poniedziałek, 10 czerwca 2013

Rozdział 10


Przebudziłam się o 2:00 w nocy. Nie mogłam zasnąć. Myślałam o wczorajszym dniu z uśmiechem na twarzy.Pomimo częstych prób nie zasnęłam. Postanowiłam więc ubrać się w czarne leginsy i długą żółtą bluzkę na ramiączkach, cytrynowe trampki, oraz upięłam wysokiego kucyka. Wzięłam puszkę Tigera. Gdy wyszłam z domu była już 3:30. Oczywiście jak to zawsze ja, wleczę z rana, ale to chyba normalne. Biegłam ile sił w nogach. Nawet nie spostrzegłam, a przebiegłam 3 km. Skoro byłam w tamtych okolicach nie mogłam nie wstąpić nad ten piękny staw. Krystaliczna woda błyszczała w zbiorniczku, lilie wodne delikatnie unosiły się na powierzchni, przez staw przebiegał drewniany mostek porośnięty różami. To było najlepsze miejsce na rozmyślanie. Nie spostrzegłam kiedy przesiedziałam tu 3 godziny tępo wpatrując się w wschód słońca oraz otaczającą mnie kolorową przyrodę. Pora wracać. Wstałam i pobiegłam jak najszybciej dałam radę. Niestety, zderzyłam się głową z jakimś chłopakiem. Niezmiernie mnie to bolało. Podniosłam głowę i moim oczom ukazał się Lewy.
- Ałaa - wyjąknęliśmy śmiejąc się.
- Nieźle mnie urządziłaś - wyszczerzył się Robert - A tak w ogóle to cześć - przywitał mnie tradycyjnym miśkieem i buziakiem w policzek.
- Heej. Ej noo to nie ja...
- Tylko twoja głowa - dokończył - Co cię tu sprowadza? Czym przyjechałaś?
- Po pierwsze: przybiegłam, a po drugie...
- Chciało ci się biec? - zdziwił się kumpel po raz kolejny mi przerywając.
- A po drugie... - kontynuowałam - Wstałam wczesnym rankiem, około 2:00 zbudziłam się i nie mogłam spać. Postanowiłam przebiec się gdzieś. Rzadko to robię. Nawet nie zauważyłam kiedy tu trafiłam.
- Ładnie tu co? - rozmarzył się Lewy.
- Bardzo. Dortmund to magiczne miejsce - uśmiechnęłam się lekko - A ty, co tutaj robisz?
- Kuba mnie zbudził - poskarżył się.
- Że Błaszczyk? Z tego co wiem spanie to jego ulubiona czynność - zdziwiłam się.
- Nie licząc piłki - powiedzieliśmy równo przez co się zaśmialiśmy - Czemu nigdy nie powiedziałeś mi, że jest takie miejsce? - spytałam.
- Bo nie pytałaś - bronił się.
- Bo nie wiedziałam, że to miasto kryje takie tajemnice. Tak w ogóle to dziwie ci się, że z łóżka wstałeś mimo telefonu.
- Nie było łatwo - przyznał - Nie chciałem obudzić Ani. Byłaby wkurzona na mnie.
- Taa, też bym się nie odważyła jej zbudzić - parsknęłam - Jest wicemistrzynią w karate, więc radzę ci jej nie denerwować.
- Hahah, racja - zaśmiał się - Masz wodę?
- No pewnie. Kto normalny idzie biegać nie biorąc butelki wody - popatrzyłam na niego na co on odpowiedział mi uśmiechem. Ehem, już wiem kto. Wręczyłam mu napój. Wypił całą zawartość.
- Ejj, a ja? - spytałam z wyrzutem.
- Co, Ty? Przecież nie mówiłaś, że mam coś zostawić.
- Taa... - mruknęłam.
- Chyba nie będziemy tak tutaj stać? Chodź do nas. Dawno nie widziałaś się z Ann.
- Okey.
Szliśmy tak rozmawiając o swoim życiu i co jakiś czas masując siniaki na czole. W końcu dotarliśmy do posiadłości państwa Lewandowskich.
- Ania nie śpi? - spytałam szeptem, gdy wchodziliśmy cicho przez hall.
- Nie, nie śpi - krzyknęła dziewczyna ze śmiechem.
- Hey - krzyknęłam.
- Heej - ucałowała mnie w policzek - Dawno cię nie widziałam.
- No jakoś tak wypadło. Ty miałaś ciągle wyjazdy związane z zawodem, a ja plątałam się bezczynnie spędzając czas z twoim narzeczonym, Mario lub Marco.
- Jeszcze ci się nie znudzili? - spytała siadając na kanapie.
- Z dnia na dzień są co raz bardziej nienormalni - pokręciłam głową - Właśnie w Polsce brakowało mi takich przyjaciół jak oni. Są niemożliwi, szaleni, ale zawsze umieją mnie pocieszyć i doradzić. Za to jestem im wdzięczna.
- Jezus Maria, Nadia! Coś ty zrobiła w tą głowę! - wrzasnęła Anka.
- Robert mnie napadł - poskarżyłam się.
- No, ja! - obruszył się Lewy - Trzeba patrzeć pod nogi.
- Ej wy niezdary - śmiała się w najlepsze.
- To nie ja! - wrzasnęliśmy równocześnie, na co Robert oberwał ode mnie po głowie.
- A to za co? - spytał zdziwiony.
- Nie pytaj! - spojrzałam na niego - I co tam u ciebie jeśli chodzi o sprawy zawodowe?
- Miło, że pytasz ... - zaczął Lewandowski.
- Nie ciebie pytam! Tylko Anię - popatrzyłam na jego posmutniałą minkę - Ty to wiem, że się obijasz.
- Yhym, taa jasne - sprzeciwił się.
- No a nie? Na treningach latem lejecie się wodą, wiosną ganiacie się z gałęziami, jesienią wrzucacie do liści, a zimą bijecie śnieżkami. Oprócz tego ciągle zaczepiacie siebie..
- Dobra, dobra już cii .. - zmierzył mnie wzrokiem Robert.
- Oooo.. Nie wiedziałam, że ty taki święty jesteś - zaśmiała się Ann - Tylko on?
- No jeszcze ta dwójka - popatrzyłam szatańsko na kumpla.
- Ahaam, dobrze wiedzieć - popatrzyła się na swojego ukochanego - Napijesz się czegoś, Nadia? A może coś zjesz?
- Nie, dzięki Aniu. Przyszłam tylko na chwilę. Może spotkamy się jeszcze dzisiaj?
- Oj, dzisiaj nie mogę. Obiecałam odwiedzić rodziców. Stęsknili się za mną - uśmiechnęła się przepraszająco.
- Spoko. To może innym razem.
- A napewno nie jesteś głodna? - spytała mnie ponownie.
- Nigdy nie jem tak wcześnie śniadania. Jest 8.00, pójdę już - stwierdziłam.
- Wpadniesz na trening? - zawołał Robert, gdy ubierałam buty.
- Jasne. Przyjdźcie po mnie.
- Marco lub Mario po ciebie wpadną. Muszę być wcześniej - uśmiechnął się - To do zobaczenia!
- Narka Robert! Pa, Aniu! - pomachałam im na pożegnanie i wyszłam. Jest już ranek, jeszcze muszę posprzątać. Później trening. Mam nadzieję, że się wyrobię. Wparowałam szybko do domu, pobiegłam do łazienki się odświeżyć, oraz przebrać w luźne dresy i podkoszulek. Zbiegłam do salonu, wzięłam płyn do mycia szyb oraz szmatkę. Wycierałam okna tańcząc w rytm piosenki. Nagle spostrzegłam na sofie siedzącego Marco.
- Reus! Długo tu siedzisz?! - krzyknęłam.
- Na tylę długo, by usłyszeć jak śpiewasz i zobaczyć jak tańczysz - zaśmiał się.
- Jaka świnia! - rzuciłam w niego mokrą ścierką - Pomóż mi chociaż, a nie nawalaj się ze mnie.
- Co? Czemu? - spytał z wyrzutem.
- Bo jak dobrze pamiętam, taki wysoki blondyn, chyba piłkarz powiedział, że przyjaciele sobie pomagają - wyszczerzyłam się przymykając jedno oko - To jak?
- No dobra, pomogę Ci - uśmiechnął się i zaczął myć okno. Oczywiście nie mógł normalnie posprzątać, tylko musiał mnie zaczepiać.
- Ty sprzątaj od strony wewnętrznej - zdecydowałam gdy ten ochlapał mnie wodą.
- Bo?
- Bo nie chcę być mokra - zaśmiałam się i siadłam po drugiej stronie parapetu. Gdy skończyliśmy Marco pozostało odkurzanie a mi ścieranie kurzy.
- I ty mówisz że ja fałszuję? - spojrzałam na chłopaka śpiewającego "Don't wake me up". Obydwoje wpadnęliśmy w zabójczy śmiech.
- Tobie to już naprawdę odbija - przemówił Reus.
- A Tobie to już chyba nikt nie dorówna - parsknęłam. Skończyliśmy już porządki. Byłam cała mokra przez tego kretyna, więc poszłam do łazienki się przebrać. Będąc w środku, przypomniałam sobie, że nie wzięłam ubrań. Owinęłam się białym ręcznikiem i wyszłam.
- Aż tak ci gorąco? – zaśmiał się blondyn patrząc na mnie stojącą obok niego z ręcznikiem.
- Zapomniałam ciuchów. Tu gdzieś powinny być – odpowiedziałam rozglądając się po pokoju. Akurat w tym momencie przyszedł Mario.
- Eloo – rozdarł się i momentalnie zamarł widząc mnie paradującą prawie nago – Przeszkodziłem w czymś?
- Nie no co ty! – zaśmiałam się.
- To wy no ten tego… - zdziwił się brunet.
- Poje*ało Cię, przecież… - nie dokończyłam, bo Marco mi przerwał.
- Kochanie, nie zaprzeczaj – objął mnie ramieniem.
- Wal się – zaśmiałam się i poszłam po ciuchy – Aha i Mario nie słuchaj go, między nami nic nie było. Pozwolę mu chociaż pomażyć – dodałam i weszłam do łazienki.
Ubrałam białą bluzkę z rękawem po łokieć oraz czerwone krótkie spodenki. Do tego koralowe adidasy. Po chwili wyszliśmy już na dwór.
- To my jedziemy? – zdziwiłam się – Nie lepiej byłoby iść na nogach?
- Nieee – zaprzeczyli.
- No przecież to jest tak daaaleko – dodałam sarkazm i wsiadłam na tylne siedzenia. Przez całą drogę Mario mi dokuczał, aż tak, że płakałam ze śmiechu. Razem z nimi udałam się na stadion. Chłopcy patrzyli na mnie ze zdziwieniem. No też bym się tak zachowała na ich miejscu, gdybym zobaczyła spłakaną dziewczynę.
- Co zrobiliście mojej Nadi? – przytulił mnie mocno Piszczek.
- Ej bo mnie udusisz – zaśmiałam się – To wina Mario.
- Stary – rzucił na niego głupkowate spojrzenie Lewy – Choodź tu do mnie Naduś.
- Nie, Robert, niee! – krzyknęłam gdy on wziął mnie na ręce.
- Kuba łap – rzucił mnie w ramiona Błaszczykowskiego, następnie gościłam u Hummelsa, Langeraka, Sahina, Grossekroutza, Reusa i Goetzego. Aż w końcu sama się wydostałam od tych debili. Siadłam na ławce i przyglądałam się jak im odwala. Po 3 godzinach udręki trening się skończył. Przypomniałam sobie, że mam Tigera. Wyciągnęłam puszkę i otworzyłam.
- Nadia co ty pijesz? – spytał mnie Mario.
- Nie widzisz? – spojrzałam na niego robiąc łyka.
- Nie możesz tego brać! – zdecydował – Chętnie pomogę ci się tego pozbyć.
- Mario oddawaj to! – krzyczałam goniąc po boisku chłopaka, podczas gdy on opróżniał puszkę.
- Marco pomóż mi – poprosiłam tuląc się do jego ramienia.
- A co za to będę miał? – rzucił mi łobuzerskie spojrzenie.
- Wkurzysz Mario – odpowiedziałam.
- W takim razie radź sobie sama – zaśmiał się przyglądając swojemu kumplowi.
- Dziękuję – pokazałam mu język i rzuciłam się w pogoń. Na szczęście Goetze wylądował na trawie. Sam sobie podstawił nogę. Haha, taa… Miszczu! :D . Odebrałam mu napój, a raczej połowę. Wypiłam resztę i podążyłam w stronę Marco i Roberta.
- Ejj, pomóż mi wstać! – zawołał Mario.
- Chyba cię Bóg opuścił – zaśmiałam się i podążyłam w stronę wyjścia z kumplami – Lewy pomóż tej sierocie.
- No doobra – spuścił głowę i pobiegł do bruneta. Nawet nie zdążyłam popatrzyć się za siebie, a Robert leżał koło niego.
- Marco twoja kolej - szturchnęłam go – Proooszę.
- Oke, oke – uśmiechnął się – Chłopaki, nadchooodzę – krzyknął.
- Nadiaaa – usłyszałam wołania Mario, na którym leżał Reus.
- Maskara jakaś – zaśmiałam się i próbowałam ich podnieść. Za pół godziny byliśmy już u mnie. Postanowiłam nawiązać rozmowę o wyjeździe.
- Ej, chłopaki mam sprawę – zaczęłam.
- No wal śmiało – uśmiechnął się Robert.
- Polecicie ze mną do Polski? Chciałabym się spotkać z moimi kumplami, tatą…
- Spoko – zgodził się Marco – A kiedy?
- Po jutrze.
- Jasne – pocałował mnie w policzek Mario – Muszę już lecieć.
- Pa – pomachałam mu.
- Ten Goetze to nie za często cię całuje? – mrugnął Reus do Lewego.
- Ty też możesz. Nie mam nic przeciwko – zaśmiałam się.
- Aaa tam. Zostawie ci jemu – machnął ręką.
- Yyym… Co wy mnie sobie rezerwujecie czy co? – popatrzyłam na niego zdziwiona.
- Niee… - zarumienił się blondyn i odwrócił plecami.
Cały wieczór spędziliśmy razem. Przyszedł jeszcze Piszczek, więc graliśmy w fifę. Oczywiście, piwo na pierwszym planie. Nie wypiliśmy sporo, bo przecież jutro trening i pierwszy dzień w pracy. Nie chcę mieć już na początku kaca. Każdy dostał po dwie puszki i tak się to wszystko skończyło. Około 23:00 poszłam spać, a chłopcy poszli do siebie.

____________________________________________________________________________________________

''Patrzyła jak chłopcy biegają po boisku, jak się wygłupiają, a na myśl wróciły tamte chwile. Nie mogła się uwolnić od przeszłości. Łza swobodnie popłyneła po policzku zostawiając bliznę w postaci pękniętego serca..."

Ps. Te wypociny na końcu, niby wierszyki piszę sama także nie oceniajcie ich ! ;P Mam nadzieję, że rozdział się podoba ;) KOMENTARZAMI TO UDOWADNIACIE!!! OPINIE MILE WIDZIANE. TO MÓJ PIERWSZY BLOG WIĘC KILKA PORAD I WSKAZÓWEK BY SIĘ PRZYDAŁO, BO IDEALNIE NIE JEST :)  Dziękuję wszystkim  co komentują. Kocham Was <3


6 komentarzy:

  1. Z tym, że idealnie nie jest to się nie zgodzę :) Dla mnie twoje opowiadanie jest perfekcyjne. Sama chciałabym pisać podobnie jak ty, ale niestety nie mam aż takiego daru. Moje opowiadanie przy twoim może się schować. :) Czekam na kolejny <3 i Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mów tak! :) Ty też wspaniale piszesz, a za te wszystkie pochwały dziękuję ;* Pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Rozdział świetny!
    Piszesz świetnie :*
    Zapraszam do siebie - http://marzeniasiespelniaja123.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Suuper, blog jest swietny, bardzo mi sie podoba :)

    OdpowiedzUsuń