Obudziłam się rano z
okropnym bólem głowy. Niewiem jak to się stało, ale na mnie spał Lewy. Marco
przebudził się już wcześniej i siedział podpierając głowę.
- Jak było na dywanie? - spytałam cicho.
- Zajebiście wiesz? - powiedział sarkastycznie - Ale się wczoraj opiliśmy. Pamiętasz cokolwiek?
Pokręciłam przecząco głową. Obudziłam niechcący Roberta. Miałam zamiar odrzucić w tył włosy, ale uderzyłam go w nos. Ja to zawsze umiem dokuczyć.
- Ałaaa! - krzyknął.
- Nie wrzeszcz do cholery - powiedziałam wkurzona - I złaź ze mnie bo za lekki to ty nie jesteś!
- Sorry. Hahahahah - roześmiał się w głos.
- Zamknij się! - odparliśmy ja i Marco. Lewy nie rozumiał jak to jest opić się po raz pierwszy na maksa.
- Co cię tak śmieszy cioto? - mimo to, że ból mi dokuczał, nie mogłam sobie podarować przezwisk z rana słanych do moich kochanych kumpli.
- Looknij w lustro, kocie - mrugnął. Podeszłam, a raczej powlekłam się do lustra. Czułam się jakbym miała zaraz umierać. Spojrzałam w lustro. Miałam zaspane oczy, ale mogę się założyć, że nie to go rozbawiło. Miałam narysowane wąsy kota i dużą kropkę na nosie. No nawet fajnie mi tak było, ale gdy dowiedziałam się, że to jest narysowane flamastrem byłam wkurzona. Miałam nadzieję, że się zmyje.
- Mrauuć - zaśmiał się Reus.
- Ty się lepiej zamknij. Idź po tabletki - rzuciłam się na sofę - Umieram.
- Alleluja! - zaśpiewał Robert, za co dostał kuksańca w bok. Oczywiście, zbudził Mario. Tak słodko mu się spało, no ale przecież jak wszyscy to wszyscy.
- Żyjecie? - spytał nie otwierając oczu.
- Ja nie - odpowiedziałam - Marco, kurw* gdzie ty poszedłeś po te tabletki?
- Już idę - oznajmił znużony - Masz.
- Dwie daj.
- Okey.
Zażyłam tabletki. Po 15 minutach zadzwonił telefon. To był Wojtek:
- Siemka beeejb! - krzyknął do słuchawki.
- Zamknij się, Szczęsny - powiedziałam przez zaciśnięte zęby.
- Oooo widzę, że się zabalowało - zaśmiał się.
- Bo się rozłączę! - pogroziłam.
- Oke, oke. Jak tam?
- Można się domyślić.
- Robert się też opił?
- Pierwszy sięgnął po alkohol. Jak zawsze.
- Cały on. Sama z nimi siedzisz?
- No. Gdyby była tu no ta... - szukałam w głowie imienia ukochanej mojego kumpla.
- Ania? - podpowiedział niepewnie.
- No właśnie. Nie opiłabym się tak. No ale widzisz... Zostawiła mnie na pastwę losu.
- Hahah. Biedaactwo. Ej, ja muszę kończyć. Mam zaraz trening. Już 10.00
- Narka.
Rozłączyłam się i rzuciłam telefonem na sofę. Niestety, ponownie usłyszałam dzwonek.
- Co znowu chcesz, Wojtek? - spytałam
- To ja. No widzę, że działo się.
- O Ann. Nie jest ci to dziwne.
- Racja. Jak samopoczucie?
- Nie pytaj. Ja i Marco najwięcej wypiliśmy - wyjaśniłam trzymając się za głowę.
- Co robiliście?
- Nie wiem. Nie pamiętam. Jak przyjedziesz to ci wszystko Lewy opowie.
- A no właśnie ... Czy on
- Tak pił - przerwałam kumpeli - Aha i jeszcze mówił, żeby ci nie mówić.
- Hahah, Ejj Dusieek. Idź ty lepiej się wykąp. Pogadamy jutro.
- Jutro?
- Wracam do Dortmundu.
- Fajnie - ucieszyłam się, że będę miała trochę kobiecego towarzystwa. Nie narzekam na chłopaków, ale mimo to że się wychowałam w gronie męskim potrzebowałam też babskich rozmów.
Ogarnęliśmy się i wyszliśmy na dworze.
- Ale gorącoo - zawyłam. Głowa już mnie nie bolała.
- Może chcesz się ochłodzić? - zaproponował Robert.
- Chętnie - odpowiedziałam nie wiedząc co on znowu wymyślił. Zniknął gdzieś za ścianą budynku. Po kilku minutach zobaczyłam go z wężem ogrodowym.
- Nie, nie zrobisz mi tego! - krzyknęłam.
- Trzeba było milczeć - zaśmiał się i zaczął mnie gonić po całym ogrodzie. Chciałam uciec do domu, ale Marco i Mario zagrodzili mi drogę. Zostałam więc oblana. Nie było na mnie nawet suchej nitki. Wyrwałam węża z rąk kumpla i odwdzięczyłam się tym samym. Wszyscy dostali, choćby za to że żyją.
- Ćwoki - mruknęłam wyciskając wodę z włosów.
- Słyszałeem - oznajmił Mario.
- Cieszę się - odpowiedziałam. Po chwili zobaczyłam przy sobie chłopaków z paskiem w ręku.
- No co wy! - wrzasnęłam błagalnie.
- Mario będzie cię trzymał - powiedział Marco.
- No i co z tego? To w niczym nie pomaga.
- No w to wątpię - mruknął Robert i zaczął dawać mi 6 pasków na tyłek. Bolało, bo spodenki były mokre. Po tyle samo dostałam od pozostałej dwójki. Na nogach miałam kilka śladów, ale gorsze rzeczy się zdarzały.
- Kurde, jestem cała mokra. Mario to twoja wina! Pożycz mi coś
- Nie mooja! Wykonałem polecenie – zaśmiał się – Chodź, dam ci jakieś ubrania.
Wyszliśmy do góry, kierując się do garderoby.
- Hmm… To co chcesz? – spytał patrząc na mnie.
- Obojętnie.
- Okey, no to masz – wręczył mi strój BVB.
- Idę do łazienki się przebrać – oznajmiłam, gdy on leżał na łóżku.
- Czemu? – spytał smutno.
- No chyba nie będę przy Tobie, debilu – rzuciłam w niego poduszką na co on się uśmiechnął.
Zeszłam na dół i spotkałam wszystkich grających na podwórku w piłkę.
- Eeee … Ślicznie – pochwalił mnie Marco.
- Do twarzy ci w naszych barwach – stwierdził Lewy.
- Nie podlizujcie się. I tak dostaniecie – zaśmiałam się – Ej, chłopaki dziękuję Wam za to wszystko. Za zorganizowanie tego przyjęcia i w ogóle. Nie wiem co bym bez was zrobiła.
- Ooo … My też Cię kochamy – uśmiechnął się Marco i mocno mnie uścisnął. Następnie rzucili się Robert i Mario. Koniec był taki, że wszyscy znaleźliśmy się na ziemi w pełni roześmiani.
- Ejj, a pamiętacie co się wczoraj działo? – spytałam z zaciekawieniem.
- Aaaa … No wiesz… - ciągnął Lewy.
- Gadaj! – popatrzyłam na niego.
- No dobra, dobra. Twój wzrok mnie rozwala! Emm, no więc… Całowałaś się z Marco. I to nie tak jak zawsze całus w polik, tylko naaamiętnie – zaśmiał się, na co ja i Marco popatrzyliśmy na siebie zdziwieni i zaśmialiśmy się. Była już 13.00, więc postanowiliśmy coś zjeść.
- Chcecie gofry? – spytałam wchodząc do domu przez taras.
- Czytasz mi w myślach – odezwał się Gotze.
Zjedliśmy pyszne gofry, chłopaki zaczęli zbierać się na trening, a ja włączyłam powtórki meczów. W Tv nie było nic ciekawego, oprócz piłki.
- Naduuuś, chodź z nami – prosił Robert chwytając mnie za rękę.
- Nie chce mi się iść – odpowiedziałam patrząc na niego.
- Oj, no weeź – nalegał Marco.
- Poniesiemy Cię – powiedział Mario.
- No to się zbieram – zaśmiałam się i poszłam przebrać.
- Mów za siebie – krzyknął blondyn.
- Ej, nie mamy czasu – protestowali.
- Nie pójdę w stroju piłkarskim na wasz trening!
- Nie masz wyjścia.
Trochę to dziwnie wyglądało jak Mario niósł mnie na ramieniu pół kilometra aż do stadionu. Faktycznie był silny, bo ja swoje ważę. Prawie 50 kg.
- Aaaa , Mario zaraz spadne! – krzyknęłam gdy wszyscy zaczęli biec na boisko – Puuść.
- Nie – zaśmiał się chłopak i przyspieszył.
- Hahahah – usłyszałam śmiech zawodników Dortmundu.
- No widzisz? Śmieją się z Ciebie! – powiedziałam – Puść, głupku!
- No dobra, doobra – puścił mnie, a ja spadłam na ziemię.
- Ejj, to bolało – krzyknęłam – Zemszczę się.
- Nadia! Łap piłkę – zawołał Piszczek – Z całej pety będzie bolało!
- Dziękuję – uśmiechnęłam się słodko – Ale będzie jazda!
- Mario już po Tobie! – oznajmiłam i rzuciłam się za nim w pogoń. W końcu postanowiłam wykopać piłkę. Pięknie odbiła się od jego głowy i wpadła w moje ręce.
- Woow, to było coś – usłyszałam oklaski chłopaków. Nadia, co ty wyprawiasz!! Od razu się skapną o co chodzi. Na szczęście na pochwałach pozostało. Niestety Marco i Robert wzięli mnie na ręce i zaczęli podrzucać w górę jak jakąś piłkę. Akurat przyszedł trener i zobaczył sytuację.
- Chłopaki, nie męczcie jej już! – zawołał – Na boisko!
Wszyscy posłusznie pobiegli na murawę. Kilka karnych kółeczek, podania, meczyk … Tak to wszystko minęło.
- Jestem Jurgen Klopp, trener BVB – przedstawił się.
- Jestem Nadia – ucięłam krótko.
- A ty jesteś dziewczyną Gotzego? – spytał Jurgen.
- Nie, nie! Jego kumplem, znaczy kumpelą – uśmiechnęłam się – Skąd to przypuszczenie?
- Koszulka – zaśmiał się. Faktycznie, na niej widniało nazwisko Mario.
- Hahah, musiałam się przebrać. Urządziliśmy u niego w domu przyjęcie urodzinowe. Oblali mnie wodą, więc Mario pożyczył mi ubrania. Akurat padło to na strój Borussi – wyjaśniłam.
- Lubisz nasz klub?
- Bardzo. A szczególnie tą szaloną trójkę – pokazałam na wygłupiających się Gotzeusa oraz Lewego.
- Oni są niemożliwi! – przyznał trener – Interesujesz się piłką? Przepraszam, że tak pytam…
- Nie szkodzi – uśmiechnęłam się. Nie odpowiedziałam na to pytanie. Starałam się tego uniknąć.
- Interesujesz się piłką? – zapytał ponownie.
- No oglądam mecze, wiem wszystko o tym sporcie.. – ciągnęłam
- Emm, ale mi chodziło o to czy grasz…
- Czasami sobie pokopię – wyznałam. Heh… „CZASAMI”.
- Na to wygląda, że trening dobiega końca – zauważył Klopp.
- Tak. Miło mi było pana poznać.
- Mi ciebie również. Zawsze możesz tu wpaść.
- Dziękuję. Do widzenia! – uśmiechnęłam się. Ich trener był naprawdę miły. Z wyglądu nie mogłam tego stwierdzić, ale spoko gość. Szliśmy drogą w ciszy. Postanowiłam, że pójdę dzisiaj na boisko. Całkowicie sama. Brakuje mi codziennego grania. Ciągle myślałam nad tym czy powiedzieć chłopakom prawdę. Jaka ja rzeczywiście jestem. Nie starczyło mi odwagi, by to wyznać. Musiałam dusić w sobie tą tajemnicę.
- Co się tak nie odzywacie? – spytał Robert – Coś się stało?
- Nie – odpowiedzieli chłopcy.
- Nadia, wszystko okey? Coś zamyślona jesteś – zauważył.
- Co? Coś mówiłeś? – spytałam wracając na ziemię.
- Tak, mówiłem. Nic ci nie jest?
- Nic – odpowiedziałam krótko. Wszystko jest tak jak kiedyś i tak pozostanie… Na zawsze.
Rozeszliśmy się do domów. Tylko ja i Mario poszliśmy do niego, by trochę uprzątnąć ten bałagan.
- Zadowolona z imprezy? – spytał zbierając talerze, butelki itp.
- Yhym – potwierdziłam. Nagle na biurku ujrzałam zdjęcie jakieś dziewczyny – Kto to?
- Ym … Dziewczyna, którą pierwszy raz spotkałem – uśmiechnął się lekko – Spodobała mi się. Była taka … inna. Wyjechała z Niemiec i już nigdy jej nie zobaczyłem.
- Nie szukasz jej?
- Minęły już 2 lata. Na pewno jej już nie zobaczę – posmutniał.
- Sory, że poruszyłam ten temat – mruknęłam.
Ogarnęliśmy cały bałagan. Wzięłam torbę i ubierałam trampki.
- Idziesz już? – spytał Mario opierając się o ścianę.
- Chcę pobyć trochę sama – oznajmiłam – Dziękuję.
Przytuliłam się do niego. Zamknęłam oczy, czułam wspaniały zapach jego perfum, na który jeszcze kilka miesięcy temu nie zwracałam uwagi. Czułam się tak, tak inaczej. Gdy się „wybudziłam” posłałam mu lekki uśmiech i wyszłam. Pokierowałam się prosto do domu. Rzuciłam torbą na ziemię i pobiegłam do pokoju.
- Czemu to jest takie trudne? – pytałam siebie – Czemu gdy chcę im wyznać co kocham, coś mi przeszkadza… Nie chcę tak żyć.
Wyciągnęłam zdjęcia i spoglądałam na album. Ja i tata grający w piłkę, mój dawny pies, Ja z Wojtkiem w barwach Barcy… Po policzkach spłynęły mi łzy. Łzy tęsknoty za tym co było i już nigdy nie powróci. Podeszłam do szafy. Bluza w barwach Arsenalu z Nike, czarne getry, błękitne korki. I piłka … Tak dawno jej nie ruszałam. Wzięłam ostrożnie ukochany przedmiot i przytuliłam mocno. Wstałam i spakowałam wszystko do torby. Wyszłam na zewnątrz, a moim kierunkiem było stare boisko. Po dwóch minutach znalazłam się na miejscu. Zaczęłam kopać piłkę. To było takie świetne uczucie. Nagle usłyszałam wołanie. To był głos dziewczyny:
- Wow! Grasz lepiej niż Ronaldo! – krzyknęła. Podeszłam do nieznajomej.
- Jestem Mika – uśmiechnęła się życzliwie.
- Ja Nadia – odwzajemniłam niepewnie uśmiech. Przecież ona zauważyła mnie jak gram. Jest pierwszą osobą która o tym wie.
- Będę miała do ciebie prośbę. Nie powiesz nikomu o tym, że mnie tu widziałaś? – spytałam.
- Luzik, ale wyjaśnij mi to.
- Kiedyś byłam po prostu wcieleniem chłopaka. Noga, meczyki itp … Postanowiłam się zmienić, bo sądziłam, że wtedy nigdy nie znajdę mojej połówki. Musiałam więc zacząć chodzić w tych sweetaśnych sukieneczkach i butach na obcasie! To było jak jakiś najkoszmarniejszy horror, ale powoli zaczęło mnie to kręcić. Mam kolegów w Borussi Dortmund. To jest drużyna piłkarska. Ciągle chodzę na ich mecze, patrzę jak kopią piłkę… Muszę się bić z emocjami, ale teraz już nie wytrzymałam. Powróciłam do tego sportu, to jest jak nałóg! Nikt mnie nie zrozumie… Każdy myśli, że jestem po prostu kimś kto jest w połowie chłopakiem… Nie chcę żeby ktokolwiek się o tym dowiedział.
- Spoko, możesz na mnie liczyć. Musi ci być trudno.
- Taa … Może skoczymy gdzieś?
- Ok. Może kawiarnia?
- Dobra.
Szłyśmy tak zawalając się pytaniami, aż wreszcie dotarłyśmy na uzgodnione miejsce.
- Według mnie powinnaś powiedzieć swoim przyjaciołom kim naprawdę jesteś – odparła Mika biorąc łyk Cappucino.
- Wtedy wszystko się zmieni – stwierdziłam ze smutkiem – To nie jest takie łatwe.
- Wiem o tym.
- Skąd możesz wiedzieć, jak nawet takiego czegoś nie ukrywałaś?
- Domyślam się. Ale przecież wtedy mogłabyś być kimś sławnym. To co robisz, to jest ogromny talent! Rzadko kiedy spotyka się takich ludzi. Nareszcie spełniłabyś swoje marzenie.
- No właśnie! Ja nie chcę być nikim sławnym, żadnym sportowcem. Chcę mieć trochę prywatności. Gdy widzę jak chłopaków dopadają tłumy fanów… Oni nie mają własnego życia. Gdziekolwiek idą, zawsze są atakowani do podpisania autografów czy robienia fotek. Ja tak nie chcę żyć, rozumiesz? To co przeżyłam mnie przerasta. Nie chcę ponownie psuć sobie życia. Muszę się pogodzić, że nie dostanę tego czego pragnę.
- Sama już nie wiem – poddała się – Grałaś kiedyś tak no wiesz?
- Chodziłam potajemnie na treningi… Nie gadajmy już o tym – skrzywiłam się jedząc ciastko.
- Ok. Wiesz co, ja już muszę iść – uśmiechnęła się – Jestem umówiona.
- Spoko. To na razie.
Wymieniłyśmy się telefonami, a nowopoznana kumpela odeszła. Ja również pokierowałam się w stronę wyjścia. Po godzinie byłam na miejscu. Zapadał już zmrok, a chłopcy jeszcze byli w moim domu.
- Martwiliśmy się o Ciebie, gdzie cię wcięło? – zerwał się z kanapy Marco.
- Myślałem, że coś ci się stało – przejął się Mario i Robert.
- Jestem już pełnoletnia. Przychodzę do domu kiedy chcę i chodze do kogo chcę. Więc nie macie prawa mnie kontrolować – wypaliłam.
- Wszystko gra? – spytali niepewnie.
- Jasne, po prostu wyjdźcie.
- Ale…
- Chcę mieć trochę swobody.
Wyszli zrezygnowani z mojego domu. Trzasnęłam za nimi drzwiami i pobiegłam wziąć kąpiel. Ten dzień nie należał do udanych, tak więc postanowiłam go jak najszybciej zakończyć. Poszłam spać z nadzieją na lepsze jutro.
- Zajebiście wiesz? - powiedział sarkastycznie - Ale się wczoraj opiliśmy. Pamiętasz cokolwiek?
Pokręciłam przecząco głową. Obudziłam niechcący Roberta. Miałam zamiar odrzucić w tył włosy, ale uderzyłam go w nos. Ja to zawsze umiem dokuczyć.
- Ałaaa! - krzyknął.
- Nie wrzeszcz do cholery - powiedziałam wkurzona - I złaź ze mnie bo za lekki to ty nie jesteś!
- Sorry. Hahahahah - roześmiał się w głos.
- Zamknij się! - odparliśmy ja i Marco. Lewy nie rozumiał jak to jest opić się po raz pierwszy na maksa.
- Co cię tak śmieszy cioto? - mimo to, że ból mi dokuczał, nie mogłam sobie podarować przezwisk z rana słanych do moich kochanych kumpli.
- Looknij w lustro, kocie - mrugnął. Podeszłam, a raczej powlekłam się do lustra. Czułam się jakbym miała zaraz umierać. Spojrzałam w lustro. Miałam zaspane oczy, ale mogę się założyć, że nie to go rozbawiło. Miałam narysowane wąsy kota i dużą kropkę na nosie. No nawet fajnie mi tak było, ale gdy dowiedziałam się, że to jest narysowane flamastrem byłam wkurzona. Miałam nadzieję, że się zmyje.
- Mrauuć - zaśmiał się Reus.
- Ty się lepiej zamknij. Idź po tabletki - rzuciłam się na sofę - Umieram.
- Alleluja! - zaśpiewał Robert, za co dostał kuksańca w bok. Oczywiście, zbudził Mario. Tak słodko mu się spało, no ale przecież jak wszyscy to wszyscy.
- Żyjecie? - spytał nie otwierając oczu.
- Ja nie - odpowiedziałam - Marco, kurw* gdzie ty poszedłeś po te tabletki?
- Już idę - oznajmił znużony - Masz.
- Dwie daj.
- Okey.
Zażyłam tabletki. Po 15 minutach zadzwonił telefon. To był Wojtek:
- Siemka beeejb! - krzyknął do słuchawki.
- Zamknij się, Szczęsny - powiedziałam przez zaciśnięte zęby.
- Oooo widzę, że się zabalowało - zaśmiał się.
- Bo się rozłączę! - pogroziłam.
- Oke, oke. Jak tam?
- Można się domyślić.
- Robert się też opił?
- Pierwszy sięgnął po alkohol. Jak zawsze.
- Cały on. Sama z nimi siedzisz?
- No. Gdyby była tu no ta... - szukałam w głowie imienia ukochanej mojego kumpla.
- Ania? - podpowiedział niepewnie.
- No właśnie. Nie opiłabym się tak. No ale widzisz... Zostawiła mnie na pastwę losu.
- Hahah. Biedaactwo. Ej, ja muszę kończyć. Mam zaraz trening. Już 10.00
- Narka.
Rozłączyłam się i rzuciłam telefonem na sofę. Niestety, ponownie usłyszałam dzwonek.
- Co znowu chcesz, Wojtek? - spytałam
- To ja. No widzę, że działo się.
- O Ann. Nie jest ci to dziwne.
- Racja. Jak samopoczucie?
- Nie pytaj. Ja i Marco najwięcej wypiliśmy - wyjaśniłam trzymając się za głowę.
- Co robiliście?
- Nie wiem. Nie pamiętam. Jak przyjedziesz to ci wszystko Lewy opowie.
- A no właśnie ... Czy on
- Tak pił - przerwałam kumpeli - Aha i jeszcze mówił, żeby ci nie mówić.
- Hahah, Ejj Dusieek. Idź ty lepiej się wykąp. Pogadamy jutro.
- Jutro?
- Wracam do Dortmundu.
- Fajnie - ucieszyłam się, że będę miała trochę kobiecego towarzystwa. Nie narzekam na chłopaków, ale mimo to że się wychowałam w gronie męskim potrzebowałam też babskich rozmów.
Ogarnęliśmy się i wyszliśmy na dworze.
- Ale gorącoo - zawyłam. Głowa już mnie nie bolała.
- Może chcesz się ochłodzić? - zaproponował Robert.
- Chętnie - odpowiedziałam nie wiedząc co on znowu wymyślił. Zniknął gdzieś za ścianą budynku. Po kilku minutach zobaczyłam go z wężem ogrodowym.
- Nie, nie zrobisz mi tego! - krzyknęłam.
- Trzeba było milczeć - zaśmiał się i zaczął mnie gonić po całym ogrodzie. Chciałam uciec do domu, ale Marco i Mario zagrodzili mi drogę. Zostałam więc oblana. Nie było na mnie nawet suchej nitki. Wyrwałam węża z rąk kumpla i odwdzięczyłam się tym samym. Wszyscy dostali, choćby za to że żyją.
- Ćwoki - mruknęłam wyciskając wodę z włosów.
- Słyszałeem - oznajmił Mario.
- Cieszę się - odpowiedziałam. Po chwili zobaczyłam przy sobie chłopaków z paskiem w ręku.
- No co wy! - wrzasnęłam błagalnie.
- Mario będzie cię trzymał - powiedział Marco.
- No i co z tego? To w niczym nie pomaga.
- No w to wątpię - mruknął Robert i zaczął dawać mi 6 pasków na tyłek. Bolało, bo spodenki były mokre. Po tyle samo dostałam od pozostałej dwójki. Na nogach miałam kilka śladów, ale gorsze rzeczy się zdarzały.
- Kurde, jestem cała mokra. Mario to twoja wina! Pożycz mi coś
- Nie mooja! Wykonałem polecenie – zaśmiał się – Chodź, dam ci jakieś ubrania.
Wyszliśmy do góry, kierując się do garderoby.
- Hmm… To co chcesz? – spytał patrząc na mnie.
- Obojętnie.
- Okey, no to masz – wręczył mi strój BVB.
- Idę do łazienki się przebrać – oznajmiłam, gdy on leżał na łóżku.
- Czemu? – spytał smutno.
- No chyba nie będę przy Tobie, debilu – rzuciłam w niego poduszką na co on się uśmiechnął.
Zeszłam na dół i spotkałam wszystkich grających na podwórku w piłkę.
- Eeee … Ślicznie – pochwalił mnie Marco.
- Do twarzy ci w naszych barwach – stwierdził Lewy.
- Nie podlizujcie się. I tak dostaniecie – zaśmiałam się – Ej, chłopaki dziękuję Wam za to wszystko. Za zorganizowanie tego przyjęcia i w ogóle. Nie wiem co bym bez was zrobiła.
- Ooo … My też Cię kochamy – uśmiechnął się Marco i mocno mnie uścisnął. Następnie rzucili się Robert i Mario. Koniec był taki, że wszyscy znaleźliśmy się na ziemi w pełni roześmiani.
- Ejj, a pamiętacie co się wczoraj działo? – spytałam z zaciekawieniem.
- Aaaa … No wiesz… - ciągnął Lewy.
- Gadaj! – popatrzyłam na niego.
- No dobra, dobra. Twój wzrok mnie rozwala! Emm, no więc… Całowałaś się z Marco. I to nie tak jak zawsze całus w polik, tylko naaamiętnie – zaśmiał się, na co ja i Marco popatrzyliśmy na siebie zdziwieni i zaśmialiśmy się. Była już 13.00, więc postanowiliśmy coś zjeść.
- Chcecie gofry? – spytałam wchodząc do domu przez taras.
- Czytasz mi w myślach – odezwał się Gotze.
Zjedliśmy pyszne gofry, chłopaki zaczęli zbierać się na trening, a ja włączyłam powtórki meczów. W Tv nie było nic ciekawego, oprócz piłki.
- Naduuuś, chodź z nami – prosił Robert chwytając mnie za rękę.
- Nie chce mi się iść – odpowiedziałam patrząc na niego.
- Oj, no weeź – nalegał Marco.
- Poniesiemy Cię – powiedział Mario.
- No to się zbieram – zaśmiałam się i poszłam przebrać.
- Mów za siebie – krzyknął blondyn.
- Ej, nie mamy czasu – protestowali.
- Nie pójdę w stroju piłkarskim na wasz trening!
- Nie masz wyjścia.
Trochę to dziwnie wyglądało jak Mario niósł mnie na ramieniu pół kilometra aż do stadionu. Faktycznie był silny, bo ja swoje ważę. Prawie 50 kg.
- Aaaa , Mario zaraz spadne! – krzyknęłam gdy wszyscy zaczęli biec na boisko – Puuść.
- Nie – zaśmiał się chłopak i przyspieszył.
- Hahahah – usłyszałam śmiech zawodników Dortmundu.
- No widzisz? Śmieją się z Ciebie! – powiedziałam – Puść, głupku!
- No dobra, doobra – puścił mnie, a ja spadłam na ziemię.
- Ejj, to bolało – krzyknęłam – Zemszczę się.
- Nadia! Łap piłkę – zawołał Piszczek – Z całej pety będzie bolało!
- Dziękuję – uśmiechnęłam się słodko – Ale będzie jazda!
- Mario już po Tobie! – oznajmiłam i rzuciłam się za nim w pogoń. W końcu postanowiłam wykopać piłkę. Pięknie odbiła się od jego głowy i wpadła w moje ręce.
- Woow, to było coś – usłyszałam oklaski chłopaków. Nadia, co ty wyprawiasz!! Od razu się skapną o co chodzi. Na szczęście na pochwałach pozostało. Niestety Marco i Robert wzięli mnie na ręce i zaczęli podrzucać w górę jak jakąś piłkę. Akurat przyszedł trener i zobaczył sytuację.
- Chłopaki, nie męczcie jej już! – zawołał – Na boisko!
Wszyscy posłusznie pobiegli na murawę. Kilka karnych kółeczek, podania, meczyk … Tak to wszystko minęło.
- Jestem Jurgen Klopp, trener BVB – przedstawił się.
- Jestem Nadia – ucięłam krótko.
- A ty jesteś dziewczyną Gotzego? – spytał Jurgen.
- Nie, nie! Jego kumplem, znaczy kumpelą – uśmiechnęłam się – Skąd to przypuszczenie?
- Koszulka – zaśmiał się. Faktycznie, na niej widniało nazwisko Mario.
- Hahah, musiałam się przebrać. Urządziliśmy u niego w domu przyjęcie urodzinowe. Oblali mnie wodą, więc Mario pożyczył mi ubrania. Akurat padło to na strój Borussi – wyjaśniłam.
- Lubisz nasz klub?
- Bardzo. A szczególnie tą szaloną trójkę – pokazałam na wygłupiających się Gotzeusa oraz Lewego.
- Oni są niemożliwi! – przyznał trener – Interesujesz się piłką? Przepraszam, że tak pytam…
- Nie szkodzi – uśmiechnęłam się. Nie odpowiedziałam na to pytanie. Starałam się tego uniknąć.
- Interesujesz się piłką? – zapytał ponownie.
- No oglądam mecze, wiem wszystko o tym sporcie.. – ciągnęłam
- Emm, ale mi chodziło o to czy grasz…
- Czasami sobie pokopię – wyznałam. Heh… „CZASAMI”.
- Na to wygląda, że trening dobiega końca – zauważył Klopp.
- Tak. Miło mi było pana poznać.
- Mi ciebie również. Zawsze możesz tu wpaść.
- Dziękuję. Do widzenia! – uśmiechnęłam się. Ich trener był naprawdę miły. Z wyglądu nie mogłam tego stwierdzić, ale spoko gość. Szliśmy drogą w ciszy. Postanowiłam, że pójdę dzisiaj na boisko. Całkowicie sama. Brakuje mi codziennego grania. Ciągle myślałam nad tym czy powiedzieć chłopakom prawdę. Jaka ja rzeczywiście jestem. Nie starczyło mi odwagi, by to wyznać. Musiałam dusić w sobie tą tajemnicę.
- Co się tak nie odzywacie? – spytał Robert – Coś się stało?
- Nie – odpowiedzieli chłopcy.
- Nadia, wszystko okey? Coś zamyślona jesteś – zauważył.
- Co? Coś mówiłeś? – spytałam wracając na ziemię.
- Tak, mówiłem. Nic ci nie jest?
- Nic – odpowiedziałam krótko. Wszystko jest tak jak kiedyś i tak pozostanie… Na zawsze.
Rozeszliśmy się do domów. Tylko ja i Mario poszliśmy do niego, by trochę uprzątnąć ten bałagan.
- Zadowolona z imprezy? – spytał zbierając talerze, butelki itp.
- Yhym – potwierdziłam. Nagle na biurku ujrzałam zdjęcie jakieś dziewczyny – Kto to?
- Ym … Dziewczyna, którą pierwszy raz spotkałem – uśmiechnął się lekko – Spodobała mi się. Była taka … inna. Wyjechała z Niemiec i już nigdy jej nie zobaczyłem.
- Nie szukasz jej?
- Minęły już 2 lata. Na pewno jej już nie zobaczę – posmutniał.
- Sory, że poruszyłam ten temat – mruknęłam.
Ogarnęliśmy cały bałagan. Wzięłam torbę i ubierałam trampki.
- Idziesz już? – spytał Mario opierając się o ścianę.
- Chcę pobyć trochę sama – oznajmiłam – Dziękuję.
Przytuliłam się do niego. Zamknęłam oczy, czułam wspaniały zapach jego perfum, na który jeszcze kilka miesięcy temu nie zwracałam uwagi. Czułam się tak, tak inaczej. Gdy się „wybudziłam” posłałam mu lekki uśmiech i wyszłam. Pokierowałam się prosto do domu. Rzuciłam torbą na ziemię i pobiegłam do pokoju.
- Czemu to jest takie trudne? – pytałam siebie – Czemu gdy chcę im wyznać co kocham, coś mi przeszkadza… Nie chcę tak żyć.
Wyciągnęłam zdjęcia i spoglądałam na album. Ja i tata grający w piłkę, mój dawny pies, Ja z Wojtkiem w barwach Barcy… Po policzkach spłynęły mi łzy. Łzy tęsknoty za tym co było i już nigdy nie powróci. Podeszłam do szafy. Bluza w barwach Arsenalu z Nike, czarne getry, błękitne korki. I piłka … Tak dawno jej nie ruszałam. Wzięłam ostrożnie ukochany przedmiot i przytuliłam mocno. Wstałam i spakowałam wszystko do torby. Wyszłam na zewnątrz, a moim kierunkiem było stare boisko. Po dwóch minutach znalazłam się na miejscu. Zaczęłam kopać piłkę. To było takie świetne uczucie. Nagle usłyszałam wołanie. To był głos dziewczyny:
- Wow! Grasz lepiej niż Ronaldo! – krzyknęła. Podeszłam do nieznajomej.
- Jestem Mika – uśmiechnęła się życzliwie.
- Ja Nadia – odwzajemniłam niepewnie uśmiech. Przecież ona zauważyła mnie jak gram. Jest pierwszą osobą która o tym wie.
- Będę miała do ciebie prośbę. Nie powiesz nikomu o tym, że mnie tu widziałaś? – spytałam.
- Luzik, ale wyjaśnij mi to.
- Kiedyś byłam po prostu wcieleniem chłopaka. Noga, meczyki itp … Postanowiłam się zmienić, bo sądziłam, że wtedy nigdy nie znajdę mojej połówki. Musiałam więc zacząć chodzić w tych sweetaśnych sukieneczkach i butach na obcasie! To było jak jakiś najkoszmarniejszy horror, ale powoli zaczęło mnie to kręcić. Mam kolegów w Borussi Dortmund. To jest drużyna piłkarska. Ciągle chodzę na ich mecze, patrzę jak kopią piłkę… Muszę się bić z emocjami, ale teraz już nie wytrzymałam. Powróciłam do tego sportu, to jest jak nałóg! Nikt mnie nie zrozumie… Każdy myśli, że jestem po prostu kimś kto jest w połowie chłopakiem… Nie chcę żeby ktokolwiek się o tym dowiedział.
- Spoko, możesz na mnie liczyć. Musi ci być trudno.
- Taa … Może skoczymy gdzieś?
- Ok. Może kawiarnia?
- Dobra.
Szłyśmy tak zawalając się pytaniami, aż wreszcie dotarłyśmy na uzgodnione miejsce.
- Według mnie powinnaś powiedzieć swoim przyjaciołom kim naprawdę jesteś – odparła Mika biorąc łyk Cappucino.
- Wtedy wszystko się zmieni – stwierdziłam ze smutkiem – To nie jest takie łatwe.
- Wiem o tym.
- Skąd możesz wiedzieć, jak nawet takiego czegoś nie ukrywałaś?
- Domyślam się. Ale przecież wtedy mogłabyś być kimś sławnym. To co robisz, to jest ogromny talent! Rzadko kiedy spotyka się takich ludzi. Nareszcie spełniłabyś swoje marzenie.
- No właśnie! Ja nie chcę być nikim sławnym, żadnym sportowcem. Chcę mieć trochę prywatności. Gdy widzę jak chłopaków dopadają tłumy fanów… Oni nie mają własnego życia. Gdziekolwiek idą, zawsze są atakowani do podpisania autografów czy robienia fotek. Ja tak nie chcę żyć, rozumiesz? To co przeżyłam mnie przerasta. Nie chcę ponownie psuć sobie życia. Muszę się pogodzić, że nie dostanę tego czego pragnę.
- Sama już nie wiem – poddała się – Grałaś kiedyś tak no wiesz?
- Chodziłam potajemnie na treningi… Nie gadajmy już o tym – skrzywiłam się jedząc ciastko.
- Ok. Wiesz co, ja już muszę iść – uśmiechnęła się – Jestem umówiona.
- Spoko. To na razie.
Wymieniłyśmy się telefonami, a nowopoznana kumpela odeszła. Ja również pokierowałam się w stronę wyjścia. Po godzinie byłam na miejscu. Zapadał już zmrok, a chłopcy jeszcze byli w moim domu.
- Martwiliśmy się o Ciebie, gdzie cię wcięło? – zerwał się z kanapy Marco.
- Myślałem, że coś ci się stało – przejął się Mario i Robert.
- Jestem już pełnoletnia. Przychodzę do domu kiedy chcę i chodze do kogo chcę. Więc nie macie prawa mnie kontrolować – wypaliłam.
- Wszystko gra? – spytali niepewnie.
- Jasne, po prostu wyjdźcie.
- Ale…
- Chcę mieć trochę swobody.
Wyszli zrezygnowani z mojego domu. Trzasnęłam za nimi drzwiami i pobiegłam wziąć kąpiel. Ten dzień nie należał do udanych, tak więc postanowiłam go jak najszybciej zakończyć. Poszłam spać z nadzieją na lepsze jutro.
Suuuper :), czekam na kolejny rozdział
OdpowiedzUsuńDziękuję :* Już dzisiaj dodam :)
Usuń