się tak, cioto! Pokaż, chcę go zobaczyć – nalegałam.
- Nie no co ty! Zobaczysz na przyjęciu – zdecydował.
Byłam taka ciekawa jak to zawsze ja. Nie miałam co robić więc włączyłam TV … Nikt z Polski (chodzi mi o najbliższych) oprócz Szczęsnego nie złożył mi życzeń, przykre. Ale tak to już bywa. Mario dołączył się do mnie zanużając rękę w misce popcornu. Przełączałam po kanałach.
- Ooo … Zostaw to! – krzyknął pokazując palcem na ekran. Oczywiście program wybrany przez niego to: „Truuudne sprawyy”. Oglądałam ten odcinek kilka razy więc zaczęłam przyglądać się sufitowi xD . Nagle zadzwonił telefon.
- Nadka? – spytała niepewnie dziewczyna.
- Aniaa! Cześć – uśmiechnęłam się szeroko.
- Hej. Co tam u Ciebie?
- A luuzik. Impreza się szykuje. Chłopcy wszystko zorganizowali.
- To świetnie. A co robisz?
- Aaaa, siedzę z jedym z ćwoków – posłałam złowieszczy śmiech w stronę Mario.
- z Mario? – zgadnęła.
- Ejj, dobra jesteś – zaśmiałyśmy się – Skąd wiesz?
- Można było się domyśleć – odparła tajemniczo – Słyszałam od Roberta, że coś przygnębiona byłaś.
- Ten to wszystko musi powiedzieć – podniosłam głos – No trochę.
- Wytłumaczył mi, że się „ mizialiście z Reusikiem” – cytowała.
- Ooo matkoo, jaki debil! – położyłam rękę na głowie – Hahah, on mnie zwyczajnie pocieszał. Lewy widzi to co chce, a nie to co jest.
- No nie do końca – zaśmiała się Ann.
- Możesz wyrażać się jaśniej? – spytałam wściekła, że jest taka tajemnicza.
- To Robert spostrzegł, że Mario chciałby być kimś więcej dla ciebie …
- Weźcie się ludzie ogarnijcie – krzyknęłam do telefonu – To tylko kumpel. Narka, bo ktoś puka do drzwi.
- Taa, Pa.
Poszłam otworzyć drzwi, ale tam nikogo nie było. Wróciłam z powrotem do Mario.
- Ej, niewiesz kto pukał? – spytałam zdziwiona.
- Wiem.
- No to kur*a raczysz mi powiedzieć? – wypaliłam.
- To ja.. Słyszałem, że coś o nas gadasz – zaśmiał się – A najczęściej to rzadko kiedy jest coś pozytywnego.
- Wariat! Moja wina, że się tak zachowujecie?
- Ejj, już 15.00. No to ja dzwonię do Marco i Lewego – oznajmiłam i sięgnęłam po telefon.
- Siema, cioto! – przywitałam Roberta – Przychodź już. Zaraz zaczynamy! Mam sobie z tobą jeszcze do pogadania..
- Boje się, mamuuuusiu – rozdarł się na całego, aż słychać było echo w jego pokoju – Zaraz będę.
- Okey, Lewy już załatwiony – spostrzegł Gotze.
- Załatwiony to on dopiero będzie – pomyślałam i wykonałam telefon do Marco.
- Siemka – odpowiedział radośnie.
- Wpadaj do Mario.
- Oke. Daj mi 10 minut.
- No.
Rozłączyłam się i zatknęłam ręką usta.
- Co jest? – odezwał się Mario wyłączając tv.
- Nie powiedziałam Lewemu, że jesteśmy u Ciebie.
- A taam! Trochę się pomęczy – poprawił się na kanapie Mario.
Pomyślałam, że dobrze mu tak. A później to się dopiero z nim rozprawię.
- Prezent dam ci wtedy, kiedy oni przyjdą – powiedział.
- To ty jeszcze masz dla mnie prezent? – zdziwiłam się – Wystarczająco dla mnie zrobiłeś.
- Mam nadzieję, że ci się spodoba – uśmiechnął się lekko. Po chwili u nas znalazł się już Reus.
- Stóówka, kochaniem! – krzyknął wchodząc do domu z otwartymi ramionami.
- Hahah, danke! Kochaniem?? Tęczą rzygaam – krzyknęłam i wpadłam mu w ramiona.
- Wyglądasz bosko – obkręcił mnie w kółko - Hahahahah, Zaraz wracam. Idę po niespodziankę do samochodu – uśmiechnął się blondyn.
Aż się bałam co to będzie. Przecież po nim można się spodziewać wszystkiego. Dosłownie… Przyszedł z wielkim miśkiem, aż takim, że widać było tylko nogi Marco do kolan. Misiek ubrany był w barwy BVB. Na koszulce były wszystkie podpisy zawodników, a na niej oprócz tego widniało moje imię, oraz dostałam jeszcze bejsbolówkę. Wiedział jaką mam słabość do tych podobnych czapek. Postarał się.
- Jakie słoodkie – uśmiechnęłam się i ucałowałam go w policzek – Dzięki Marcoo!
- Spoko. A gdzie Lewy? – spytał rozglądając się po mieszkaniu.
- Zgubił się – parsknął śmiechem Mario.
- A ty co robisz? – dosiadł się do przyjaciela blondyn i uderzył go z łokcia
- Oglądam – odpowiedział spokojnie – Ałła, ty gnoju!
- Ooojeju, przepraszam, skarbie. Jakoś ci to wynagrodzę – próbował pocałować kumpla w policzek.
- Chyba nawet wiem jak – mruknęłam pod nosem.
- Ale zboook! – krzyknęli obydwoje.
- Ciicho już – szepnęłam, a do pokoju wpadł zdyszany Robert.
- Nadia, nie… nie łaska powiedzieć, że … że jesteś u niego? – pokazał na Mario.
- A no wiesz… Jakoś mi się tak zapomniało – zaśmiałam się.
- Dobra, nieważne – uśmiechnął się szeroko – Wszystkiego najlepszegooo!
Wręczył mi full cap z BVB oraz srebrną bransoletkę z dwoma serduchami.
- Leewy, dziękuję! – wpadłam mu w ramiona – Nie musiałeś.
- Dla ciebie wszystko – odpowiedział i złożył mi pocałunek na czole.
- No to jeszcze ja – Mario podniósł się z kanapy i zniknął gdzieś za ścianą.
- Spełnienia marzeń, a szczególnie szczęścia – uśmiechnął się wręczając mi bukiet róż i otwierane serce naszyjnik ze złota. Otworzyłam niepewnie, a tam było logo BVB.
- Dziękuuuuję – przytuliłam go mocno – Kochani jesteście.
- Należy ci się – wyszczerzyli zęby.
- Ekhm … Lewy, mam z Tobą do pogadania – oznajmiłam siadając obok niego i uderzając pięścią w moją drugą otwartą dłoń.
- Yyyym… Tak? – wyjąkał patrząc na ruch moich rąk.
- Czy jesteś w stanie powtórzyć mi to co przekazałeś Ann? – spytałam ostrzejszym tonem.
- Czyli? – spytał wstając z kanapy z miną przerażenia.
- Nie pamiętasz? – nie dawałam za wygraną i powoli wstawałam z kanapy, a za mną słyszałam śmiechy Gotzeusa – Chętnie ci przypomnę.
- Nie ma takiej konieczności. Przecież nic nie powiedziałem! – tłumaczył się brunet.
- Serio? A nie przypominasz sobie tego? – spytałam i zaczęłam cytować, to co mi Anka przekazała.
- Kur*a mać – rozdarł się i zaczął gonić po całym pokoju a ja za nim. W końcu go dopadłam. Postanowiłam walnąć go poduchą. I tak zaczęła się III wojna światowa, która zakończyła się tak, że wszystkie piórka znajdowały się na ziemi.
- Hahah, no nieźle! – zaśmiał się Reus siadając na kanapę. Wszyscy zrobili to samo.
- Nadia! Jeszcze tort! – przypomniał sobie Robert.
- To ty też o tym wiesz? – zdziwiłam się, a po chwili dowiedziałam się, że Marco również. Przed moimi oczami ukazał się piękny tort żółty z wielkim logiem BVB. Czułam, że te urodziny pozostaną na długo w mojej pamięci. Zdmuchnęłam świeczki i rozdałam wszystkim po kawałku torta. Siadłam między chłopakami. Tak. Między nimi, bo Marco siadł na kolana Mario.
- Ejj, Lewy paczaj jakie to słoodkie – przytuliłam się do niego a a on się uśmiechnął i szepnął mi do ucha.
- Chętnie coś zrobiłbym tym pedałom – wyszeptał.
- Czytasz mi w myślach – zaśmiałam się.
- Marco, Mario, miloordy moje – zawołałam – Muszę wam coś powiedzieć.
- Spoko, gadaj! – odpowiedział Mario zwalając swojego kumpla z kolan, a ten spadł na podłogę. Kolejny powód do śmiechu.
- Przybliżcie się do mnie – rozkazałam – Wiecie, no nie chcę żeby Robert słyszał.
- Ha ha! – wywalił język Marco narzeczonemu Ann.
- No więc tak – powiedziałam patrząc w oczy Mario. Były one takie piękne! Cofam poprzednie zdanie. I zaczęłam coś szeptać, następnie obydwaj mieli masę z torta na policzku lub nosie.
- Hahah, piona, mała! – krzyknął Lewy śmiejąc się z nich.
- Jaaakie matoły – zaśmiał się Marco.
- Debile trzymają się razem – stwierdziłam z uśmiechem. Sięgneliśmy następnie po procenty. Każdy wypił po 8 piwach. Byliśmy kompletnie pijani, ale jeszcze jako tako trzymaliśmy się na nogach.
- Zagrajmy w butelkę – zaproponował Robert, na co reszta przystała. Wypadło na Marco.
- Okey, stary – zaśmiał się – Pocałuj Nadię.
Bez otrząsania się, Reus zbliżył moją buźkę do siebie i pocałował mnie w usta namiętnie.
- Uuuu – krzyknął Mario i jego kumpel.
Gdy skończyliśmy grać w butelkę, śpiewaliśmy na całego i tańczyliśmy na stole, zjeżdżaliśmy na sankach po schodach oraz różne inne nie na miejscu czynności. W końcu wszyscy po kilku kieliszkach wódki, piwach i 3 lampkach wina zaliczyliśmy zgona. Ja najwięcej wypiłam i Marco z czego można było wcześniej wywnioskować xD. Tak zakończyła się moja osiemnastka. Jeszcze pozostał jutrzejszy dzień świętowania, bo chłopaki nie przepuszczą tak łatwo. Z tego co pamiętam zasnęłam siedząc na kanapie, obok mnie był Lewy, na dywanie Marco, a na fotelu Mario. Hahah, bieeedny Reusik, niczym bezbronny psiak. No cóż takie jego życie przy nas.


Strój Nadii na przyjęcie:
Ubrania

piątek, 10 maja 2013

Rozdział drugi.



Przebudziłam się około 6.00, lecz nie ze swojej woli. Zbudziły mnie głośne krzyki chłopaków, kręcących się po moim domu.
- Głośniej się nie da? - mruknęłam zaspana zakrywając głowę kołdrą.
- Oooo ... Nasza księżniczka wstała! - krzyknął Robert uśmiechnięty.
- Głucha nie jestem, idiooto.
- Ja tak pięknie do ciebie mówie, a ty?
- Zamknij się! Ide spać... - poprawiłam poduszkę, a Mario wziął mi kołdrę - Bez niej też zasnę.
- No, wątpię - mruknął Marco ocierając palcem końcówkę nosa i idąc po schodach na dół. Nie kumałam dokładnie o co mu chodzi, więc postanowiłam sobie cichutko leżeć na moim łóżku. Po minucie poczułam na sobie lodowatą wodę. Byłam cała mokra.
- Aaaa, wy chu*e! - wymksnęło mi się przez przypadek. Ale to z powodu mocnego wkurzenia.
- Ejejejj , wypraszam sobie! - wrzasnął Mario gestykulując rękami.
- To nie ja! - odpowiedział Lewy, a mina Marco mówiła "Zamknij się, durniu!". Przeniosłam swój wzrok na niego, a on mocno się wystrzeżył i wybiegłam szybko za nim z pokoju.
- Marco ty ciotoo głupia! - zawołałam biegając po całym domu - Patrz jak ja wyglądam! Cała mokra!
- Nadia, ciota nigdy nie jest mądra - wtrącił Robert - Ślicznie wyglądasz!
- Weź się przymknij! – odpowiedziałam.
W końcu dopadłam go na kanapie i zaczęliśmy się bić. Rozdzielili nas chłopcy, którym też się dostało. Ale niechcący.
- Walnęłaś mnie w żebroo! - skarżył się Reus.
- A ty mnie ośliniłeś! - odpysknęłam.
- Dobra, ej rozejm! - krzyknął Mario.
- Jasne - mruknęłam podając mu rękę - Jeeezu a tak w ogóle to co wy tu robicie?!
- Przyszliśmy cię odwiedzić - uśmiechnął się szeroko Marco.
- Tak wcześnie? Odwaliło wam?! Mieszkanie było zamknięte - zauważyłam.
- Mam klucze - pomachał mi nimi Lewy.
- Skąd?!
- Twój ojciec mi dał, żebym się tobą opiekował w razie czego. Więc dzisiaj przypadł taki dzień - zaśmiał się.
- Okey, już was nie ogarniam! Jakie matooły!
- Też cię kochamy - odpowiedzieli słodko i wszyscy się przytuliliśmy.
Zrobiłam sobie i im śniadanie. Przebrałam się z mokrej "piżamy", w której skład wchodziła bokserka i krótkie spodenki z nike. Gdy byłam gotowa wyszłam już do sklepu, a chłopaki zostali u mnie pod warunkiem, że gdy wrócę dom będzie jeszcze istniał. Niepewnie się zgodzili. Prawdopodobnie dlatego, że nie mieli wyjścia. W pracy byłam już o 8.30.
- Ooo, co tak wcześnie? - zdziwił się Fab.
- Dziękuję za powitanie - zaśmiałam się - Dzisiaj chciałabym wyjść przed 14.00
- Coś się stało?
- Dzisiaj jest najważniejszy dzień w moim życiu. Moi kumple mnie potrzebują - odpowiedziałam krótko i wzięłam się za karmienie 250 zwierzaków. Skończyłam o 12.30. Widocznie mój współpracownik również zakończył swój dział. Już zbierałam się do domu, ale ktoś chwycił mnie za łokieć:
- Poszłabyś ze mną do kawiarni? - spytał nieśmiało.
- Spoko, mam jeszcze 2 godziny - odpowiedziałam z uśmiechem i ruszyliśmy w stronę najlepszej kawiarni w mieście. Często gościły tam różne gwiazdy, ale tym razem nie było tam nikogo znajomego. Zajęliśmy miejsce przy oknie, w które ciągle się wpatrywałam popijając gorącą kawę
- Widzę, że coś nie gra - odezwał się mój towarzysz.
- To tylko strach i niepewność - odpowiedziałam zamyślona.
- Przed czym?
- Dzisiaj jest mecz rewanżowy Borussi Dortmund i Malagi. Dzisiejszy wynik zdecyduje o przejściu do półfinału LM.
- To ty interesujesz się nożną? - spytał zdziwiony. Trochę zaniemówiłam. Przecież nożna to moje całe życie, ale nie mogłam mu tak tego powiedzieć, wiec wyjąkałam tylko: "Tak jakby"
- A za kim jesteś?
- Dortmund - uśmiechnęłam się szeroko - Muszę wspierać kolegów.
- Kolegów? Znasz ich?
- No jasne! Marco, Mario i Robert są moimi najbliższymi i najbardziej nienormalnymi przyjaciółmi jakich kiedykolwiek miałam - zaśmiałam się - Muszę im dopingować.
- To fajnie masz. Sory że tak cię zawalam pytaniami, ale chciałbym cię bardziej poznać.
Nie wiedziałam jak na to zareagować więc tylko się uśmiechnęłam. Patrzyłam się tępo w sufit o niczym nie myśląc. Nagle nade mną pojawiła się uśmeichnięta twarz Marco.
- Ty cioto! Nie masz co robić tylko ludzi straszyć? - spytałam gdy ten usiadł koło mnie.
- Wiesz, że lubię cię wkurzać - odpowiedział całując mnie w policzek na powitanie.
- Poznajcie się: To jest Fabian, chłopak z którym pracuję, a to Marco, piłkarz bvb a zarazem najlepszy kumpel.
- Siema - przywitał się Fab, na co Reus odpowiedział mu tym samym.
- To wy jakoś ten tego? - spytał chłopak śmiejąc się.
- Nie no co ty! - wykrzywiłam się, ale trzeba przyznać Marco był przystojny - My poprostu lubimy się wkurzać i to tak jakby nas połączyło no i jesteśmy przyjaciółmi.
- Noo - potwierdził ziomal - Masz wejściówki na mecz?
- No raczej! Nie mogę was tak zostawić. A gdzie zgubiłeś Mario i Roberta?
- Gdzieś się plączą - odpowiedział monotonnie.
- Nie kłam!
- Co masz na myśli? - spytał. Wiedział, że ja zawsze coś wymyślę.
- Sprzedałeś ich! Marco jak mogłeś!
- Przepraszam... Ale niezły interes zrobiłem. Nie wiedziałem, że aż tak ich kochasz.
- Nie chodzi mi o to głąbie! Nie podzieliłeś się kasą! - rzekłam smutno.
- Ojejuuu , biedactwo. Jak mogę ci to wynagrodzić?
- Postaw mi dzisiaj piwo po meczu i czuj się rozgrzeszony - szturchnęłam go ramieniem.
- No widać dużo was łączy - stwierdził Fab, na co wszyscy się zaśmialiśmy.
Najwyższy czas, by już się zbierać. Za pół torej godziny mecz, a jeszcze musiałam się przygotować. Pożegnałam się z Fabianem, a razem z Marco podążyliśmy do mnie.
- A teraz tak serioo, gdzie oni są? - spytałam.
- Chyba u Ciebie - zmarszczył brwi co miało oznaczyć, że "myśli"
- Yhym... Puścili mój dom z dymem - pomyślałam i przyspieszyliśmy kroku. Gdy zaszłam do domu było całkiem całkiem.
- Siema – przywitałam się pijąc wodę.
- Elo – odkrzyknęli wszyscy.
- Z jakiej okazji wy tu gościcie? – spytałam szybko.
- A no tak jakoś – odezwał się Lewy – Od tego ma się przyjaciół.
- Ta, jasnee – rzekłam z ironią – Mario skąd wytrzasnąłeś ten horror?
- W twoim pokoju leżał – odparł.
- Buszowałeś w moim pokoju?! – wrzasnęłam – Ty małpo!
- Ładnie tam masz – stwierdził – A najbardziej podoba mi się to logo BVB na ścianie.
- Takie sweet – wtórował mu cieniutkim głosikiem Lewus
- Z kim ja żyję – mruknęłam do siebie podpierając „boczki”
- Z nami – odpowiedzieli zgodnie.
- Dzięki, naprawdę nie wiedziałam.
Wzięłam jogurt z lodówki i siadłam między chłopakami.
- Ejj, a my? – spytał Marcp
- Chcesz?
- A jaki?
- Truskafffka! – zaśmiałam się.
- No! – po czym podałam mu jak dziecku do buzi łyżeczkę z jogurtem.
- Ja też istnieję! – wtrącił Mario i potem Lewy. Takim cudem zauważyłam, że po jogurcie zostało tylko opakowanie. Skończyliśmy oglądać horror. Inaczej film który tylko tak się nazywał.
- Wymyśl coś, Mario – odezwałam się.
- Czemu ja? – spytał urażony.
- Bo tylko ty tutaj masz mózg. Tak głosi legenda – odpowiedział Lewy.
- Pochelbiasz mi! – zaśmiał się.
- Nie przyzwyczajaj się za bardzo! – wtrąciłam.
Zeszło nam około godzinę przy tym podobnym monologu. W końcu to nasza paczka.
- Ejj, chłopaki, a wy nie powinniście zbierać się na trening? – zauważyłam.
- Łooosz, kurdę! – wrzasnął Marco – Mamy tam być za 15 minut. Nie wyrobię się.
- Oczywiście, bo przecież musisz jeszcze nałożyć make up – zażartowałam, na co on pokazał mi język, a reszta padła w śmiech. Wybiegli jak tornado z domu zostawiając niezły bałagan. Postanowiłam to ogarnąć, bo do meczu było jeszcze trochę czasu. Gdy skończyłam przyszła już Ania.
- Heej – przywitała się tuląc mnie.
- Siemka. Uff, na szczęście zdążyłam tu ogarnąć – powiedziałam obcierając czoło.
- A co się stało?
- Twój Robercik tu był i ta dwójka. Więcej chyba nie muszę ci mówić – zachichotałam.
- Heheh. No nie musisz. A oni już poszli?
- Taak, na pewno się spóźnią. Normalka.
- Też się do tego przyzwyczaiłam. To jak, gotowa?
- Jak najbardziej, tylko jeszcze wezmę koszulkę i szalik. Zaraz zejdę – krzyknęłam wbiegając po schodach. Po pięciu minutach szłyśmy już wolnym krokiem po chodniku.
- Eee, Nadia! Faceci się za tobą oglądają – zauważyła Anka, obczajając jednego wzrokiem.
- Bez przesady! Nie mam zamiaru mieć faceta – oznajmiłam.
- Uderzyło ci na mózg?! – wrzasnęła ale szybko zciszyła swój ton ze względu na przechodnich.
- Kochana, odkąd się z nimi przyjaźnię, mój mózg w dziwny sposób tak jakby zniknął.
Obydwie się zaśmiałyśmy. Naszą rozmowę przerwał mój telefon. Po raz kolejny człowiekiem dobijającym się do mnie był Teo.
- Siema, stary – przywitałam się jak przystało – Co cię natchnęło, że do mnie zadzwoniłeś?
- Siemka. Ej no bez przesady! Zawsze dzwonię. Co porabiasz?
- Idę na mecz.
- Co? Gdzie? Jaki?
- Mecz. W Dortmundzie. Borussia Dortmund vs Malaga. Ty jesteś piłkarzem, a nie jesteś w tym wyjątkowo obcykany.
- Dobra już nie praw mi morałów.
- Wiesz, że ci nigdy nie prawie, bo nie umiem.
- Hahah. A to jest ćwierćfinałówka?
- Brawo miszczu!
- Za kim jesteś?
- Jeszcze się pytasz?! Heja BVB <3
- Widzę, że przygotowana. Pozdrów trójcę ode mnie.
- Naszą polską trójcę „przenajświętszą”?
- Amen.
- Hahah, jasne, spoko. Ej dobra, Łukasz, ja muszę kończyć. Dochodzę do stadionu. Żegnam.
- Narka, ziom.
Schowałam telefon do kieszeni, a Ania jak zwykle poczęła mnie pytać.
- Kto dzwonił? Chłooopak, hyym? – spytała trącając mnie ramieniem.
- Anka, to Łukasz – oznajmiłam, a jej podniecenie nagle opadło.
- Aha. Ej przecież nie jesteśmy jeszcze przy stadionie!
- Musiałam się go jakoś pozbyć – zaśmiałam się – O patrz! Już widać.
Po kilku minutach weszliśmy do środka świątyni BVB. Skręciłyśmy w stronę sklepu, by zakupić piwo i ruszyliśmy do loży dla VIP-ów. Usadowiłyśmy się wygodnie i czekałyśmy aż nasz klub wyjdzie na murawę i zmierzy się z hiszpanami. Pierwsza połowa zakończyła się remisem, z czego obie drużyny nie były zadowolone, a tym bardziej Dortmund. Gdyby taki wynik pozostał Malaga przeszłaby dalej. Postanowiłyśmy pójść do szatni chłopaków.
- Siemka! – przywitałam się.
- Ooo, witaj Nadka – uśmiechnęli się szeroko. Niestety innym nie było do śmiechu.
- Ejj, co jest? – spytałam siadając na ziemi przed nimi.
- Obawiamy się, że nie będziemy w półfinale – odezwał się Mario.
- Ejj, co wy wygadujecie?!
- Jesteśmy już wykończeni – poinformował mnie Weidenfeller.
- Chłopaki! Możecie wszystko, jeśli tylko chcecie! Nie traćcie nadzieji, bo ona umiera ostatnia. Wierzę w was, bo wiem że możecie zdziałać cuda. Mario, Marco, Robert, ogarnijcie się! Wygracie to! Piłka nożna ponad wszystko, wychowało was boisko! – krzyknęłam i wyszłam.
Druga połowa była bardziej fascynująca. Wynik był jeszcze gorszy dla naszego ukochanego klubu, a mianowicie 2:1 dla przeciwników. Czekaliśmy w napięciu wyśpiewując hymn Borussi Dortmund. W końcu nadeszła 89 minta i 50 sekund. Kilka osób już opuściło trybuny, a Ania bez podniecenia podpierała głowę. Z chęcią zrobiłabym to co ona, ale przecież muszę ich wspierać! Wszyscy zapewne myśleli, że Borussia nie wejdzie do półfinału, ale ja w głębi duszy wierzyłam, że mogą zdziałać cuda. Na szczęście dołożył 4 minuty czasu, ale czy to zmieni sytuację? „Reus w polu karnym, Reus, Reus i goooool”, na te słowa krzyczałam tak głośno, że myślałam, że stracę głos. Jeszcze tylko 2 minuty… Jeden gol dzieli BVB do półfinału…. Jeszcze tylko minuta… Jest! Goooool, którego strzelcem był Felipe Santana. Ania skakała z radości, a ja zakryłam dłonią lewą połowę twarzy. Po policzkach spłynął potok łez. Marco to zauważył i wyszedł na trybuny, a kibice skierowali swój wzrok na niego idącego w moją stronę.
- Chodź na murawę – powiedział chwytając mnie za łokieć.
- Nie, Marco. Ja nie pójdę – sprzeciwiałam się. Po chwili koło mnie zjawili się Mario i Lewy. Robert ucałował w policzek swoją ukochaną i wziął mnie na ręce, a chłopaki mu pomogli. Takim sposobem wynieśli mnie na murawę zwycięstwa. Wyglądałam jak jakiś matoł. Spłakana, zszokowana a zarazem szczęśliwa jak nigdy!
- Oooo.. Nasz ziomuś się rozpłakał – przytulili mnie chłopaki.
- Ej, ej ludzie! Proszę o ciszę – zawołał głośno Mario – To właśnie dla tej osoby, naszej przyjaciółki postanowiliśmy dać z siebie wszystko na tym meczu. Jest naszą najwierniejszą fanką jaką tylko znam. Z resztą to widać – uśmiechnął się do mnie, a ja otarłam łzę – Ona do końca w nas wierzyła, że stanie się cud. Były już 2 minuty do końca, a z jej twarzy nie znikał obraz silnych emocji. Zmotywowała nas i przez to jesteśmy zwycięzcami. Bo jak mówiła: Piłka nożna ponad wszystko, wychowało nas boisko. Dzięki, ziom.
Wszyscy się objęliśmy, a na nas skoczyli chłopaki, aż tak, że cała nasza czwórka padła na ziemię. Nie ukrywam, nie za przyjemne było to uczucie mieć na sobie 11 spoconych mężczyzn. Wszyscy już opuścili trybuny. Tylko zostałam ja i Ania, bo czekałyśmy na chłopaków.
- Miło to było ze strony Mario – stwierdziłam z uśmiechem.
- Nati… Muszę podzielić się z Tobą moimi myślami – wyznała.
- No słucham, jaką tym razem głupotę palniesz? – spytałam zapatrzona w zieloną trawę stadionu. W myśli miałam mecz który odbył się przed chwilą. To było takie piękne.
- Ej, ty mnie słuchasz? – spytała moja towarzyszka.
- Co? No, pewnie. Nie …  - zaśmiałam się.
- Sądzę, że ty zaczęłaś się podobać Mario – uśmiechnęła się rozmarzona.
- Poje*ało cię?! – wrzasnęłam – To tylko kumpel. On mnie też uważa za ziomka i tak pozostanie.
- No, okey, okey. Ja tylko powiedziałam co myślę.
Zeszłyśmy z trybun, ponieważ Ania ujrzała Roberta. Szybko zbiegłyśmy, a ona rzuciła mu się w ramiona i zaczęli się namiętnie całować, a ja szłam w przodzie pomiędzy Marco a Mario.
- Łee .. Wymieniają się śliną – skrzywił się Reus.
- Rzygam tęczą – stwierdziłam.
- Ja chyba też rzygnę, ale to nie będzie przypominało tęczy – zaśmiał się blondyn i przybilismy żółwika.
- Słodko to wygląda – powiedział Gotze, oglądając się za siebie, a my spiorunowaliśmy go dziwnym spojrzeniem. To muszę przyznać, że to było trochę dziwaczne, nie w stylu „Niemieckiego Messiego”, ale postanowiłam o tym nie myśleć. Niestety, cały czas krążyły mi w głowie słowa mojej przyjaciółki. Ocknęłam się gdy zaatakowałam glebę potykając się o krawężnik przy domu Lewego. Ku mojemu nieszczęściu rozdarłam sobie czoło i łokieć. Ale głowa wyglądała gorzej. Szybko weszłam do domu.
- Nic ci nie jest? – spytała troskliwie Ania.
- Może chcesz coś do picia? – zaproponował Marco.
- Trzeba to odkazić – zdecydował Robert.
- Ej, spoko! To tylko przecięcie, nie jestem inwalidą! Nic mi nie jest. Weźcie się ogarnijcie! – wrzasnęłam.
- A tej to co? – szepnął Mario do Marco.
- Kobiece sprawy – wtrąciła nasza kumpela, na co ja rzuciłam w jej stronę poduszką. Trafiła ją i Gotzego.
- A to co było?! – spytał głośno Mario podchodząc do mnie.
- Sądzę, że poduszka – zaśmiałam się, a ten zaczął mnie łaskotać.
- Le… Lewy pomóż! – wyjąkałam cała spłakana ze śmiechu.
- Na głupotę nie ma rady – stwierdził, a w akcję wkroczył Marco. Byłam mu wdzięczna, że mnie uratował. Brzuch bardzo mnie bolał.
- Ej, stary co ty robisz? – warknął brunet znęcający się nade mną.
- Ratuje ci skórę. Kiedyś mi podziękujesz – wyjaśnił niejasno blondyn.
- On dobrze gada, polać mu – krzyknęłam i przybiłam piątkę z Reusem.
- Yeaa – odezwaliśmy się równo.
- Ejj, właśnie trzeba jakoś uczcić tą wygraną! – wpadła na pomysł pani Lewandowska.
- Poczekajcie do jutra – zaproponował Robert.
- Aaaaa no przecież, nasza Naduśka ma urodzinkiii! – wrzasnął Mario.
- Aniuu, co ci jest? – spytałam widząc, że moja przyjaciółka posmutniała.
- Wyjeżdżam dzisiaj. Sprawy zawodowe. Wrócę dopiero za tydzień.
- Ty oszalałaś?! Zostawisz mnie z tymi …. – nie dokończyłam. Może lepiej nie.
- Poradzisz sobie – stwierdziła.
- Ale jazdaaaa! – pocierał dłonie Lewy.
- Nie ciesz się, będę z Duśką w stałym kontakcie – uprzedziła go Anka.
- Nie nazywaj mnie taak! – udałam obrażoną, a chłopaki w kółko zaczęli to powtarzać.
- I ja mam niby z nimi zostać? – spytałam podnosząc jedną brew i patrząc na chłopaków jak tańczą.
- Powodzenia – poklepała mnie po ramieniu.
- Przyda się! – pokiwałam głową.
- Ja spadam – oznajmiłam.
- Nie idź jeszczeee! – prosił Robert.
- Naciesz się Anią. Coś czuję, że ta noc będzie długa – mrugnęłam w stronę zakochańców.
- To my idziemy z Tobą – krzyknął Gotzeus.
- Oooo, patrz jak się o mnie martwią – wystrzeżyłam ząbki – Trafię sama.
Nareszcie ubłagałam sobie ciszę. Siadłam na kanapie zapalając nocną lampkę stojącą. Wzięłam w ręce nasze wspólne zdjęcie na którym wszyscy mieli ułomne miny. Zaśmiałam się sama do siebie i przytuliłam ramkę z fotografią.
- Co ja bym bez nich zrobiła … - westchnęłam i zaczęłam czytać książkę „Echa miłości”. Jest świetna. Byłam w takim ważnym momencie, i jak na przekór zadzwonił telefon. To znów Teodorczyk. Jezuuu, co go opętało?!
- Halo … - przywitałam go monotonnie.
- A tobie co? – spytał podobnie jak Gotze.
- Nudzi ci się?
- Skąd wiesz?
- Intuicja – rzuciłam sarkazm.
- A jak mecz? Bo coś słaba w głosie jesteś – zauważył bramkarz.
- Wygrali – pisnęłam – Ale mnie brzuch cholernie booli, bo Mario zaczął mnie łaskotać, a po meczu chłopaki wzięli mnie przed wszystkimi na rękach i wyprowadzili na murawę i …
Zaczęłam mu opowiadać co wydarzyło się dzisiejszego dnia i jak mnie maltreutują chłopaki. Trochę mi to zajęło.
- To świetnie! Hahaha, nie no oni są niemożliwi.
- Taa, nawet bardziej niż myślisz – odpowiedziałam wspominając słowa Ani.
- Co porabiasz?
- Czytam książkę. Jestem właśnie w najciekawszym momencie – podkreśliłam głośno dwa ostatnie słowa.
- Ojj .. To sorka, bejb!
- Dobra, ja kończę. Chcę mieć trochę spokoju. Nareszcie pozbyłam się tych ćwoków. Napisze lub zadzwonię jutro. Trzymaj się.
- Pa, mała.
Rozłączyłam się i zatopiłam się w wyrazach utworu. Nawet się nie spostrzegłam, a była już 23.00. Na szczęście nie musiałam iść jutro do pracy chociaż był czwartek. Jutro moje urodziny. Już nie mogłam się doczekać. Myślę nad zrobieniu jakiejś małej imprezki. Tylko nasza czwórka. Ale u mnie chata nie jest zbyt obszerna, więc raczej nie. Dobra. Pójdę spać i jutro nad tym pomyślę. Tak słodko mi się spało… O godzinie 00:01 dostałam smsa od mojego starego przyjaciela:
Wszystkiego najlepszego, kochana <3. Łukasz”
Uśmiechnęłam się do ekranu, przykryłam miękką kołdrą i szybko zasnęłam.


Bo nic nie uszczęśliwia tak bardzo jak Borussia. Nikt cię nie zrozumie, kto nie wie jak to jest gdy piłka to twoje drugie życie ….”

_________________________________________________

Komentarze mile widziane, a jeśli nie możecie ich dodać, to chociaż polećcie komuś innemu tego bloga. To dla mnie ważne :* Dziękuję za fatygę