piątek, 10 maja 2013

Rozdział drugi.



Przebudziłam się około 6.00, lecz nie ze swojej woli. Zbudziły mnie głośne krzyki chłopaków, kręcących się po moim domu.
- Głośniej się nie da? - mruknęłam zaspana zakrywając głowę kołdrą.
- Oooo ... Nasza księżniczka wstała! - krzyknął Robert uśmiechnięty.
- Głucha nie jestem, idiooto.
- Ja tak pięknie do ciebie mówie, a ty?
- Zamknij się! Ide spać... - poprawiłam poduszkę, a Mario wziął mi kołdrę - Bez niej też zasnę.
- No, wątpię - mruknął Marco ocierając palcem końcówkę nosa i idąc po schodach na dół. Nie kumałam dokładnie o co mu chodzi, więc postanowiłam sobie cichutko leżeć na moim łóżku. Po minucie poczułam na sobie lodowatą wodę. Byłam cała mokra.
- Aaaa, wy chu*e! - wymksnęło mi się przez przypadek. Ale to z powodu mocnego wkurzenia.
- Ejejejj , wypraszam sobie! - wrzasnął Mario gestykulując rękami.
- To nie ja! - odpowiedział Lewy, a mina Marco mówiła "Zamknij się, durniu!". Przeniosłam swój wzrok na niego, a on mocno się wystrzeżył i wybiegłam szybko za nim z pokoju.
- Marco ty ciotoo głupia! - zawołałam biegając po całym domu - Patrz jak ja wyglądam! Cała mokra!
- Nadia, ciota nigdy nie jest mądra - wtrącił Robert - Ślicznie wyglądasz!
- Weź się przymknij! – odpowiedziałam.
W końcu dopadłam go na kanapie i zaczęliśmy się bić. Rozdzielili nas chłopcy, którym też się dostało. Ale niechcący.
- Walnęłaś mnie w żebroo! - skarżył się Reus.
- A ty mnie ośliniłeś! - odpysknęłam.
- Dobra, ej rozejm! - krzyknął Mario.
- Jasne - mruknęłam podając mu rękę - Jeeezu a tak w ogóle to co wy tu robicie?!
- Przyszliśmy cię odwiedzić - uśmiechnął się szeroko Marco.
- Tak wcześnie? Odwaliło wam?! Mieszkanie było zamknięte - zauważyłam.
- Mam klucze - pomachał mi nimi Lewy.
- Skąd?!
- Twój ojciec mi dał, żebym się tobą opiekował w razie czego. Więc dzisiaj przypadł taki dzień - zaśmiał się.
- Okey, już was nie ogarniam! Jakie matooły!
- Też cię kochamy - odpowiedzieli słodko i wszyscy się przytuliliśmy.
Zrobiłam sobie i im śniadanie. Przebrałam się z mokrej "piżamy", w której skład wchodziła bokserka i krótkie spodenki z nike. Gdy byłam gotowa wyszłam już do sklepu, a chłopaki zostali u mnie pod warunkiem, że gdy wrócę dom będzie jeszcze istniał. Niepewnie się zgodzili. Prawdopodobnie dlatego, że nie mieli wyjścia. W pracy byłam już o 8.30.
- Ooo, co tak wcześnie? - zdziwił się Fab.
- Dziękuję za powitanie - zaśmiałam się - Dzisiaj chciałabym wyjść przed 14.00
- Coś się stało?
- Dzisiaj jest najważniejszy dzień w moim życiu. Moi kumple mnie potrzebują - odpowiedziałam krótko i wzięłam się za karmienie 250 zwierzaków. Skończyłam o 12.30. Widocznie mój współpracownik również zakończył swój dział. Już zbierałam się do domu, ale ktoś chwycił mnie za łokieć:
- Poszłabyś ze mną do kawiarni? - spytał nieśmiało.
- Spoko, mam jeszcze 2 godziny - odpowiedziałam z uśmiechem i ruszyliśmy w stronę najlepszej kawiarni w mieście. Często gościły tam różne gwiazdy, ale tym razem nie było tam nikogo znajomego. Zajęliśmy miejsce przy oknie, w które ciągle się wpatrywałam popijając gorącą kawę
- Widzę, że coś nie gra - odezwał się mój towarzysz.
- To tylko strach i niepewność - odpowiedziałam zamyślona.
- Przed czym?
- Dzisiaj jest mecz rewanżowy Borussi Dortmund i Malagi. Dzisiejszy wynik zdecyduje o przejściu do półfinału LM.
- To ty interesujesz się nożną? - spytał zdziwiony. Trochę zaniemówiłam. Przecież nożna to moje całe życie, ale nie mogłam mu tak tego powiedzieć, wiec wyjąkałam tylko: "Tak jakby"
- A za kim jesteś?
- Dortmund - uśmiechnęłam się szeroko - Muszę wspierać kolegów.
- Kolegów? Znasz ich?
- No jasne! Marco, Mario i Robert są moimi najbliższymi i najbardziej nienormalnymi przyjaciółmi jakich kiedykolwiek miałam - zaśmiałam się - Muszę im dopingować.
- To fajnie masz. Sory że tak cię zawalam pytaniami, ale chciałbym cię bardziej poznać.
Nie wiedziałam jak na to zareagować więc tylko się uśmiechnęłam. Patrzyłam się tępo w sufit o niczym nie myśląc. Nagle nade mną pojawiła się uśmeichnięta twarz Marco.
- Ty cioto! Nie masz co robić tylko ludzi straszyć? - spytałam gdy ten usiadł koło mnie.
- Wiesz, że lubię cię wkurzać - odpowiedział całując mnie w policzek na powitanie.
- Poznajcie się: To jest Fabian, chłopak z którym pracuję, a to Marco, piłkarz bvb a zarazem najlepszy kumpel.
- Siema - przywitał się Fab, na co Reus odpowiedział mu tym samym.
- To wy jakoś ten tego? - spytał chłopak śmiejąc się.
- Nie no co ty! - wykrzywiłam się, ale trzeba przyznać Marco był przystojny - My poprostu lubimy się wkurzać i to tak jakby nas połączyło no i jesteśmy przyjaciółmi.
- Noo - potwierdził ziomal - Masz wejściówki na mecz?
- No raczej! Nie mogę was tak zostawić. A gdzie zgubiłeś Mario i Roberta?
- Gdzieś się plączą - odpowiedział monotonnie.
- Nie kłam!
- Co masz na myśli? - spytał. Wiedział, że ja zawsze coś wymyślę.
- Sprzedałeś ich! Marco jak mogłeś!
- Przepraszam... Ale niezły interes zrobiłem. Nie wiedziałem, że aż tak ich kochasz.
- Nie chodzi mi o to głąbie! Nie podzieliłeś się kasą! - rzekłam smutno.
- Ojejuuu , biedactwo. Jak mogę ci to wynagrodzić?
- Postaw mi dzisiaj piwo po meczu i czuj się rozgrzeszony - szturchnęłam go ramieniem.
- No widać dużo was łączy - stwierdził Fab, na co wszyscy się zaśmialiśmy.
Najwyższy czas, by już się zbierać. Za pół torej godziny mecz, a jeszcze musiałam się przygotować. Pożegnałam się z Fabianem, a razem z Marco podążyliśmy do mnie.
- A teraz tak serioo, gdzie oni są? - spytałam.
- Chyba u Ciebie - zmarszczył brwi co miało oznaczyć, że "myśli"
- Yhym... Puścili mój dom z dymem - pomyślałam i przyspieszyliśmy kroku. Gdy zaszłam do domu było całkiem całkiem.
- Siema – przywitałam się pijąc wodę.
- Elo – odkrzyknęli wszyscy.
- Z jakiej okazji wy tu gościcie? – spytałam szybko.
- A no tak jakoś – odezwał się Lewy – Od tego ma się przyjaciół.
- Ta, jasnee – rzekłam z ironią – Mario skąd wytrzasnąłeś ten horror?
- W twoim pokoju leżał – odparł.
- Buszowałeś w moim pokoju?! – wrzasnęłam – Ty małpo!
- Ładnie tam masz – stwierdził – A najbardziej podoba mi się to logo BVB na ścianie.
- Takie sweet – wtórował mu cieniutkim głosikiem Lewus
- Z kim ja żyję – mruknęłam do siebie podpierając „boczki”
- Z nami – odpowiedzieli zgodnie.
- Dzięki, naprawdę nie wiedziałam.
Wzięłam jogurt z lodówki i siadłam między chłopakami.
- Ejj, a my? – spytał Marcp
- Chcesz?
- A jaki?
- Truskafffka! – zaśmiałam się.
- No! – po czym podałam mu jak dziecku do buzi łyżeczkę z jogurtem.
- Ja też istnieję! – wtrącił Mario i potem Lewy. Takim cudem zauważyłam, że po jogurcie zostało tylko opakowanie. Skończyliśmy oglądać horror. Inaczej film który tylko tak się nazywał.
- Wymyśl coś, Mario – odezwałam się.
- Czemu ja? – spytał urażony.
- Bo tylko ty tutaj masz mózg. Tak głosi legenda – odpowiedział Lewy.
- Pochelbiasz mi! – zaśmiał się.
- Nie przyzwyczajaj się za bardzo! – wtrąciłam.
Zeszło nam około godzinę przy tym podobnym monologu. W końcu to nasza paczka.
- Ejj, chłopaki, a wy nie powinniście zbierać się na trening? – zauważyłam.
- Łooosz, kurdę! – wrzasnął Marco – Mamy tam być za 15 minut. Nie wyrobię się.
- Oczywiście, bo przecież musisz jeszcze nałożyć make up – zażartowałam, na co on pokazał mi język, a reszta padła w śmiech. Wybiegli jak tornado z domu zostawiając niezły bałagan. Postanowiłam to ogarnąć, bo do meczu było jeszcze trochę czasu. Gdy skończyłam przyszła już Ania.
- Heej – przywitała się tuląc mnie.
- Siemka. Uff, na szczęście zdążyłam tu ogarnąć – powiedziałam obcierając czoło.
- A co się stało?
- Twój Robercik tu był i ta dwójka. Więcej chyba nie muszę ci mówić – zachichotałam.
- Heheh. No nie musisz. A oni już poszli?
- Taak, na pewno się spóźnią. Normalka.
- Też się do tego przyzwyczaiłam. To jak, gotowa?
- Jak najbardziej, tylko jeszcze wezmę koszulkę i szalik. Zaraz zejdę – krzyknęłam wbiegając po schodach. Po pięciu minutach szłyśmy już wolnym krokiem po chodniku.
- Eee, Nadia! Faceci się za tobą oglądają – zauważyła Anka, obczajając jednego wzrokiem.
- Bez przesady! Nie mam zamiaru mieć faceta – oznajmiłam.
- Uderzyło ci na mózg?! – wrzasnęła ale szybko zciszyła swój ton ze względu na przechodnich.
- Kochana, odkąd się z nimi przyjaźnię, mój mózg w dziwny sposób tak jakby zniknął.
Obydwie się zaśmiałyśmy. Naszą rozmowę przerwał mój telefon. Po raz kolejny człowiekiem dobijającym się do mnie był Teo.
- Siema, stary – przywitałam się jak przystało – Co cię natchnęło, że do mnie zadzwoniłeś?
- Siemka. Ej no bez przesady! Zawsze dzwonię. Co porabiasz?
- Idę na mecz.
- Co? Gdzie? Jaki?
- Mecz. W Dortmundzie. Borussia Dortmund vs Malaga. Ty jesteś piłkarzem, a nie jesteś w tym wyjątkowo obcykany.
- Dobra już nie praw mi morałów.
- Wiesz, że ci nigdy nie prawie, bo nie umiem.
- Hahah. A to jest ćwierćfinałówka?
- Brawo miszczu!
- Za kim jesteś?
- Jeszcze się pytasz?! Heja BVB <3
- Widzę, że przygotowana. Pozdrów trójcę ode mnie.
- Naszą polską trójcę „przenajświętszą”?
- Amen.
- Hahah, jasne, spoko. Ej dobra, Łukasz, ja muszę kończyć. Dochodzę do stadionu. Żegnam.
- Narka, ziom.
Schowałam telefon do kieszeni, a Ania jak zwykle poczęła mnie pytać.
- Kto dzwonił? Chłooopak, hyym? – spytała trącając mnie ramieniem.
- Anka, to Łukasz – oznajmiłam, a jej podniecenie nagle opadło.
- Aha. Ej przecież nie jesteśmy jeszcze przy stadionie!
- Musiałam się go jakoś pozbyć – zaśmiałam się – O patrz! Już widać.
Po kilku minutach weszliśmy do środka świątyni BVB. Skręciłyśmy w stronę sklepu, by zakupić piwo i ruszyliśmy do loży dla VIP-ów. Usadowiłyśmy się wygodnie i czekałyśmy aż nasz klub wyjdzie na murawę i zmierzy się z hiszpanami. Pierwsza połowa zakończyła się remisem, z czego obie drużyny nie były zadowolone, a tym bardziej Dortmund. Gdyby taki wynik pozostał Malaga przeszłaby dalej. Postanowiłyśmy pójść do szatni chłopaków.
- Siemka! – przywitałam się.
- Ooo, witaj Nadka – uśmiechnęli się szeroko. Niestety innym nie było do śmiechu.
- Ejj, co jest? – spytałam siadając na ziemi przed nimi.
- Obawiamy się, że nie będziemy w półfinale – odezwał się Mario.
- Ejj, co wy wygadujecie?!
- Jesteśmy już wykończeni – poinformował mnie Weidenfeller.
- Chłopaki! Możecie wszystko, jeśli tylko chcecie! Nie traćcie nadzieji, bo ona umiera ostatnia. Wierzę w was, bo wiem że możecie zdziałać cuda. Mario, Marco, Robert, ogarnijcie się! Wygracie to! Piłka nożna ponad wszystko, wychowało was boisko! – krzyknęłam i wyszłam.
Druga połowa była bardziej fascynująca. Wynik był jeszcze gorszy dla naszego ukochanego klubu, a mianowicie 2:1 dla przeciwników. Czekaliśmy w napięciu wyśpiewując hymn Borussi Dortmund. W końcu nadeszła 89 minta i 50 sekund. Kilka osób już opuściło trybuny, a Ania bez podniecenia podpierała głowę. Z chęcią zrobiłabym to co ona, ale przecież muszę ich wspierać! Wszyscy zapewne myśleli, że Borussia nie wejdzie do półfinału, ale ja w głębi duszy wierzyłam, że mogą zdziałać cuda. Na szczęście dołożył 4 minuty czasu, ale czy to zmieni sytuację? „Reus w polu karnym, Reus, Reus i goooool”, na te słowa krzyczałam tak głośno, że myślałam, że stracę głos. Jeszcze tylko 2 minuty… Jeden gol dzieli BVB do półfinału…. Jeszcze tylko minuta… Jest! Goooool, którego strzelcem był Felipe Santana. Ania skakała z radości, a ja zakryłam dłonią lewą połowę twarzy. Po policzkach spłynął potok łez. Marco to zauważył i wyszedł na trybuny, a kibice skierowali swój wzrok na niego idącego w moją stronę.
- Chodź na murawę – powiedział chwytając mnie za łokieć.
- Nie, Marco. Ja nie pójdę – sprzeciwiałam się. Po chwili koło mnie zjawili się Mario i Lewy. Robert ucałował w policzek swoją ukochaną i wziął mnie na ręce, a chłopaki mu pomogli. Takim sposobem wynieśli mnie na murawę zwycięstwa. Wyglądałam jak jakiś matoł. Spłakana, zszokowana a zarazem szczęśliwa jak nigdy!
- Oooo.. Nasz ziomuś się rozpłakał – przytulili mnie chłopaki.
- Ej, ej ludzie! Proszę o ciszę – zawołał głośno Mario – To właśnie dla tej osoby, naszej przyjaciółki postanowiliśmy dać z siebie wszystko na tym meczu. Jest naszą najwierniejszą fanką jaką tylko znam. Z resztą to widać – uśmiechnął się do mnie, a ja otarłam łzę – Ona do końca w nas wierzyła, że stanie się cud. Były już 2 minuty do końca, a z jej twarzy nie znikał obraz silnych emocji. Zmotywowała nas i przez to jesteśmy zwycięzcami. Bo jak mówiła: Piłka nożna ponad wszystko, wychowało nas boisko. Dzięki, ziom.
Wszyscy się objęliśmy, a na nas skoczyli chłopaki, aż tak, że cała nasza czwórka padła na ziemię. Nie ukrywam, nie za przyjemne było to uczucie mieć na sobie 11 spoconych mężczyzn. Wszyscy już opuścili trybuny. Tylko zostałam ja i Ania, bo czekałyśmy na chłopaków.
- Miło to było ze strony Mario – stwierdziłam z uśmiechem.
- Nati… Muszę podzielić się z Tobą moimi myślami – wyznała.
- No słucham, jaką tym razem głupotę palniesz? – spytałam zapatrzona w zieloną trawę stadionu. W myśli miałam mecz który odbył się przed chwilą. To było takie piękne.
- Ej, ty mnie słuchasz? – spytała moja towarzyszka.
- Co? No, pewnie. Nie …  - zaśmiałam się.
- Sądzę, że ty zaczęłaś się podobać Mario – uśmiechnęła się rozmarzona.
- Poje*ało cię?! – wrzasnęłam – To tylko kumpel. On mnie też uważa za ziomka i tak pozostanie.
- No, okey, okey. Ja tylko powiedziałam co myślę.
Zeszłyśmy z trybun, ponieważ Ania ujrzała Roberta. Szybko zbiegłyśmy, a ona rzuciła mu się w ramiona i zaczęli się namiętnie całować, a ja szłam w przodzie pomiędzy Marco a Mario.
- Łee .. Wymieniają się śliną – skrzywił się Reus.
- Rzygam tęczą – stwierdziłam.
- Ja chyba też rzygnę, ale to nie będzie przypominało tęczy – zaśmiał się blondyn i przybilismy żółwika.
- Słodko to wygląda – powiedział Gotze, oglądając się za siebie, a my spiorunowaliśmy go dziwnym spojrzeniem. To muszę przyznać, że to było trochę dziwaczne, nie w stylu „Niemieckiego Messiego”, ale postanowiłam o tym nie myśleć. Niestety, cały czas krążyły mi w głowie słowa mojej przyjaciółki. Ocknęłam się gdy zaatakowałam glebę potykając się o krawężnik przy domu Lewego. Ku mojemu nieszczęściu rozdarłam sobie czoło i łokieć. Ale głowa wyglądała gorzej. Szybko weszłam do domu.
- Nic ci nie jest? – spytała troskliwie Ania.
- Może chcesz coś do picia? – zaproponował Marco.
- Trzeba to odkazić – zdecydował Robert.
- Ej, spoko! To tylko przecięcie, nie jestem inwalidą! Nic mi nie jest. Weźcie się ogarnijcie! – wrzasnęłam.
- A tej to co? – szepnął Mario do Marco.
- Kobiece sprawy – wtrąciła nasza kumpela, na co ja rzuciłam w jej stronę poduszką. Trafiła ją i Gotzego.
- A to co było?! – spytał głośno Mario podchodząc do mnie.
- Sądzę, że poduszka – zaśmiałam się, a ten zaczął mnie łaskotać.
- Le… Lewy pomóż! – wyjąkałam cała spłakana ze śmiechu.
- Na głupotę nie ma rady – stwierdził, a w akcję wkroczył Marco. Byłam mu wdzięczna, że mnie uratował. Brzuch bardzo mnie bolał.
- Ej, stary co ty robisz? – warknął brunet znęcający się nade mną.
- Ratuje ci skórę. Kiedyś mi podziękujesz – wyjaśnił niejasno blondyn.
- On dobrze gada, polać mu – krzyknęłam i przybiłam piątkę z Reusem.
- Yeaa – odezwaliśmy się równo.
- Ejj, właśnie trzeba jakoś uczcić tą wygraną! – wpadła na pomysł pani Lewandowska.
- Poczekajcie do jutra – zaproponował Robert.
- Aaaaa no przecież, nasza Naduśka ma urodzinkiii! – wrzasnął Mario.
- Aniuu, co ci jest? – spytałam widząc, że moja przyjaciółka posmutniała.
- Wyjeżdżam dzisiaj. Sprawy zawodowe. Wrócę dopiero za tydzień.
- Ty oszalałaś?! Zostawisz mnie z tymi …. – nie dokończyłam. Może lepiej nie.
- Poradzisz sobie – stwierdziła.
- Ale jazdaaaa! – pocierał dłonie Lewy.
- Nie ciesz się, będę z Duśką w stałym kontakcie – uprzedziła go Anka.
- Nie nazywaj mnie taak! – udałam obrażoną, a chłopaki w kółko zaczęli to powtarzać.
- I ja mam niby z nimi zostać? – spytałam podnosząc jedną brew i patrząc na chłopaków jak tańczą.
- Powodzenia – poklepała mnie po ramieniu.
- Przyda się! – pokiwałam głową.
- Ja spadam – oznajmiłam.
- Nie idź jeszczeee! – prosił Robert.
- Naciesz się Anią. Coś czuję, że ta noc będzie długa – mrugnęłam w stronę zakochańców.
- To my idziemy z Tobą – krzyknął Gotzeus.
- Oooo, patrz jak się o mnie martwią – wystrzeżyłam ząbki – Trafię sama.
Nareszcie ubłagałam sobie ciszę. Siadłam na kanapie zapalając nocną lampkę stojącą. Wzięłam w ręce nasze wspólne zdjęcie na którym wszyscy mieli ułomne miny. Zaśmiałam się sama do siebie i przytuliłam ramkę z fotografią.
- Co ja bym bez nich zrobiła … - westchnęłam i zaczęłam czytać książkę „Echa miłości”. Jest świetna. Byłam w takim ważnym momencie, i jak na przekór zadzwonił telefon. To znów Teodorczyk. Jezuuu, co go opętało?!
- Halo … - przywitałam go monotonnie.
- A tobie co? – spytał podobnie jak Gotze.
- Nudzi ci się?
- Skąd wiesz?
- Intuicja – rzuciłam sarkazm.
- A jak mecz? Bo coś słaba w głosie jesteś – zauważył bramkarz.
- Wygrali – pisnęłam – Ale mnie brzuch cholernie booli, bo Mario zaczął mnie łaskotać, a po meczu chłopaki wzięli mnie przed wszystkimi na rękach i wyprowadzili na murawę i …
Zaczęłam mu opowiadać co wydarzyło się dzisiejszego dnia i jak mnie maltreutują chłopaki. Trochę mi to zajęło.
- To świetnie! Hahaha, nie no oni są niemożliwi.
- Taa, nawet bardziej niż myślisz – odpowiedziałam wspominając słowa Ani.
- Co porabiasz?
- Czytam książkę. Jestem właśnie w najciekawszym momencie – podkreśliłam głośno dwa ostatnie słowa.
- Ojj .. To sorka, bejb!
- Dobra, ja kończę. Chcę mieć trochę spokoju. Nareszcie pozbyłam się tych ćwoków. Napisze lub zadzwonię jutro. Trzymaj się.
- Pa, mała.
Rozłączyłam się i zatopiłam się w wyrazach utworu. Nawet się nie spostrzegłam, a była już 23.00. Na szczęście nie musiałam iść jutro do pracy chociaż był czwartek. Jutro moje urodziny. Już nie mogłam się doczekać. Myślę nad zrobieniu jakiejś małej imprezki. Tylko nasza czwórka. Ale u mnie chata nie jest zbyt obszerna, więc raczej nie. Dobra. Pójdę spać i jutro nad tym pomyślę. Tak słodko mi się spało… O godzinie 00:01 dostałam smsa od mojego starego przyjaciela:
Wszystkiego najlepszego, kochana <3. Łukasz”
Uśmiechnęłam się do ekranu, przykryłam miękką kołdrą i szybko zasnęłam.


Bo nic nie uszczęśliwia tak bardzo jak Borussia. Nikt cię nie zrozumie, kto nie wie jak to jest gdy piłka to twoje drugie życie ….”

_________________________________________________

Komentarze mile widziane, a jeśli nie możecie ich dodać, to chociaż polećcie komuś innemu tego bloga. To dla mnie ważne :* Dziękuję za fatygę

2 komentarze: